Kraj

F-16 i afera z blaszką, co spadła i samochód zarysowała

Amerykańskie bomby szkolne BDU-33, ważące zaledwie 11 kg, są raczej niegroźne. Amerykańskie bomby szkolne BDU-33, ważące zaledwie 11 kg, są raczej niegroźne. Gerard van der Schaaf / Flickr CC by 2.0
Internet donosi: F-16 się sypią! W Krzesinach od maszyny odpadła metalowa część i uszkodziła samochód. Skandal! Dziś spadła blaszka, a jutro cały silnik spadnie nam na głowę! Odkręćcie wszystkie śrubki, bo w piwnicach spać będziemy!

Dzień później wyjaśniło się, że to żadna część samolotu, tylko element podwieszany razem z bombą szkolną. Wojsko nie bardzo chce przyznać, o który element chodzi, ale mam pewne podejrzenie (o czym dalej). Amerykańskie bomby BDU-33, ważące zaledwie 11 kg, o długości nieco ponad pół metra, są raczej niegroźne. Mają malutki ładunek wybuchowy, sygnalizujący dymem miejsce, gdzie bomba spadła, by na poligonie dało się je namierzyć i ocenić celność. Ładunek jest mały, by w razie przypadkowego zrzutu wyrządził jak najmniej szkód, a jego kształt i masa zostały tak dobrane, by leciał po tym samym torze co ciężka bomba z rodziny Mk80. Mk84, największa taka bomba przenoszona przez nasze F-16, waży blisko tonę i ma ładunek zdolny zrównać z ziemią kilka sąsiadujących ze sobą domów.

Nie tak dawno, bo 1 lipca 2019 r., spod amerykańskiego szturmowca A-10C startującego z bazy Moody w Georgii wskutek zderzenia z ptakami spadły trzy BDU-33. Ładunki trafiły w pobliże ruchliwej autostrady pod Suwnnee Springs. Takie rzeczy niestety się zdarzają, nie tylko u nas.

Czytaj też: Occasus napada na Polskę. Co robi NATO?

Co wypadło z polskiego F-16

Przypuszczam, że tym, co spadło z naszego F-16, był trzpień zabezpieczający wybuch pirotechnicznego ładunku sygnalizującego punkt upadku. Ładunek, gdyby wybuchł pod skrzydłem, narobiłby szkód wystarczających do rozbicia się cennego myśliwca. Dlatego trzpień jest odstrzeliwany w momencie zrzutu bomby. Niewykluczone, że w wyniku zwarcia czy z innej przyczyny odstrzelił się przypadkowo nie tam, gdzie powinien.

W starych radzieckich bombach, jakie sam zrzucałem, mechanizm był jeszcze sprytniejszy. Trzpień mocowano stalową linką do podskrzydłowego lub podkadłubowego wysięgnika na ładunki. Gdy bomba spadała, linka wyrywała go, odblokowując wiatraczek na zapalniku. Pęd powietrza odkręcał wiatraczek w ciągu kilku sekund, odbezpieczając zapalnik dopiero wówczas, gdy samolot był już odpowiednio oddalony. Przy zrzucie awaryjnym (poza poligonem) linka odczepiała się automatycznie od samolotu, a bomba spadała z zabezpieczonym zapalnikiem, żeby nie wybuchnąć.

Piloci są rozsądni

(Najpewniej) trzpień zapalnika ładunku dymnego (safety pin) spadł na prywatną posesję w Krzesinach, odbił się od bramy i uszkodził samochód, a właściciel wycenił straty na 2,5 tys. zł. Znając życie, pewnie zarysował lakier, bo wojsko zawsze przy takich okazjach doi się niemiłosiernie. Kiedy za głębokiej komuny Lim-5 z Zegrza Pomorskiego spadł na pole pszenicy po katapultowaniu się pilota, dyrektor lokalnego PGR wycenił straty tak, jakby mu ten samolot rozbił dwa kombajny i trzy traktory.

W lotnictwie pracują najbardziej odpowiedzialni i najbardziej obowiązkowi ludzie, jakich w życiu spotkałem. Szczególnie ciężko pracujący wojskowy personel techniczny kieruje się twardymi zasadami. Nie pamiętam, by kiedykolwiek „szedł na skróty”. Awarie oczywiście się zdarzają – a to przewód paliwowy się rozszczelni, a to łopatka w sprężarce silnika pęknie, a to olej wycieknie z siłownika, prądnica się przepali i tysiące różnych rzeczy, których przewidzieć i którym zapobiec nie sposób. Latająca brać lotnicza to trochę bardziej rogate dusze; człowiek całkiem rozsądny pewnie by nie wsiadł do takiej maszyny. Ale o braku odpowiedzialności pilotów mówić nie można.

Popatrzmy raczej na kierowców – na autostradzie zasuwają 160 km/h trzy metry za innym samochodem, co chwila powodując groźne kolizje. Rozpędzone auta co rusz wpadają na przystanki, chodniki, a zdarza się, że i do jeziora. Albo do metra. Pewien kierowca wpadł na pełnym szwungu na rondo i tak się elegancko na nim wykatapultował, że przeleciał 76 m! Notabene to blisko dwukrotnie więcej, niż wynosiła długość historycznego lotu Wilburne′a, młodszego z braci Wright, co 17 grudnia 1903 r. zapoczątkowało erę lotnictwa.

Nie ma więc co się trwożyć, prawdopodobieństwo bycia trafionym przez coś, co odpadło od samolotu, jest zbliżone do szansy trafienia przez meteoryt. Prawdopodobieństwo trafienia przez rozpędzony samochód wpadający na chodnik, przystanek, przejście dla pieszych czy rozwalający przydomowe przyłącze gazu – jest tysiąckroć większe.

Były dowódca wojsk USA w Europie: Rosja jest groźna

Bomby do jeziorka, rakieta za poligon

Mimo wysiłków, by zapobiegać nieszczęśliwym zdarzeniom, niezamierzone upadki uzbrojenia się zdarzają. W drugiej połowie lat 80. klucz Su-22 z pilskiego pułku przypadkowo zrzucił 16 potężnych, 500-kilogramowych bomb do jeziorka na skraju poligonu Nadarzyce. Podejście jest tam na szczęście wyludnione, nie zezwala się tu na budowę czegokolwiek (i słusznie). Mało ludzi się kręci, więc i ryb w jeziorze było sporo, jak w stawie hodowlanym. Kiedy bomby wpadły do wody, gejzer i ton wyrzuconego z dna mułu wzbił się na ponad 100 m. Dwie kobiety, co w nieodległym lesie zbierały jagody, opowiadały dziennikarzowi lokalnej gazety, że myślały, że to koniec świata – bo i huk potworny, i całe niebo zasnute dymem, w dodatku ryby z nieba lecą na las.

Z kolei w świdwińskim pułku, kiedy nieżyjący już Jurek Stramek (zginął w katastrofie lotniczej kilka lat później) odpalał rakietę kierowaną laserowo, doszło do niespodziewanej awarii. Rakieta namierza odbicie promienia laserowego wysyłanego z samolotu i kieruje się w ten punkt. Tymczasem tuż po jej odpaleniu laser niespodziewanie zgasł. Rakieta zgubiła prowadzenie i poleciała ok. 10 km za poligon, wybijając niedaleko pewnej wsi olbrzymią dziurę w ziemi – H-25 to potężny pocisk o masie ok. 400 kg, niosący blisko 150 kg materiału wybuchowego. Dla porównania: w granacie ręcznym materiału wybuchowego nie ma nawet ćwierć kilo, a też potrafi łupnąć.

Czytaj też: Bombowce przeleciały nad krajami NATO

Wymiana braterskich rakiet

Technicy przyjechali na miejsce z komisją ds. badania wypadków lotniczych, żeby sfotografować, a potem pozbierać resztki rakiety, a tam tylko dziura w ziemi, żadnych szczątków. Co jest? Za chwilę z Legnicy dzwoni radziecki pułkownik, jego śmigłowce Mi-24 z pułku z NRD były w Polsce akurat na ćwiczeniach. I mówi tak: „Słuszaj, drug komandir, maja riebiata strielby imieła, ze Szturma (mała przeciwpancerna rakieta kierowana). I odna rakieta, taka jej blad’, w... poszła. Nad liesom prielitieła i... jom znajet, gdie upała. No to ja posłał sołdatow, sztoby poiskali i i sobrali. I oni naszli i priwiezli. Ja smatriu i blad’! Maja sierebrnaja była, a etu, kotoruju oni priwiezli, biełaja i wielikaja kak... liotczika! I mnie każetsa, szto eto możet byt’ wasza? Ja w Piłu zwonił i oni nie strielali rakietami, skazali, szto wy strielali...”.

Chodziło o to, że im też rakietka uciekła. Żołnierze przywieźli mu resztki naszej, wielkiej i białej, a ich była mała i srebrna. Nasi żołnierze zaraz za lasem rozwalonego Szturma znaleźli, pozbierali i następnego dnia wymienili się z Rosjanami – machniom! Tyle że oni swoje kawałki rakiety wrzucili na tył UAZ-a, a po naszą musiał jechać Star.

Nie ma więc co siać paniki ani opowiadać historii o rozpadających się samolotach. Różne wypadki się zdarzają i szczęście, jeśli wszystko kończy się dobrze, jak w opisanych tutaj przypadkach. Na naszych drogach niestety codziennie jest znacznie gorzej, a jeszcze gorsze jest to, że tym akurat nikt się nie przejmuje.

Czytaj też: Amerykanie inwestują w bomby i nowe pociski

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną