Kraj

Morawiecki o pandemii. Przygotujmy się na czarny scenariusz

Mateusz Morawiecki w Sejmie Mateusz Morawiecki w Sejmie Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Premier nie byłby sobą, gdyby nie stwierdził, że w walce z pandemią znów jesteśmy najlepsi w Europie. W tym obrazie nie ma miejsca chociażby na karetki, które nie przyjeżdżają do chorych, bo są „uziemione” pod szpitalami.

Nadchodzą miesiące od 30 lat najtrudniejsze – stwierdził premier Mateusz Morawiecki, kończąc w Sejmie prezentację na temat stanu przygotowania państwa do walki z pandemią. Z przedstawionych przez niego liczb wynika, że jesteśmy przygotowani świetnie, rządowi udaje się być o krok przed pandemią. Dlaczego więc karetki godzinami stoją pod szpitalami, czekając, aż zwolni się miejsce dla chorych, których przywiozły? Dlaczego dzienna liczba zakażonych już przekroczyła 10 tys.?

Nauczyciele: Gdzie są testy? Znów się nas traktuje niepoważnie

Trudne pytania bez odpowiedzi

Premier przedstawił swoją wersję, optymistyczną. Miało z niej wynikać, że rząd nie zmarnował minionych ośmiu miesięcy, że się do trudnych czasów intensywnie przygotowywał mimo oficjalnych deklaracji, że wirus jest w odwrocie. Że zdrowie Polaków, a nie wygrana kandydata PiS w wyborach prezydenckich, pochłaniała jego czas i uwagę.

Niestety, nie wypadł przekonująco. Skoro bowiem tak sprawnie powiększano możliwości testowania, z 4 tys. dziennie do 80 tys. testów, to dlaczego przez tyle miesięcy przeprowadzano ich tak mało? W szpitalach były jeszcze wolne łóżka, można było pandemię próbować dusić w zarodku. Dlaczego czekano, aż się rozleje? Teraz, co przyznał nawet minister zdrowia, testujemy już granice wydolności systemu.

Trudnych pytań, na które premier nie udzielił odpowiedzi, jest więcej. Chwalił się, że w minionych miesiącach znacznie zwiększono liczbę covidowych łóżek, z 6 do 16 tys. obecnie. Że przybywa ich szybciej niż pacjentów, których pobyt w szpitalu jest konieczny. Na razie zajętych jest tylko 60 proc. łóżek, więc mamy jeszcze rezerwy. Wraca pytanie – dlaczego ludzie umierają, nie mogąc doczekać się na miejsce w szpitalu? W dniu, w którym nie doczekał się na miejsce i umarł ratownik medyczny w Garwolinie, ze statystyk wojewody wynikało, że na Mazowszu tylko 58 proc. łóżek jest zajętych. Rządowa statystyka najwyraźniej nie przystaje do rzeczywistości. Tym gorzej dla rzeczywistości?

Czytaj też: Laboratoria to wąskie gardło. Właśnie się zatyka

Kto nas będzie leczył?

Premier opowiadał, jak szybko rośnie liczba łóżek i świeżo zakupionych respiratorów. Po uruchomieniu szpitali polowych – nie tylko na Stadionie Narodowym i w Hali Expo w Warszawie, ale także w innych miastach wojewódzkich – będzie ich jeszcze więcej. Nie zająknął się jednak na temat tego, kto leżących na nich chorych będzie leczył. Kto podłączy te nowe respiratory? Już teraz pielęgniarek, lekarzy, ratowników jest za mało, zmarnowano miesiące wakacyjne, w czasie których można było przeszkolić nowe kadry. Kolejne pielęgniarki i lekarze odchodzą na kwarantannę albo nawet umierają. Dopiero teraz do rządu dotarło, że warto wykorzystać lekarzy z Ukrainy i Białorusi, choć nie musi to od razu oznaczać nostryfikacji ich dyplomów.

Odpowiedzi na pytanie, kto nas będzie leczył, należy szukać w kolejnych, procedowanych właśnie przez Sejm ustawach antycovidowych. Zawiera się ona już w potocznej nazwie „ustawa kamaszowa”. Pracowników medycznych rząd zamierza bowiem do pracy zmusić surowymi karami finansowymi – nowe ustawy są m.in. po to. Wracają słowa wicepremiera Jacka Sasina, że część osób pracujących w zawodach medycznych wykazuje za małe zaangażowanie w walkę z pandemią. Wielu z tych, którzy otrzymują tzw. nakazy pracy, nie zgłasza się do pracy w miejscu, które im wskazano.

Ten zapis budzi ogromne wzburzenie, nie tylko w środowisku. Skutki mogą być nawet odwrotne od zamierzonych. Cała publiczna ochrona zdrowia do tej pory jakoś funkcjonowała dzięki lekarzom, którzy dawno już osiągnęli wiek emerytalny, a jednak pracują. Ich także rząd zamierza „wziąć w kamasze” i skierować gdzie indziej? A co, jeśli w ogóle zrezygnują? Z zapisu, który wzbudził popłoch młodych matek przestraszonych, że mogą zostać skierowane do szpitala w innej miejscowości, już się posłowie PiS rakiem wycofują, twierdząc, że źle został zrozumiany.

Czytaj także: Prawie jedna piąta Polaków uważa, że pandemia to ściema

Pieniądze, ale nie dla wszystkich

Posłowie PiS przez pół dnia pomstowali na opozycję, że zażądała, aby prace nad ustawą przesunąć o jeden dzień. PiS grzmiał, że jeden dzień w czasach pandemii to wieczność, tyle można zrobić, tymczasem opozycja marnuje czas. Nieważne, że tego czasu rząd zmarnował o wiele więcej. Ważne natomiast, że w poprzednich ustawach antycovidowych, które opozycja karnie przegłosowywała, zawsze znajdowały się karygodne wrzutki, niezauważone z braku czasu. Taką wrzutką był zapis o zaostrzeniu kar dla lekarzy, łącznie z więzieniem, za błędy medyczne popełnione nieumyślnie. Medycy i cała Naczelna Izba Lekarska ostro, ale bezskutecznie przeciwko niemu protestowała. W czasach pandemii jest on szczególnie groźny, bo warunki, w jakich pracują lekarze, są fatalne i o błędy, nie z winy lekarza, jest coraz łatwiej.

PiS w końcu to zauważył. Projekt ustawy przewiduje, że medycy, ale tylko ci pracujący przy chorych z covid-19, już się kar pozbawienia wolności za błędy nie muszą obawiać. A co z resztą? Marchewką dla medyków „covidowych” ma być także podwójne wynagrodzenie za pracę. Zapisy są jednak niechlujne, trzeba je więc poprawić, żeby nie wyszło, że zamiast finansowo nagradzać całe pracujące w fatalnych warunkach środowisko, stają się kością niezgody, ponieważ dla jednych nagroda finansowa jest przewidziana, a dla innych nie.

Czytaj też: Sasin idzie na wojnę z lekarzami. To głupie i niesprawiedliwe

Co z innymi chorymi?

Premier Morawiecki nie byłby sobą, gdyby nie stwierdził, że w walce z pandemią znów jesteśmy najlepsi w Europie. Latem rząd zorganizował bowiem pierwszy w Europie ośrodek rehabilitacji pocovidowej w Głuchołazach. U nas też, mimo drugiej fali ataku wirusa – a spodziewać się należy także trzeciej – nie dochodzi do sytuacji, że trzeba wybierać, którego pacjenta podłączyć do respiratora, a dla którego ratunku zabraknie. To kolejny obraz nieprzystający do rzeczywistości.

Nie ma na nim chorych, których stan zdrowia gwałtownie się pogorszył, rodzina wezwała pogotowie, ale pogotowie nie przyjeżdża. Karetki są bowiem „uziemione” pod szpitalami, nie mogąc przekazać przywiezionych pacjentów szpitalowi, w którym nie ma miejsc. Nie ma też na tym obrazie setek tysięcy chorych na raka, choroby krążenia, a nawet błahe w normalnych warunkach zapalenie wyrostka robaczkowego. Te dodatkowe łóżka, którymi chwali się rząd, powstają bowiem ich kosztem.

W tej chwili cała publiczna ochrona zdrowia nastawiona jest na walkę z pandemią, bo rząd nie przygotował wcześniej systemu do tej walki. Pozostali ciężko chorzy – nierzadko także z narażeniem życia, a w najlepszym razie pogłębienia się choroby – muszą czekać na ratunek, aż pandemia się skończy. Tym razem premier już nie ogłasza zwycięstwa, mówi, że najgorsze przed nami.

Podkast „Polityki”: Jak działają modele matematyczne i co mówią o pandemii

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną