Kraj

Miliard złotych straty w PGZ. Jak załatać tę dziurę?

PGZ podczas tegorocznego Międzynarodowego Salonu Przemyślu Obronnego PGZ podczas tegorocznego Międzynarodowego Salonu Przemyślu Obronnego Jacek Szydłowski / Forum
Z opóźnieniem PGZ ogłosiła dane finansowe za ubiegły rok. Strata jest gigantyczna, ale zaraz nastąpi rekordowe odbicie. Statystyki to jedno, a realne problemy – drugie.

Ponad 1,2 mld zł straty przy przychodach zbliżających się do 6 mld – taki wynik musiałby przygnębić właścicieli każdej firmy, odstraszyć inwestorów, a zarząd skłonić do dymisji. PGZ to jednak „firma” specyficzna, a cudzysłów jest w pełni uzasadniony. Grupa skupiająca państwową zbrojeniówkę, co warto za każdym razem przypominać, to nie jednolity podmiot gospodarczy, a zlepek niemal w pełni niezależnych spółek, nienotowany na giełdzie. Odpowiedzialność zaś, w tym za stan kasy, ponosi głównie polityczną, a nie rynkową.

Choć więc dymisje mogą nastąpić, to nie muszą być wprost powiązane ze stratą za 2019 r., za którą powołany w 2020 r. zarząd nie może zresztą ponosić odpowiedzialności. Mało tego, to jego zasługa, że – choć późno – fatalny stan zasobów PGZ ujrzał światło dzienne. Opóźnienie leżało przy tym poza PGZ, która przekazała dane do publikacji w Krajowym Rejestrze Sądowym (podlegającym resortowi sprawiedliwości) pod koniec sierpnia. Być może gigantycznego minusa przestraszyło się nadzorujące PGZ ministerstwo aktywów, być może coś się „zacięło” w rządowej maszynie publikacyjnej, jak to bywa i w innych kontrowersyjnych przypadkach. Chwalić się istotnie nie było czym: PGZ SA, czyli spółka wiodąca grupy, odnotowała stratę w wysokości 1,266 mln zł, a cała grupa kapitałowa – 611 mln.

Straty PGZ. Fiasko pewnego planu

Straty są głównie pochodną struktury PGZ i permanentnego kryzysu, w jakim znalazły się jej „zasoby stoczniowe” zgromadzone w funduszu inwestycyjnym MARS. Chodzi o cztery firmy ze Szczecina i Gdyni, z których jedna – ST3 Offshore – po latach walki o przetrwanie w 2020 r. złożyła wniosek o upadłość, a druga – Stocznia Remontowa Nauta – od lat przynosi straty. Spółki te, wraz z kilkoma mniejszymi, zostały włączone w skład PGZ zaraz po jej założeniu w 2014 r. w nadziei (nadzieję taką miała Agencja Rozwoju Przemysłu i rząd PO-PSL), że skierowanie tam planowanych wielkich zamówień w obszarze marynarki wojennej pozwoli im stanąć na nogi i znaleźć swoje nisze – w produkcji statków i okrętów, w rosnącym wówczas sektorze farm wiatrowych i struktur przybrzeżnych (offshore). Tak się nie stało, zamówień w obszarze morskim jest za mało, by zapewnić przetrwanie i rozwój wszystkim (ledwo wystarcza dla PGZ Stoczni Wojennej i gdyńskiej stoczni RSB).

W efekcie załamania się strategii firmy stoczniowo-offshorowe balansują na krawędzi upadku, a przeliczenie wartości certyfikatów funduszu MARS przyniosło w bilansie PGZ ponad pół miliarda na minusie. Nie oznacza to dosłownie utraty gotówki, choć to utrata rynkowej wartości firmy, trudno też przypisać PGZ całą „winę” za jej powstanie. W tym przypadku fakt, iż PGZ nie ma wiele wspólnego z rynkiem, a w każdym razie funkcjonuje na bardzo specyficznym rynku, ratuje ją przed poważnymi kłopotami.

Nie przyniesie jednak również korzyści nieuchronne w tej sytuacji odbicie, spodziewane w danych za rok obecny. PGZ już donosi o kilkudziesięcioprocentowych wzrostach, jeśli chodzi o sprzedaż i rentowność, a gdy nie będzie musiała znowu przeceniać zasobów, wyjdzie prawdopodobnie na rekord. Nie zysku netto, bo ponadmiliardowej straty w rok nie odrobi, ale przynajmniej z produkcji zbrojeniowej, czyli ze swej podstawowej działalności. O ile więc sama strata, jednorazowa w takiej wielkości, nie oznacza, że PGZ jest już bankrutem, o tyle jej przyczyny świadczą o fiasku pewnego planu. Na pewno w odniesieniu do sektora stoczniowego, ale – na co wskazuje sam zarząd PGZ – również szerzej: w państwowej zbrojeniówce. Utrata wartości akcji i aktywów spółek zależnych, która wyniosła 529 mln zł, i poczynione z konieczności odpisy na pokrycie zobowiązań (np. kredytów i pożyczek) firm w gorszej kondycji za ponad 200 mln – obrazują stan zapaści.

Czytaj też: PGZ ma już piątego szefa za rządów PiS

Przemysł na marginesie

Pogłębia się różnica między liderami żyjącymi z hojnych, wieloletnich kontraktów MON a spółkami, które zostały w nich pominięte i nie potrafiły znaleźć sobie miejsca poza rynkiem rządowych zamówień. Można to ująć inaczej: strategia państwa, która legła u podstaw konsolidacji sektora obronnego w ramach PGZ, została zrealizowana wyspowo, niekonsekwentnie i niespójnie, zostawiając na marginesie całe obszary przemysłu i technologii.

Co gorsza, wskutek decyzji motywowanych wyłącznie względami politycznymi nawet liderzy sektora zostali w ubiegłych latach obciążeni koniecznością utrzymywania firm deficytowych, niezwiązanych z produkcją zbrojeniową, będących za to chwilowo oczkiem w głowie polityków. Czołowym przykładem jest sanocki Autosan. Na siłę włączony do PGZ w czasie pierwszego rządu poprzedniej kadencji PiS, do dziś obciąża dwóch przymusowych współwłaścicieli – Hutę Stalowa Wola i PIT-Radwar (drugiego lidera rentowności w PGZ) – a wciąż nie stał się częścią sektora zbrojeniowego. Na szczęście trwa poszukiwanie nowego inwestora dla spółki, która pod kontrolą najsprawniejszych menedżerów zbrojeniówki z roku na rok poprawia wyniki (strata zmniejszyła się sześciokrotnie: z ponad 30 do 5 mln). Czy to znak, że teraz w PGZ będzie normalnie? Za wcześnie na taki optymizm, choć światełko w tunelu może nie jest rozpędzonym autobusem.

Czytaj też: Jak poradziecki sprzęt Polaków trafił do NATO

Stocznie. Dramat i nędza

Wyniki poszczególnych spółek nieraz znacząco odbiegają na plus od katastrofalnych danych dotyczących całości PGZ. Liderem zyskowności pozostaje Huta Stalowa Wola mimo ciągnięcia na holu Autosana. Zarobiła prawie 47 mln i poprawiła zysk o jedną czwartą w porównaniu z 2018 r., co na cywilnym rynku byłoby wynikiem sensacyjnym, ale również w ocenie pozytywów musimy pamiętać, że z prawdziwym rynkiem ma to niewiele wspólnego.

HSW ma pełny portfel resortowych zamówień na systemy artyleryjskie Krab i Rak (po 120 samobieżnych armatohaubic i moździerzy) i będzie je produkować przynajmniej do połowy dekady. Na horyzoncie – za dwa–trzy lata – są potencjalnie jeszcze większe, jeśli chodzi o wartość zamówienia, na pływające wozy bojowe piechoty Borsuk i zbudowaną dla nich bezzałogową, cyfrową wieżę z armatą 30 mm i wyrzutnią pocisków przeciwpancernych. Gąsienicowych borsuków w perspektywie dekady wojsko może zamówić kilkaset, wież potrzebować będzie nawet tysiąc, bo trafią również na kołowe rosomaki.

Boom dla Stalowej Woli będzie więc trwać, a firma wydaje się skazana na sukces – cały czas z zastrzeżeniem, że to sukces nie w pełni rynkowy, a będący skutkiem akurat w tym przypadku konsekwentnie realizowanej strategii zamówieniowo-przemysłowej. Że to działa, widać też w innych miejscach, gdzie dzięki wieloletnim programom zakupów trafiają setki milionów czy miliardy złotych. Nawet jeśli z opóźnieniem i potknięciami – strumień gotówki z MON wypływa w wynikach: fabryki radarów i systemów obrony przeciwlotniczej Poprad PIT-Radwar, wytwórcy pojazdów kołowych Rosomak SA, gliwickiego Bumaru, gdzie jednocześnie modernizuje się czołgi Leopard i doposaża stare T-72, w warszawskim PCO, które do całej gamy pojazdów i na wyposażenie żołnierzy produkuje przyrządy optoelektroniczne. Sytuacja tych firm jest coraz lepsza, ale wykreowana decyzjami politycznymi. Tam, gdzie ich zabrakło, np. w stoczniach, jest dramat i nędza – los PGZ w całości zależy bowiem od widzimisię resortu obrony.

Tam, gdzie pieniądze jednak płyną, przynoszą sukces też innym: państwowym, zagranicznym i prywatnym partnerom i kooperantom, tworząc wokół HSW coś w rodzaju „hubu lądowego”. To zalążek przyszłej samodzielnej domeny produkcyjnej, nowego i mniejszego od PGZ, ale lepszego przedsiębiorstwa.

Czytaj też: MON w natarciu, czyli szybki plan Błaszczaka

Legenda „tysięcy dronów”

Idea podziału PGZ na mniejsze grupy firm wyspecjalizowanych w produkcji określonego rodzaju sprzętu nie jest nowa, ale właśnie wraca, tym razem promowana przez resort aktywów i Zbigniewa Gryglasa, nadzorującego PGZ od listopada, a już mającego ponoć w szufladzie „plan sanacji”. Wiceminister na razie opowiada o nim w prasie, ministerstwo utrzymuje, że dokument nie jest gotowy. Z dobrze poinformowanych źródeł wiadomo, że plan ten leżał dłuższy czas w innej szufladzie w KPRM, ale nie mógł doczekać się wdrożenia za czasów porządkowania PGZ MON ani w roku wyborczym 2019.

Poza utworzeniem domen produktowych zakłada m.in. redukcje i zwolnienia, odchudzenie korporacyjnej czapy w postaci PGZ SA, pozbycie się z grupy firm nieprodukujących na rzecz wojska, a nawet – o zgrozo – ściślejsze powiązanie firm państwowych z prywatnymi. Ta ostatnia narracja współgra z dużą aktywnością medialną Grupy WB, od dawna współpracującej z Hutą i czyniącą niegdyś podchody do jej kupna, a z drugiej strony oferującą wciąż nieobecne w katalogu PGZ kompetencje w budowie bezzałogowców.

Temat „tysięcy dronów” dla wojska od czasu niezrealizowanych obietnic Antoniego Macierewicza obrósł legendą, ale jest w nim nawet więcej niż ziarno prawdy – bezzałogowce są dziś nieodzowne na polu walki. Tymczasem PGZ, obdarowana w 2017 r. wyłącznością na wytworzenie „narodowej” linii dronów, do dziś nie może sobie z tym poradzić, a sprawozdania zarządu pokazują, że rozważa kupno projektu z zewnątrz i chce brać dodatkowe kredyty na projekt. Fiasko wisi w powietrzu, nawet jeśli w końcu powstanie najdroższy tego typu produkt na świecie, podczas gdy realny sukces polskich dronów kilka lat temu wydawał się na wyciągniecie ręki, gdyby nie wstrzymała go błędna polityka.

Czy PGZ zawojuje świat?

Publikacja gigantycznych strat, które ktoś, czyli budżet, będzie musiał pokryć, jest doskonałą okazją, by zakrzyknąć, że „tak dalej być nie może” i „coś wreszcie trzeba z tym zrobić”. Pytanie, czy wystarczy konsekwencji i czasu do następnych wyborów – czy ręka komuś nie zadrży, gdy na najważniejszym biurku w PiS już lądują pisma związkowców alarmujące o fatalnych nastrojach załóg?

Wizja zwolnień i rozbicia systemu, w którym „wieczni” związkowi liderzy są ważniejsi od wymienianych co kilka lat prezesów, jest trudna do wyobrażenia również z powodów politycznych. Zbrojeniówka to zasób w sumie 100 tys. głosów pracowników spółek PGZ, firm, ich rodzin, miast i regionów. Z drugiej strony do 2023 r. formalnie nie ma w kalendarzu wyborów, a na przekształcenie branży da się zapewne zużyć jakieś europejskie i krajowe fundusze, dodatkowo cementując poparcie. Inwestycja może się więc okazać dwutorowo korzystna, choć oczywiście nie gwarantuje, że PGZ czy cokolwiek z niej pozostanie zawojuje rynek Europy i świata.

Bo to kluczowe słowo – rynek – jest wciąż w dużej mierze obce PGZ. Mimo dziesiątek deklaracji o tym, jak ważna jest dla Polski produkcja zbrojeniowa, jak serio rząd traktuje modernizację wojska, mimo pouczania sojuszników z NATO na temat konieczności wymiany sprzętu – za rządów PiS nie dokonała się w PGZ żadna rewolucja w pozytywnym sensie. Nie widzimy grupy jako lidera wynalazczości, konsorcjanta w głośnych europejskich i światowych projektach, liczącego się eksportera uzbrojenia choćby na regionalną skalę. 95 proc. przychodów to środki z budżetu MON, produkcja i usługi na rynek cywilny są znikome, eksport leży. To znaczy nawet rośnie (ponad 760 mln), ale większość jego wartości stanowią materiały wybuchowe z Nitro-Chemu i mieszanki gumowe ze Stomilu. PGZ nie eksportuje żadnego ze swoich sztandarowych wyrobów, na których można by zarobić solidną marżę, i nie uczestniczy jako główny poddostawca w łańcuchach dostaw zbrojeniowych potentatów.

Czytaj też: Polska zbrojeniówka uzależniła się od Lockheed Martin

Park niepotrzebnego złomu

Czkawką odbija się macierewiczowskie hasło o tym, że Polska – w domyśle PGZ – nigdy nie będzie piątym filarem Airbusa czy innej zagranicznej firmy. Niestety, w odróżnieniu od innych jego deklaracji tę akurat wprowadzono w życie lub nie zrobiono nic, by jej przeszkodzić. A taka Hiszpania, kraj, do którego Polskę często porównywano pod względem potencjału przemysłowego, wielkości, pozycji w Unii i NATO, właśnie została – jako filar Airbusa – liderem technologii trudnej wykrywalności dla nowej generacji samolotu myśliwskiego.

Nierozsądnie byłoby twierdzić, że Polska mogłaby w tej roli Hiszpanię zastąpić, gdyby nie Macierewicz – nie ma natomiast PGZ żadnych porównywalnych sukcesów i nie stworzyła perspektyw, by je mieć. Ścieżka wielonarodowej współpracy nie jest jedyną, jaka może zapewnić sukces, ale we współczesnych realiach rynkowych w Europie i z punktu widzenia potrzeb NATO wydaje się jedyną sensowną. Chyba że jako wzór widzimy Turcję, która też zaczynała z poziomu offseto- i licencjobiorcy, jednocześnie inwestując we własne technologie tam, gdzie miała przewagi. Przykład bezzałogowców sugeruje jednak, że i tą ścieżką iść nie chcemy.

Jeśli ktoś na poważnie myśli o reformie PGZ, musi zerwać z „wszystkoizmem”, skoncentrować się na produktach sprzedawalnych na świecie, a nie tylko polskiemu MON, szukać nisz w modernizacjach starszego poradzieckiego sprzętu, którego potworne ilości jeszcze są w użyciu również w NATO, ale zamiast gonić na siłę zachodnie technologie sprzed 20–40 lat, skupić się na tym, co da sukces za 20–40 lat.

Łączność, sztuczna inteligencja, algorytmy, szyfry, sensory radarowe, optyczne, sieci – już dziś są tak samo ważne jak pociski, rakiety, karabiny i moździerze. Łączenie platform z efektorami, ich robotyzacja, autonomizacja będą ważniejsze niż nowy czołg, którego sami – a pewnie i w kooperacji z jakimś krajem – najpewniej nie będziemy w stanie wyprodukować, a co dopiero go sprzedać. Podstawowych platform bojowych nowej generacji należy szukać we współpracy, i to na kontynencie europejskim, co rzecz jasna wymaga przełamania oporów – udziału w tym torcie nie da się wykrawać wetem. PGZ trudno będzie konkurować międzynarodowo z produktami, jakie oferują Airbus, General Dynamics, Rheinmetall czy Leonardo – lepiej, gdy spróbuje, przy wsparciu rządu, wejść w przyszłościowe projekty jako zaufany, duży poddostawca. A tam, gdzie czuje siłę produktu i determinację rządu, niech walczy o swoje nisze, wygryza je konkurentom. Niestety, takie rynkowe podejście jest nie do pogodzenia z rolą „elementu systemu bezpieczeństwa państwa”, jak za Macierewicza PGZ chętnie się określała, z rządowym błogosławieństwem.

Bezpieczeństwo nie ma ceny, produkt rynkowy musi ją mieć, i to niższą, gdy brakuje mu uznanej marki. Podatnik w kraju też kiedyś zapyta o cenę relatywnego sukcesu Krabów i Raków – i może z trudem przełknąć gorzką prawdę, że to produkty świetne, ale kosztowne i być może dlatego poza MON niepopularne. Reorientacja na rynek zamiast na rząd musi nastąpić i albo ją z rozmysłem rząd zaplanuje, albo skończy ze skarbonką bez dna i parkiem nikomu niepotrzebnego złomu.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Polonia jest taka jak my. Ewa Winnicka opowiada o polskim Greenpoincie

Mnie ten temat dlatego tak bardzo pociąga, że zmusza do zastanowienia, co to znaczy być w ogóle Polakiem – mówi Ewa Winnicka, autorka książki „Greenpoint. Kroniki Małej Polski”.

Janusz Wróblewski
16.06.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną