Kraj

Polowy Narodowy. Ma być sukces, choć kołdra jest krótka

Przygotowania do budowy szpitala na Stadionie Narodowym Przygotowania do budowy szpitala na Stadionie Narodowym Andrzej Hulimka / Forum
Półroczne zaniedbania przed jesiennym uderzeniem pandemii ma przykryć pospieszna budowa szpitali polowych. Z modelowego – na Stadionie Narodowym – już płyną zdjęcia gotowych sal. Ale fachowego personelu na nich nie widać. Cała nadzieja w ochotnikach.

Wtorkowe przedpołudnie 20 października. W sali konferencyjnej K11, położonej w północno-wschodniej części Stadionu Narodowego, trwa burza mózgów w sztabie powołanym do zorganizowania tu szpitala. Dwa dni wcześniej ogłoszono, że wobec szalejącej pandemii i przepełnionych szpitali w dużych miastach rusza adaptacja obiektów wielkopowierzchniowych na potrzeby hospitalizacji ciężko chorych na covid-19. Lista potencjalnych miejsc podlega ciągłym zmianom, gdyż te uprzednio wytypowane się nie nadają.

Czytaj też: Ile jeszcze mamy respiratorów? Kiedy zabraknie personelu?

Dane wyją jak strażacka syrena

Stadion Narodowy ma iść na pierwszy ogień jako namacalny dowód, że władza działa i nie zostawi ciężko chorego obywatela w potrzebie. Usłużna ekipa TVP dostarczająca obrazki do propagandy wieczornego wydania „Wiadomości” jest już na miejscu, choć jeszcze nie ma czego kręcić. Operator filmuje wiszący na płocie plan obiektu i robi ujęcie korony stadionu. Po czym zwija sprzęt.

Trzeba się spieszyć, bo spływające z Ministerstwa Zdrowia dane wyją jak strażacka syrena. Dziennie diagnozuje się już kilkanaście tysięcy pozytywnych przypadków, mniej więcej jedną czwartą testowanych. Umiera 120, 130, 170 osób, w tym coraz więcej ludzi w sile wieku, nieskarżących się na stan zdrowia. Coraz częściej słychać o dramatycznych przypadkach covidowych ofiar, które nie tylko nie doczekały się fachowej pomocy, ale nawet nie zostały zakwalifikowane do testów. Nie przyjęto ich do szpitali mimo ostrej niewydolności oddechowej. Przez lekarzy, zderzających się z systemową niewydolnością, przebija wściekłość i bezradność. Krzyczą: nie mamy miejsc dla chorych i nie mamy personelu do ich obsługi! Stadion?! Trzeba było o tym myśleć na początku września.

Czytaj też: Lekarze alarmują. Zaraz będziemy tu mieli Lombardię

Drukuj i podpisuj! Niech już robią!

Koordynujący akcję szef Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michał Dworczyk, który w lutym na antenie radiowej Trójki zapewniał, że rząd jest przygotowany na walkę z wirusem „niezależnie od tego, jak szeroka będzie potencjalna skala zachorowań”, twierdzi, że stadion się na szpital nadaje. – Zapewniano mnie, że już na etapie projektowania pomyślano o takim przeznaczeniu obiektu. Rafał Kapler, były prezes Narodowego Centrum Sportu, które odpowiadało za zaprojektowanie i wybudowanie stadionu na Euro 2012: – Panowały błogie czasy i o ile sobie przypominam, taka ewentualność w ogóle nie była brana pod uwagę. Ale miejsca jest pod dostatkiem, więc w obecnej sytuacji jestem sobie w stanie wyobrazić tam hospitalizację chorych.

W sali konferencyjnej K11 cicho szemrze klimatyzacja, wokół kilku stołów ścieśnionych na środku pomieszczenia o wyzwaniach związanych z przekształceniem stadionu w szpital debatują dwie strony: władza i zarządca stadionu. Rozmowa się rwie, bo bez przerwy dzwonią komórki, przez które popycha się misję „Szpital Narodowy” naprzód. W powietrzu latają kwoty: 800 tys., milion. Netto, brutto, szybko.

Pada idea: niech już ten szpital ruszy, żeby było co ogłosić w mediach, a listę zakupów będzie się na bieżąco zgłaszać do ministerstwa, tam szybko decyzja i wydanie do dyspozycji stołecznego szpitala MSWiA na Wołoskiej, którego Narodowy stał się właśnie oddziałem. Czas goni. – Marcin, czy umowa z tą firmą, co ma stawiać ścianki działowe, jest już podpisana? No jak to nie? Na co czekacie? Masz tu drukarkę! Drukuj i podpisuj! Niech już robią! – podnosi głos ktoś ze strony „władza”.

Raport: Epidemia się rozpędza. Czy służba zdrowia to wytrzyma?

Brudne i czyste powietrze

Lista problemów jest długa. Największy: wentylacja. Powietrze z części „brudnej”, gdzie mają być skierowani chorzy, nie może mieszać się z pozostałymi pomieszczeniami zaimprowizowanymi na szpital. Trzeba więc zamontować odpowiednie filtry. – Jeśli tylko zaczną tu zwozić chorych, wszyscy przenosimy się na pracę zdalną. Słyszałam, że biura mają inne źródło ogrzewania i klimatyzacji niż sale konferencyjne, w których mają leżeć chorzy. Ale wolę nie ryzykować – mówi chwilę wcześniej pracownica jednej z firm wynajmujących biuro w części K3.

Dalej: jak zabezpieczyć kilometry rurek, którymi ma biec do łóżek tlen? Przydałyby się słupki, żeby to jakoś porządnie zamocować. Listwy, żeby pochować. No ale nie ma supermarketu ze słupkami – ktoś rzuca. Fajnie by mieć te listwy, ale jak nie będzie, to się zepnie „na krótko”. Dobra, dalej: co z serwerami? Czy te stadionowe podołają obsłudze szpitalnej bazy informatycznej? Powinny. Ale nie ma komputerów. Trzeba zamówić. Ile? Kilkanaście by się przydało.

Dalej: telefony. Szpital musi mieć wewnętrzną sieć, co najmniej 20 numerów. Skąd je wziąć? Może krótkofalówki? – ktoś rzuca. Cisza. Dalej: zabezpieczenie obiektu, żeby się tu nie kręcił nikt niepowołany. Trzeba wydawać akredytacje, nie dopuścić do jakichś dziennikarskich prowokacji. Dalej: infolinia dla zgłaszających gotowość pracy. Zdecydowany głos spod maski: – Ma tam grać muzyka, a nie suchy komunikat o oczekiwaniu – żeby się ludzie nie zniechęcali, czekając na połączenie.

Czytaj też: Premier już się nie chwali sukcesami

Szybkie kursy obsługi respiratorów

Rekrutacja do opieki nad covidowymi pacjentami, których nie przyjęto do szpitali, zaczęła się w ubiegłą środę wraz z uruchomieniem strony internetowej szpitalnarodowy.pl. Do podjęcia zadania bezpośrednio zachęcał tam ze zdjęcia dr Artur Zaczyński, wysłany do kierowania medyczną stroną misji ze swego macierzystego szpitala MSWiA. Podpis obok zdjęcia głosił, że poszukiwani są ludzie z pasją, zaangażowani oraz pełni entuzjazmu, a praca będzie dla nich ciekawym i wyjątkowym doświadczeniem zawodowym. Ten gładki korpoton rozsierdził styranych medyków. – Szkoda, że nie obiecali jabłkowej środy osobiście organizowanej przez senatora Karczewskiego, wygadującego publicznie dyrdymały o zbawiennym wpływie konsumpcji jabłek na koronawirusową prewencję – złości się lekarka ze Szczecina.

Według zapewnień rządzących linia telefoniczna, gdzie odbierano zgłoszenia od ochotników, rozgrzała się do czerwoności. Odzew wyrażano również w liczbach: minister Dworczyk chwalił się, że do czwartkowego popołudnia, ledwie kilkanaście godzin po uruchomieniu infolinii, na apel odpowiedziało ponad 1800 osób. A wstępna potrzeba określona była na maksimum 500. Goniący w piętkę lekarze, stawający na głowie, by zapełnić luki w dyżurach spowodowane nieobecnością chorującego na covid albo poddanego kwarantannie personelu, nie mogli się nadziwić, skąd się nagle ci ludzie chętni do pracy w szpitalu narodowym wytrzasnęli. Skoro oni się muszą dwoić, a nawet czasem troić? Skoro wcześniej nie działały nawet przymusowe oddelegowania, bo lekarze mieli alibi: opieka nad małymi dziećmi, choroby przewlekłe, ciąże, wiek emerytalny?

Czytaj też: „Łóżka? Brakuje nawet krzeseł”. Dzień z życia powiatowego SOR

Procedowana w ubiegłym tygodniu w Sejmie ustawa miała radykalnie ukrócić te „wykręty”, jak je określali politycy PiS. – Rozważano werbunek nawet karmiących matek, jeśli tylko opiekę nad dzieckiem może zapewnić mąż, i przesunięcie do 65 lat górnej granicy wieku objętego mobilizacją męskiego personelu. Zaświadczenie o przewlekłej chorobie dostarczone przez lekarza ma być honorowane wyłącznie, jeśli wystawił je lekarz-orzecznik ZUS. Uznano, że taka jest konieczność, bo kategoria „personelu delegowanego” przestała istnieć – mówi dr Tomasz Imiela, członek Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie, który spodziewał się zasilenia kadr nowego szpitala raczej medycznym zaciągiem studencko-wojskowym.

L., anestezjolog z ponad 30-letnim stażem, nie dowierza w to pospolite ruszenie. – Do tej pory nie wiem, jakich specjalności tam szukają. Najpierw była mowa o tym, że ma to być placówka dla lżejszych covidowych przypadków, ale najwyraźniej ktoś w ministerstwie oprzytomniał i stwierdził, że to ryzykowne, bo ta choroba często ma perfidny i nieprzewidywalny przebieg. Więc podano, że powstaną też stanowiska intensywnej terapii. Tego samego dnia wieczorem usłyszałem ministra Dworczyka, który stwierdził, że zgłosiły się osoby niepracujące do tej pory z covidem. Włos mi się zjeżył. K., lekarka z krakowskiego szpitala im. Żeromskiego: – Mają ruszyć szybkie kursy obsługi respiratorów. Mimo że pracuję w zawodzie dobrych 30 lat, nie odważyłabym się zajmować pacjentami covidowymi po przejściu takiego kursu.

Doktor L.: – Obsługa respiratora to nie jest bułka z masłem. Już sama decyzja o podłączeniu chorego nie jest prosta, nie mówiąc o skutecznym prowadzeniu terapii. Podstawowych sposobów wentylacji jest kilka, a pośrednich kilkanaście. Sama ekstubacja oraz proces przechodzenia przez pacjenta na własny oddech również wymagają doświadczonego nadzoru.

Czytaj też: Covid – leczenie zaklęciami

„Chodzi o przykrycie faktu, że kołdra jest krótka”

Tuż po ogłoszeniu zrywu budowania szpitali tymczasowych w poczytnym w środowisku lekarsko-pielęgniarskim portalu Medycyna Praktyczna przypomniano, że jeśli chodzi o leczniczą infrastrukturę, Polska ma się świetnie: na tysiąc mieszkańców przypada 6,6 łóżka. Lepszymi wskaźnikami mogą się pochwalić jedynie Austriacy (7,4) oraz Węgrzy (6,9). R., lekarka z warszawskiego szpitala Dzieciątka Jezus: – Stoją u nas trzy budynki opuszczone dwa lata temu po połączeniu warszawskich szpitali klinicznych. Mamy w nich sale z dostępem do tlenu, zaplecze sanitarne. Wystarczyłoby przywieźć łóżka, sprzęt i można przyjmować covidowców. Pytanie tylko, kto miałby się nimi zająć. Jeśli chodzi o personel, jest dramat. Młode pielęgniarki odeszły, a starsze, z mojego pokolenia, nie nadają się do pracy na takich obrotach.

Gotowe zaplecze jest również w Krakowie. – Mamy budynki po przeniesionym szpitalu uniwersyteckim. Zamiast wykorzystać je na potrzeby pacjentów covidowych, debatuje się, która z halowych lokalizacji, gdzie wszystko trzeba zorganizować od podstaw, będzie dla tymczasowego szpitala najlepsza – dziwi się internistka ze szpitala Żeromskiego.

Czytaj też: Rekordy zakażeń jeszcze przed nami

Ratownik z warszawskiego pogotowia: – Chodzi o przykrycie faktu, że kołdra jest krótka. Lekarze alarmują, że brakuje w szpitalach miejsc, że nie mają dokąd odsyłać pacjentów, że karetki tkwią godzinami pod izbami przyjęć, że urzędnicy wojewodów fałszują statystyki, rejestrując jako łóżka covidowe nawet kuwety na kółkach dla noworodków, a rządowa propaganda na to: budujemy tysiące nowych miejsc dla pacjentów. Dyrektorzy lamentują, że personel im się wykrwawia, a propaganda mówi: na naszej infolinii urywają się telefony od ofiarnych i solidarnych pracowników służby zdrowia. Tego nikt nie jest w stanie zweryfikować.

Minister Dworczyk w ostatnich dniach kilkakrotnie podkreślał, że obiekty tymczasowe wprawdzie powstają, ale mają być dopiero ostatnią linią walki z pandemią i być może nigdy nie zostaną wykorzystane. Ale tak przewidujący rząd jak obecny musi być gotowy na różne scenariusze, nawet te najbardziej pesymistyczne. W rozmowie z „Polityką” potwierdza: każde miejsce w szpitalu z prawdziwego zdarzenia jest lepsze niż łóżko na Narodowym tymczasowym. – Ten obiekt ma być przeznaczony przede wszystkim dla pacjentów w średnim stanie. W razie zdecydowanego pogorszenia będą kierowani do właściwych placówek medycznych. W razie zapaści – ratowani na miejscu, na stanowiskach intensywnej terapii – wyjaśnia. Zapewnia, że ekipy budowlano-montażowe pracują na trzy zmiany. Niezbędny w leczeniu koronawirusa tlen będzie pochodził z centralnego, 10-tonowego zbiornika i zostanie doprowadzony do każdego łóżka zgodnie ze sztuką: instalacją miedzianą. Łazienki, w których nie było natrysków, są przerabiane. Catering jest na miejscu.

Czytaj też: Prawie jedna piąta Polaków uważa, ze pandemia to ściema

Minister jest zbudowany

Rachunek jeszcze nie został wystawiony, ale trzeba się liczyć z kilkunastomilionowym wydatkiem. Szpital ma być gotowy najszybciej, jak się da, jednak decyzja o tym, kiedy przyjmie pacjentów, zależy już od nadzorców polityki zdrowotnej oceniających wydolność systemu – powiada minister Dworczyk. Jest zbudowany faktem, że odzew na apel o służbę na stadionowym szpitalu jest tak silny. Ale każde zgłoszenie trzeba zweryfikować, a ten proces ruszył dopiero w ubiegły piątek. Jak wytłumaczyć fakt, że w szpitalach są dziury w personelu, ludzie gonią resztką sił, a do pracy na zamienianym w szpital Narodowym stoi kolejka chętnych? – Odpowiedź poznamy po przeprowadzaniu rozmów rekrutacyjnych – uważa minister Dworczyk.

Jedno jest pewne: dopóki Szpital Narodowy i inne prowizoryczne obiekty nie będą gotowe, władza będzie podtrzymywać narrację, że choć system trzeszczy w szwach, to jeszcze nie pęka i do realizacji czarnych scenariuszy daleko. Tymczasem one dzieją się na naszych oczach. W., pediatra z Łodzi: – Kolega z Bydgoszczy, absolwent Wojskowej Akademii Medycznej, dostał właśnie kartę mobilizacyjną do stawienia się na oddział w tamtejszej poliklinice. Pomyślałem: wezwanie jak wezwanie. Dopóki nie przypomniałem sobie, że jest patomorfologiem.

Czytaj też: Co dalej z pandemią? Słuchajmy modeli

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Ucieczka z religii

Masowe protesty w obronie praw kobiet dały nowy impuls ucieczkom z lekcji religii. Trwającym od lat, bo szkolna katecheza to często antyreklama wiedzy, wiary i wartości.

Marcin Piątek
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną