Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Zanim padły strzały III. Kiedy do robotnika strzelało robotnicze państwo

Kopalnia węgla kamiennego „Wujek” w rocznicę pacyfikacji. Zdjęcie z 16 grudnia 2020 r. Kopalnia węgla kamiennego „Wujek” w rocznicę pacyfikacji. Zdjęcie z 16 grudnia 2020 r. Arkadiusz Lawrywianiec / Forum
Jeżeli nie będzie węgla, a elektrownie po jesiennych strajkach mają zapasy tylko na trzy dni, jeśli w domach zabraknie prądu i ciepła, to całe nasze przedsięwzięcie, jakim jest stan wojenny, natychmiast szlag trafi – przekazywał gen. Czesław Piotrowski, minister górnictwa i energetyki, członek Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego.

A zima pamiętnego 1981 r. była ostra.

Gabriel Mérétik w „Nocy generała” napisał: „Mieczysław Rakowski powie później: – Witaliśmy każdy dzień z uczuciem ulgi, powtarzając sobie, że nie było przelewu krwi… Niestety, jednak zdarzyła się tragedia w kopalni „Wujek”. Według relacji Rakowskiego: – Obradował właśnie „dyrektoriat”*, kiedy szef milicji z Katowic zawiadomił telefonicznie generała Kiszczaka o strajku górników. Prosił o zezwolenie na otwarcie ognia. Jaruzelski sprzeciwił się temu zdecydowanie… Nieszczęściem dowódca jednostki, próbujący zawładnąć kopalnią, stracił głowę i wydał rozkaz użycia broni.

Bezpośredni rozkaz użycia broni nigdy nie padł. Ale strzały padły. Polała się krew. Na miejscu zginęło sześciu górników, trzech zmarło w szpitalu. Dziesiątki odniosło rany. Po stronie milicji także było sporo rannych. Jak doszło do najtragiczniejszych wydarzeń stanu wojennego w czwartym dniu jego trwania? Jak potoczyłaby się nasza historia, gdyby nie ofiara dziewięciu z „Wujka”?

Czytaj też: Czy Śląsk spóźnił się na pociąg „Solidarności”?

I.

Ta krwawa historia, która miała potem istotny wpływ na bieg wydarzeń, zaczęła się koło północy z 12 na 13 grudnia. Ludwiczaków obudził dzwonek. Mieszkali na piątym piętrze w górniczym bloku oddalonym gdzieś o 200 kroków od kopalni. Gospodarz uchylił drzwi na łańcuch. W korytarzu stał milicjant i dwóch cywilów. Mówili coś o włamaniach do samochodów i piwnic, domagali się, aby zszedł z nimi na parking: – Kiedy odmówiłem, to któryś próbował wcisnąć nogę między drzwi i futrynę, ale udało się je zatrzasnąć – wspominał Jan Ludwiczak, przewodniczący kopalnianej Solidarności. Zaczęli walić pięściami w drzwi, grozić, że wyważą, a potem zbiegli na dół.

Ludwiczak zadzwonił do wydziału szybów kopalni, w którym pracował już 20 lat, żeby zawiadomić kolegów o nocnym najściu. Miał podłączoną zakładową linię, która nie była jeszcze zablokowana. Z „Wujka” przybiegło dwóch górników: Stanisław Siorek i Józef Śledzikowski. Uzgodnili, że będą czuwać piętro wyżej na wypadek powrotu milicjantów.

Przed godz. 1 w nocy ponownie załomotano w drzwi, przy framugach pojawiły się rysy, ale nie puszczały. Użyto siekier i taranu. Kiedy ostrze siekiery przebiło drzwi na wylot, a następne uderzenia wyrąbały je z futryny, Ania, 21-letnia córka Ludwiczaka, zaczęła histerycznie krzyczeć: – Matko Boska, pozabijają nas, tato! Ania od kilkunastu minut pomagała ojcu barykadować drzwi wejściowe. W 40-metrowym mieszkaniu była jeszcze żona Maria i dziewięcioletni syn Tomek. Ten krzyk i hałas rozwalanych drzwi obudził cały blok.

Do małego M3 wpadło kilkunastu mężczyzn w mundurach i po cywilnemu (Ludwiczak, siedząc już w więzieniu, z nudów ich policzył – doliczył się 16). Kazali ubrać się – zdążył na piżamę naciągnąć spodnie i narzucić sweter. Potem wykręcili mu ręce do tyłu i skuli kajdankami, opierającego się zaczęli ciągnąć na klatkę schodową. W tym momencie z kuchni wyskoczyła z dużym nożem Ania: – Nie dam ojca, nie pozwolę – darła się histerycznie. Dwóch mundurowych szybko ją obezwładniło i wepchnęło do kuchennej wnęki. – Na dół z nim! – zarządził jakiś cywil i ostrzegł trzęsącą się ze strachu Marię Ludwiczak: – A wam radzę nie rozpowiadać o tym, co tutaj się stało, bo źle na tym wyjdziecie.

Po schodach wlekli go jak zaszczute zwierzę – piętro po piętrze, na oczach sąsiadów, w większości pracowników „Wujka”. Kiedy rozwalano drzwi Ludwiczaków, padł rozkaz, aby „tym dwóm na górze” dać wycisk i wyrzucić z budynku. Po wywiezieniu przewodniczącego przez jego mieszkanie przewinęło się tej nocy kilkaset osób (drzwi były otwarte – żartowali po latach Ludwiczakowie). Sąsiadów i górników, którzy zdążyli wyjechać na powierzchnię. To był ważny moment: na ścianach i schodach zobaczyli smugi krwi zmasakrowanych kamratów. A nad ranem usłyszeli przemówienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego, w którym apelował, aby nie polała się ani jedna kropla polskiej krwi. Potem, przez całą niedzielę, przybywało świadków krwawych początków stanu wojennego.

Pod blokiem na zakutego szefa Solidarności czekała „nyska”. Po wrzuceniu go do środka z góry poleciały donice z kwiatami, jakieś balkonowe sprzęty, a z okien i balkoników obudzonych sąsiednich budynków skandowano aż do odjazdu: „Ge-sta-po!, Ban-dy-ci! Gestapo! Bandyci!”... Kopalnia i osiedle kipiały z wściekłości, choć nikt nie znał jeszcze przyczyn dramatycznego aresztowania Ludwiczaka.

Czytaj też: Żabiński. Towarzysz zdrowa siła

II.

Jeżeli jednak nocna brutalna akcja miała być elementem zastraszenia, to wywołała odwrotny skutek – odsłoniła pokłady nienawiści wobec władzy. Już w pierwszych godzinach powstał mur, który kilka dni później trzeba było kruszyć czołgami. Jeszcze tej nocy w kopalni odbyła się masówka. Na nocce pracowało blisko 600 osób. Poturbowani pod mieszkaniem Ludwiczaka górnicy opowiedzieli, co z nim zrobiono… Sami też dawali świadectwo brutalnej akcji milicji. Decyzja górników mogła być tylko jedna: strajk! Aż do uwolnienia przewodniczącego. Masówką rządził chaos, jak zawsze przy takich okazjach: liderami zostawali ci, którzy najgłośniej krzyczeli albo pierwsi dorwali się na podium: na stoły i krzesła. Wykrzykiwano, aby chwycić w ręce, co się da, i ruszyć na niedaleką wojewódzką komendę milicji, żeby odbić Ludwiczaka.

Do głosu dorwał się Adam Skwira, górniczy cieśla, miał już prawie 30 lat pracy pod ziemią. Zakrzyczał wszystkich i zaproponował, że do kopalni należy ściągnąć księdza: – Może ksiądz przyjdzie i uspokoi nastroje – z taką nadzieją górnicza delegacja: Adam Skwira, Ludwik Karmiński i Władysław Wójcik (niebawem zostali liderami sprzeciwu), obudziła ks. Henryka Bolczyka, proboszcza parafii św. Michała, na terenie której leżał „Wujek”. Poprosili o odprawienie mszy. Potem przez dobrą godzinę tłumaczyli księdzu wydarzenia, których sami nie rozumieli. Bolczyk chciał już przed 6 ruszyć do kopalni, ale zatrzymały go radiowe komunikaty o rychłym wystąpieniu gen. Jaruzelskiego. Wysłuchał do końca. W kopalni proklamacji stanu wojennego górnicy słuchali przez radiowęzeł.

Msza rozpoczęła się przed 8. Księdza zaprowadzono do łaźni łańcuszkowej, w której czekał zbity tłum górników pokrytych jeszcze węglowym podziemnym pyłem. Ołtarzem był stół przykryty zielonym płótnem. Na poczekaniu zbijano krzyż. Pod sufitem wisiały podciągnięte na łańcuchach setki ubrań. Jak powie mi później ks. Bolczyk, naszła go myśl, że w takiej scenerii żaden jeszcze polski kapłan mszy nie odprawiał. To prawda, nie odprawiał. Przyprowadzono do niego dwóch zakrwawionych górników. Pytali, czy będą mogli przyjąć tutaj komunię i czy będzie ważna? – A słyszałem niedawno, że nie poleje się ani jedna kropla polskiej krwi – zauważył Bolczyk z przekąsem.

Czytaj też: II RP bez Śląska, czyli czar Polesia

III.

Po mszy górnicy postanowili zawiesić strajk – decyzję o proteście miała podjąć pierwsza poniedziałkowa zmiana. Jak przyjęliby stan wojenny, jeżeli nie byliby świadkami brutalnej przemocy i gdyby uwolniono Ludwiczaka? – zapytałem po latach Jerzego Wartaka, jednego z przywódców strajku**, późniejszego autora kontrowersyjnego gestu pojednania z gen. Jaruzelskim: – Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi – powiedział. – Strajk zaczął się w poniedziałek 14 grudnia na rannej zmianie, z tym jednym postulatem: uwolnić Ludwiczaka! Dopiero później dopisywaliśmy następne żądania. A gdyby Janka zwolniono? W tym dniu strajku raczej by nie było – a później to już jeden Bóg wie, jak potoczyłyby się nasze losy.

Szefa Solidarności, ale też członka PZPR, wypuszczono z więzienia w Uhercach dopiero przed Wigilią 1982 r. Potem lata mijały, a on dalej nie mógł zrozumieć, dlaczego go tak potraktowano: – Janek, wiesz dobrze, że nie byliśmy radykalną Solidarnością, rozmawialiśmy przecież, bywałeś u nas… Nie chodziłem po kopalni z wiadrami, żeby zbierać partyjne legitymacje, nie prowadziłem związku na Lwów i Wilno, nie waliłem pięścią w stół, żeby na Kremlu zagrał kurant…

Pytałem o to Mieczysława F. Rakowskiego – rozmowa ukazała się w książce „Zanim padły strzały” (Jan Dziadul, Marek Kempski). Wicepremier i członek dyrektoriatu przyznał, że skala internowań w kraju – blisko 10 tys. osób – była głupotą. Jego zdaniem wystarczyło zamknąć góra 500 działaczy z czołówki Solidarności i zapewnić im bardzo dobre warunki w więzieniach i ośrodkach odosobnienia: – W ten sposób niepotrzebnie stworzyliśmy tysiące kombatantów. W jego ocenie za taką polityką internowań stali wojskowi i szefowie Służby Bezpieczeństwa: – Ale to wojskowi wymyślili, że „pod publikę” należy ciąć po skrzydłach. Bierzemy, kogo się da z Solidarności, ale też zamykamy swoich. Internowanie Gierka, Jaroszewicza i innych z poprzedniej ekipy było żenującym spektaklem.

Czytaj też: Płomienie przy urnach. 100-lecie plebiscytu na Górnym Śląsku

IV.

Zatrzymanie Ludwiczaka było tą śnieżną kulą, która wywołała lawinę. Nie musiała jeszcze zwiastować tragicznych skutków, ale – jak napisał Czesław Miłosz – lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach. Pracując nad książką „Rozstrzelana kopalnia”, natrafiłem w aktach Prokuratury Garnizonowej w Gliwicach na wyrwaną z zeszytu kartkę w kratkę, taką od matematyki, zatytułowaną „Proklamacja”, a dalej: „Proklamacja załogi w związku z ogłoszeniem stanu wojennego oraz aresztowaniem działaczy NSZZ Solidarność. Na masówce dnia 14.12.1981 r. podjęto jednomyślnie uchwałę:

  1. Zniesienie stanu wojennego.
  2. Uwolnienie przewodniczącego NSZZ Solidarność obywatela Jana Ludwiczaka.
  3. Pełna realizacja Porozumień Jastrzębskich.

Po realizacji powyższych postulatów załoga natychmiast podejmie pracę”.

Decyzję załogi przekazał dyrektorowi kopalni Piotrowi Zarembie i płk. Wacławowi Rymkiewiczowi, wojskowemu komisarzowi zmilitaryzowanego zakładu, Stanisław Płatek, wcześniej mało znana postać w Solidarności „Wujka”.

Druga zmiana, która pojawiła się w kopalni o 14, dopisała czwarte żądanie: „Zwolnienie działaczy internowanych w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. W przeciwnym wypadku załoga podejmie strajk okupacyjny. Jeszcze Polska nie zginęła”.

Te cztery postulaty, przepisane następnie na kilka arkuszy brystolu, rozwieszono w kopalni i na płocie od strony ulicy. Druga zmiana zdecydowała o przystąpieniu do strajku okupacyjnego – w tym momencie w kopalni było ponad 2 tys. górników. Punkt trzeci (Porozumienia Jastrzębskie) był dla nich szczególnie ważny, bo wiązał się m.in. z dobrowolną pracą w niedziele i dni świąteczne oraz wprowadzeniem w całym kraju wolnych sobót.

W drugim dniu stanu wojennego górnicy z „Wujka” jako pierwsi w Polsce zażądali jego odwołania. Postulat dotarł do zakładów, które dopiero podejmowały decyzje o strajkach. To musiało rozwścieczyć władze, przynajmniej te na szczeblu wojewódzkim.

Czy dlatego „Wujek” został wybrany do przykładnego ukarania przeciwników stanu wojennego? – pytałem gen. Jerzego Grubę, który pod koniec 1981 r. w stopniu pułkownika był komendantem wojewódzkim MO w Katowicach. Pytałem w swoim imieniu, ale też tych wszystkich, którzy uważali, że „Wujek” miał być pokazówką siły i determinacji, aby raz na zawsze (na lata) zdławić opór przeciwników PRL.

Czytaj też: Kraina węgla i stali

V.

Nad ranem 14 grudnia, o 4:30, do KW MO przyszedł faks z MSW z rozkazem odblokowania strajkujących przedsiębiorstw. W trakcie przygotowań do stanu wojennego milicja ćwiczyła… blokowanie zakładów, aby na ich teren nie dotarli robotnicy. Akurat w województwie katowickim zrezygnowano z tej koncepcji, ponieważ doliczono się prawie 600 przedsiębiorstw, które należałoby otoczyć, a już na pewno 110 wielkich zakładów mających kluczowe znaczenie dla gospodarki kraju. Wyliczono, że np. do zablokowania tylko jednej kopalni „Wieczorek” (siedem szybów i 24 bramy wejściowe i transportowe) potrzebnych byłoby 340 funkcjonariuszy i siedem armatek wodnych. Na odcięcie od świata Huty „Katowice” należałoby wysłać ponad tysiąc milicjantów i żołnierzy… W warunkach śląskiej aglomeracji, gdzie kopalnie i huty dotykały osiedli mieszkaniowych, takie działania nie wchodziły więc w rachubę.

A odblokowanie zakładów? – Mieliśmy pułk ZOMO ćwiczony do rozpędzania demonstracji, ale nie do działań wewnątrz, w terenie zabudowanym, bo taka była specyfika starych śląskich kopalń – tłumaczył Gruba. – Jedyną akcję odblokowania strajkującej kopalni widziałem na filmach Kazimierza Kutza, w „Soli ziemi czarnej” czy też w „Perle w koronie”, ale wiadomo, jak się skończyła filmowa pacyfikacja. Mówiłem, że ZOMO się do tego nie nadaje. Wtedy uspokajano mnie, że na Śląsk ciągną czołgi 10. Sudeckiej Dywizji Pancernej z Opola, a wojsko przecież ćwiczy taktykę walk w mieście.

Rano odbyło się posiedzenie Wojewódzkiego Komitetu Obrony (WKO). Przewodniczącym tego gremium był wojewoda Henryk Lichoś, a członkami m.in. komendant wojewódzki milicji gen. Jan Łazarczyk, szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego Andrzej Żabiński, pierwszy sekretarz KW PZPR gen. Czesław Piotrowski, minister górnictwa i energetyki, prokurator wojewódzki Zdzisław Kupiec… Na tym spotkaniu zdecydowano, że ppłk Marian Okrutny, zastępca komendanta wojewódzkiego MO, będzie dowódcą sił wyznaczonych do odblokowania strajkujących zakładów.

Z meldunków wynikało, że w tym momencie w strajkach są huty „Baildon” w Katowicach i „Katowice” w Dąbrowie Górniczej. Strajkowały elektrownie, protesty trwały w katowickich kopalniach „Wieczorek” i „Wujek”, w strajki wchodziły najmłodsze, wybudowane już w PRL kopalnie Jastrzębia-Zdroju. Z Wrocławia zadzwonił gen. Henryk Rapacewicz, dowódca Śląskiego Okręgu Wojskowego, członek WRON, z poleceniem, aby akcje odblokowania zacząć od Huty „Katowice”, do której zbliża się szkolny pułk czołgów. Huta, rozłożona na dużej przestrzeni, miała być poligonem doświadczalnym współdziałania wojska i milicji.

W tym momencie – zapamiętał Gruba – głos zabrał przedstawiciel ministerstwa górnictwa i energetyki i w imieniu gen. Piotrowskiego, też członka WRON, oświadczył: – Generał minister powiedział, że nie mamy robić żadnych poligonów, tylko zająć się w pierwszej kolejności kopalniami. Brakuje węgla dla elektrowni i domowych pieców, a jeżeli ludzie zostaną bez prądu i ciepła, to stan wojenny w ciągu kilku dni szlag trafi.

Gruba: – I ja to w zupełności rozumiałem.

Czytaj też: Meldunki i spiski – gorące lato 1980 r.

VI.

Na tym posiedzeniu członkowie katowickiego WKO zostali poinformowani – kanałami rządowymi, milicyjnymi, partyjnymi i wojskowymi – że w zasadzie w kraju jest spokój, tylko Śląsk się burzy. Potem zadawano sobie pytania, czy w tym momencie władze śląskie czasem nie postanowiły wykazać się nadgorliwością, że i one potrafią zaprowadzić u siebie porządek. Wszak „śląska woda”, jak przed laty zapewniał Edward Gierek, zawsze jest gotowa pogruchotać kości warchołom.

Wówczas z okien gabinetów szefów MO i SB, z nowej siedziby katowickiej milicji – którą śląska Solidarność jeszcze przed paroma dniami próbowała zmienić na szpital – widać było szyby wyciągowe „Wujka”. Były o rzut beretem. Strajk „Wujka” mógł szczególnie drażnić, bo przez dziesięciolecia była to kopalnia pokazowa, rzec można, reprezentacyjna dla górnictwa, do której prowadzono wszystkie ważne delegacje zjeżdżające do Katowic. W połowie 1980 r. „Wujek” pierwszy na Śląsku zameldował partii i rządowi o przedterminowym wykonaniu planu pięcioletniego. Ale też „Wujek”, najbardziej upartyjniona kopalnia węgla kamiennego, jako pierwszy z tradycyjnych śląskich kopalń poparł strajk w „Manifeście Lipcowym” i w innych kopalniach Jastrzębia-Zdroju. Tak toczyła się wówczas historia.

Już w południe oddziały ZOMO wyjechały z koszar. W Hucie „Katowice” poszło łatwo. Sama manifestacja siły sparaliżowała szykujących się do strajku. Podobnie było w elektrowni „Łagisza” k. Będzina – strajk wygasił przejazd kolumny wojskowej i milicyjnej. Bez problemu uporano się z kopalnią „Wieczorek”. W WKO zapadła szybka decyzja, aby jeszcze tego dnia, w drodze oddziałów ZOMO do koszar, rozbić strajk okupacyjny w „Wujku”. Do konfrontacji nie doszło. Rozkaz o ominięciu kopalni miał wydać komendant Gruba, przynajmniej sobie go przypisywał: – Dostałem informacje od działających w środku wywiadowców, że w kopalni trwa msza – wspominał po latach. – Uznałem, że atak na modlących się górników byłby błędem.

Msza rozpoczęła się ok. 18 w tej samej łaźni łańcuszkowej. Już się prawie kończyła, kiedy zaalarmowani górnicy wybiegli na zewnątrz. Ich czujki widziały przejeżdżające w sąsiedztwie kopalni milicyjne i wojskowe pojazdy… Nie zatrzymały się, alarm okazał się fałszywy.

Tak było! – potwierdza ks. Bolczyk. – Łaźnia momentalnie opustoszała, a mnie schowano w jakimś pomieszczeniu, w którym przygotowywano jedzenie. Tysiące, tysiące sznitek [sznitka to po śląsku kromka chleba] ze smalcem, jakąś kiełbasą i ogórkami. To był dopiero widok, a że byłem cholernie głodny…

Czytaj też: Czy Edward Gierek przybliżył Polskę do Zachodu?

VII.

Na wieczornym spotkaniu WKO ustalono, że następnego dnia, 15 grudnia, siły milicyjne i wojskowe ruszą jak najwcześniej na południe, do kopalń Jastrzębia-Zdroju i Rybnika. Kilka pododdziałów zostało w Katowicach do oczyszczenia strajkującej kopalni „Staszic”. Z Jastrzębia i całego Rybnickiego Okręgu Węglowego przez cały czas dochodziły optymistyczne informacje, że po kolei łamane są strajki w tamtejszych kopalniach. ZOMO poradziło sobie, choć nie uniknięto targania po szczękach, ze strajkiem w „Staszicu”.

Dzień wydawał się udany do momentu, kiedy na wieczornym posiedzeniu WKO Karol Grzybowski, lekarz wojewódzki, nie poinformował, że w jastrzębskim szpitalu leży czterech górników z ranami postrzałowymi. Szybko ustalono, że strzelali funkcjonariusze milicyjnego plutonu specjalnego (w dzisiejszej nomenklaturze: antyterrorystycznego), który rzucony został do osłony czołgu w czasie odblokowywania kopalni „Manifest Lipcowy”. Uznano, że milicyjni komandosi użyli broni w obronie własnej.

A że były to pierwsze strzały w stanie wojennym, to natychmiast poinformowano o wydarzeniu gen. Czesława Kiszczaka, a on – Jaruzelskiego. Prawdopodobnie użycie broni w Jastrzębiu-Zdroju miało decydujący wpływ na zmianę władz w województwie katowickim.

Czytaj też: W PRL władza też potrafiła się urządzić

VIII.

Późnym wieczorem 15 grudnia do Wojciecha Jaruzelskiego wezwany został gen. pilot Roman Paszkowski (przedwojenny oficer, dwukrotnie rany w kampanii wrześniowej, więzień hitlerowskich oflagów i stalinowskich kazamatów), były dowódca Wojsk Obrony Powietrznej Kraju. – Wojciech poprosił mnie jako przyjaciela, ale też rozkazał jako dowódca, abym został wojewodą katowickim – wspominał Paszkowski.

Wahał się. Śląsk znał okazjonalnie, tak jak może znać przełożony trzech pułków rakietowych tu stacjonujących. – Jaruzelski przekonywał mnie o znaczeniu Śląska dla kraju i dla przedsięwzięcia, jakim był stan wojenny. Był jeszcze inny argument istotnej wagi: – Dowiedziałem się od Wojciecha, że w katowickiej organizacji partyjnej, w milicji i SB panował specyficzny klimat konfrontacyjny, nastawiony na rozwiązania siłowe. Andrzej Żabiński, pierwszy sekretarz, należał do grupy partyjnych jastrzębi spiskujących przeciwko Jaruzelskiemu: – Miałem spacyfikować to towarzystwo – przyznał Paszkowski.

Funkcję wojewody miał objął już 15 grudnia, ale do Katowic wyruszył dopiero następnego dnia po południu. Wcześniej musiał uporządkować rodzinne sprawy w Warszawie. W drodze przeglądał dokumenty dotyczące sytuacji w kraju, szczególnie na Śląsku. Wśród nich natknął się na informację kontrwywiadu wojskowego z wypowiedzią Tadeusza Grabskiego, członka Biura Politycznego, należącego w partii do frakcji „twardogłowych”, m.in. z Żabińskim.

Grabski krytykował władze za zbyt łagodne rozprawianie się z opozycją: – 10 tys. trupów to dziesięć lat spokoju – zapamiętał gen. Paszkowski. O tragedii „Wujka” dowiedział się wieczorem na schodach Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach.

Czytaj też: Historia w cieniu „Bolka”

IX.

Poprzedniego dnia, na późnowieczornym posiedzeniu WKO prowadzonym przez gen. Łazarczyka – było już wiadomo o odwołaniu wojewody Lichosia – miało dojść do awantury między nim a Grubą, szefem MO: – Trochę zrugałem komendanta, kazałem mu bardziej pilnować milicyjnych komandosów, żeby nie doszło do większego nieszczęścia niż w „Manifeście Lipcowym”. Łazarczyk mówił później, że na tym posiedzeniu zapadła decyzja – niestety nie udało się jej potwierdzić – aby pluton specjalny, jedyny oddział uzbrojony w ostrą amunicję (rzecz jasna oprócz oficerów wojska i milicji posiadających broń osobistą), trzymany był w głębokim odwodzie na wypadek, gdyby wśród strajkujących pojawiła się broń palna.

Na tym spotkaniu wyznaczono marszrutę na 16 grudnia 1981 r. Ustalono, że oddziały milicyjno-wojskowe zaczną akcję od wyparcia strajkujących z „Wujka” (położonego najbliżej koszar), a następnie ruszą na kopalnie „Andaluzja” i „Julian” w Piekarach Śląskich. Około północy w sztabie milicyjnym pojawił się ktoś z dyrekcji „Wujka” z planami kopalni. Agenci SB informowali o zaminowanych bramach wjazdowych (użyty miał być dynamit stosowany pod ziemią do rozsadzania skał). Już po tragedii okazało się, że to nieprawdziwa informacja, ale to ona zdecydowała o rozkazie, aby czołgi skruszyły w kilku miejscach mur otaczający kopalnię.

16 grudnia ok. godz. 10 kopalnia została otoczona. Strajkujący wpuścili jeszcze mediatorów na czele z płk. Piotrem Gębką, zastępcą szefa Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, którego ojciec (po powrocie z Belgii) od 1947 r. pracował w „Wujku”. Górnicy wysłuchali wojskowych i politycznych racji o stanie wojennym. Spłynęły po nich jak woda. Atmosfera była wyraźnie konfrontacyjna. Górnicy ze swojej strony wykrzykiwali cztery wcześniejsze postulaty, włącznie ze zniesieniem stanu wojennego i wypuszczeniem internowanych. – To były żądania wówczas nie do spełnienia, a już na pewno nie na moim szczeblu – wspominał płk Gębka. Górnicy zaczęli przygotowywać się do obrony kopalni, a milicja i wojsko – do siłowego odblokowania. W tych godzinach trzymał prawie 15-stopniowy mróz.

Płk Gębka przekazał przełożonym, że sytuacja jest wyjątkowo napięta i niebezpieczna, a interwencja grozi rozlewem krwi. Mówił o determinacji górników i o ich „uzbrojeniu”, szczególnie groźnym przy walkach wręcz: dzidy, piki, kilofy, łańcuchy, styliska… Wiedziano więc doskonale, że w środku wrze, ale rozkaz do ataku nie został odwołany, nie podjęto decyzji o przeczekaniu, aż wystygną najgorętsze emocje. Tym bardziej że dowódcy wojskowi i milicyjni wiedzieli, że ostatniej nocy, po kilku fałszywych alarmach o ataku, z kopalni ulotniło się kilkuset strajkujących.

Atak na „Wujka” – prawie wiekową i ciasno zabudowaną kopalnię – zaczął się o 11. Fachowcy potem ocenili, że miał charakter walk w mieście i taką zresztą taktykę próbowano stosować. Ale bliżej prawdy jest w moim przekonaniu spojrzenie na ten dramat jak na bój średniowieczny. Dzidy, łomy, młoty i wszystko, co było pod ręką – z jednej strony, a z drugiej pałki, polewaczki z zabarwioną wodą i miotacze gazu. Z góry gazowe ładunki zrzucano z helikopterów. Z kopalnianych budynków leciały śruby i wszelkie żelastwo, które było pod ręką. Milicyjne plastikowe tarcze pękały jak skorupki jajek. Starcie było ostre, nawet krwawe – ale trup się nie słał. Póki co. Wszyscy łzawili, wszyscy się pienili, wszyscy byli w swoich furiach… W centrum tego starcia znalazł się pluton specjalny. Bez tarcz, pałek, tylko z pistoletami maszynowymi. Miał chronić czołg, który zawisł na barykadzie…

Czytaj też: Polscy agenci w wywiadzie wojskowym GRU

X.

Nadeszła 12:31 – ppłk Kazimierz Wilczyński, dowódca sił ZOMO, które wdarły się do kopalni, słał przełożonym dramatyczne relacje: – Ostra walka, atakują czym mogą, wielu rannych... Czy mogę użyć broni?! Do tego pytania, brzemiennego w skutki, wracano potem wiele razy.

Chwilę później w dziennikach sztabowych odnotowano z radiowego nasłuchu odpowiedź płk. Jerzego Gruby, komendanta milicji. – Broni nie używaj, poczekaj na rozkaz.

W dzienniku, równolegle prowadzonym przez SB, skrócony zapis wyglądał tak: – Nie, czekaj na rozkaz.

Ten przecinek, wielokrotnie długopisami i ołówkami pogrubiany, stał się po latach przedmiotem prokuratorskiego śledztwa i sądowych dociekań: był w istocie czy dopisano go później?

– Zadzwoniłem do gen. Czesława Ciastonia, wiceministra MSW, który odpowiadał za sytuację na Śląsku, a on do Czesława Kiszczaka – mówił gen. Gruba. – Był zakaz użycia broni.

Ale strzały padły jeszcze przed pytaniem o broń.

Dzisiaj wiem, że szło tylko o legalizację pewnego stanu rzeczy – mówił Wilczyński. – Użycia broni żądali ode mnie podwładni, ci z pierwszej linii. Albo użyją broni, albo… wycofają się.

O 13:02 Wilczyński rozkazał: – Przerwać ogień! Po kilku minutach powtórzył: – Pododdziały nie strzelać!

Czytaj też: Jak ORMO czuwało

XI.

Po przerwaniu ognia Marian Głuch, jeden z przywódców strajku, zawiadomił dyrektora kopalni o zabitych i rannych. Prosił o karetki i przybycie kogoś z wojska: – Z wojskiem będziemy rozmawiać, z ZOMO absolutnie nie.

Z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego przyjechał ponownie płk Piotr Gębka z kilkoma oficerami. Rano, jeszcze przed atakiem, kiedy próbował przekonać górników do opuszczenia kopalni, pożegnały go gwizdy. Teraz skandowano: Bandyta! Morderca! Gestapowiec! Wręczono mu kartkę z warunkami zakończenia strajku. Do wcześniejszych postulatów dopisano nowe: „Wycofać ZOMO z kopalni. Podać do publicznej wiadomości, że są zabici i ranni. Podać nazwisko dowódcy sił milicyjnych atakujących kopalnię”.

Milicja na pewno wyjdzie z kopalni – zapewnił Gębka. – Reszta żądań jest nierealna. Dodał: – Domagamy się, abyście bez żadnych warunków opuścili kopalnię.

Wojskowej delegacji pokazano ciała zastrzelonych górników. Potem przekazano broń trzech milicjantów zatrzymanych w trakcie walki. Z tą tragiczną wiadomością i pistoletami płk. Gębka pojechał do niedalekiej komendy milicji, gdzie w gabinecie szefa SB płk. Zygmunta Baranowskiego zebrali się dowódcy wojska i milicji. Planowano kolejną akcję przeciwko strajkującym na „Wujku”, bo uznano – po analizie napływających informacji – że ta zakończyła się fiaskiem.

Zameldowałem o zabitych i rzuciłem broń na stół – opowiadał Gębka.

Dochodziła 16. O strzałach, które padły trzy godziny wcześniej, nikt w komendzie nie miał pojęcia. – Wtedy odeszła mi krew – wspominał Gruba. – Jak zginęli?! Od czego zginęli, kiedy nie było rozkazu użycia broni!

Zawiadomiono Warszawę.

W tym czasie obradował tzw. dyrektoriat, którego jednym z członków był Mieczysław F. Rakowski – wicepremier. Była to nieformalna grupa, która podejmowała kluczowe decyzje w stanie wojennym. Rakowski oceniał, że było to ciało, które „kontrolowało bieg wydarzeń w kraju”. – Kiszczak odebrał telefon od komendanta Gruby – wspominał. Informacje były porażające. – Stało się to, co nas prześladowało od pierwszych chwil po wprowadzeniu stanu wojennego: żeby nie doszło do rozlewu krwi. Jaka była reakcja dyrektoriatu? – Była to sprawa bolesna, ale uznaliśmy ją za nieszczęśliwy wypadek na naszej drodze. Rakowski postawił pytanie w sprawie „Wujka” z kategorii tych, na które nie ma odpowiedzi: – Tylko jakich sięgnęłaby ona rozmiarów w skali kraju, gdyby to radzieccy odblokowywali choćby śląskie kopalnie?

Wśród przykrytych płachtami zastrzelonych górników leżał 48-letni Józef Czekalski***, najstarszy z zabitych. Tylko kilku miesięcy brakowało mu do węglowej emerytury. Socjalizm mu nie przeszkadzał. Był z tych, którzy do niczego się nie mieszają. Dostał kulę prosto w serce.

Czytaj też: Polsko-niemiecko-czeskie pogranicze

XII.

Z okien ich mieszkania widać było kopalnię. Od rana tkwiła w nich Róża Czekalska, żona. Żyli skromnie, w dwóch zakładowych pokoikach, i marzyli o własnym domku. Mąż obiecywał, że jak tylko przejdzie na emeryturę, to własnymi siłami zaczną budować, w co wierzyła, bo znał się na wszystkim.

Poprzedniego dnia Róża Czekalska podawała przez płot mężowi i strajkującym kolegom (tym z hoteli robotniczych) gorącą zupę i herbatę. W środę siedziała już w domu, bo schorowane nogi odmawiały posłuszeństwa. Od rana próbowała dojrzeć przez okno, co milicja i wojsko robią wokół kopalni. Nie miała też na tyle odwagi, żeby wyjść na zewnątrz, jak kobiety przed domem, które próbowały zagrodzić drogę czołgom i samochodom pancernym. Widziała, jak je odciągano za ręce i nogi, wleczono, i jak ponownie rzucały się pod koła i gąsienice.

Bała się: – Od kilku dni całe osiedle huczało, że milicja do krwi pobiła górników w niedalekim bloku – wspominała. Ona też była z tych, co się do niczego nie mieszają.

Okien nie otwierała. Nawet bez tego łzawiący dym wciskał się do mieszkania. Słyszała strzały. Huki. Warkot helikopterów. Około 13 wszystko ucichło. Późnym popołudniem, kiedy zrobiło się trochę jaśniej, uchyliła okno. Zobaczyła, że przechodzący górnik, w roboczym ubraniu, umorusany węglowym pyłem, patrzy w górę, w jej kierunku: – Tam, gdzie się świeci, też zginął! – usłyszała.

Wybiegła z domu. Po gruzie i złomie niedawnej barykady, potykając się co rusz, przedarła się do kopalni. Ktoś zaprowadził ją do stacji ratownictwa, gdzie zniesiono zabitych. Przed nią leżało sześć przykrytych ciał. Podniosła pierwszą z brzegu płachtę. Niewielki korytarzyk wypełnił przeraźliwy krzyk: – Józek, Józek, coś ty mi zrobił… Nie pamięta, kto odprowadził ją do domu. – Jak to możliwe – pytała wszystkich po drodze – żeby do robotnika strzelało robotnicze państwo? Tego dnia skończył się dla niej socjalizm.

Czytaj też: Czy stan wojenny był nieunikniony?

XIII.

W następnych miesiącach i latach tragedię kopalni „Wujek” próbowano zakłamywać i wycierać z pamięci. Pojawiło się szereg teorii spiskowych. Krwawe wydarzenia były osądzane w PRL, zresztą w błyskawicznym tempie, i przez prawie 15 lat zmagał się z nimi wymiar sprawiedliwości niepodległej Polski. Na ławie oskarżonych dokonała się symboliczna zmiana miejsc. Ale o tym opowiem już w ostatnim odcinku (Zanim) padły strzały.

Przez lata wielu osobom zadawałem pytanie: a gdyby nie było „Wujka”?

Zapamiętałem takie zdanie pana Kazimierza Kutza – odpowiedział mi prof. Jerzy Buzek, działacz podziemnej Solidarności. – Że Śląsk musiał się jakoś wkupić w Polskę i wkupił się krwią górników. Czy potrzebne było aż tak wysokie „wkupienie”?

Podobne pytania niemal zawsze stawia się przy ocenach zrywów niepodległościowych. Niemal zawsze stawiają je potomni, wolni już od gorących emocji. Rozsądni i realistyczni. – Jeśli tę tragedię umiejscowimy w całej sekwencji polskich zrywów wolnościowych, a na to zasługuje, to przy stosunkowo małej ofierze krwi osiągnęliśmy tak wiele – ocenia Buzek.

„Wujek” stał się najważniejszym symbolem podziemnej Solidarności – na każdym spotkaniu, w każdym zakątku kraju przywoływana była pamięć tej śląskiej tragedii i podkreślano jej znaczenie. Wszystkie następne dramatyczne wydarzenia były – zdaniem Buzka – jej pokłosiem. Demonstracja górników miedzi w Lubinie na początku 1982 r., w której padły śmiertelne strzały – wprost nawiązywała do „Wujka”. Ksiądz Jerzy Popiełuszko w każdym prawie kazaniu przywoływał pamięć górników…

Więc gdyby nie było „Wujka”… – Nie mam wątpliwości, że bez „Wujka” mielibyśmy jako Solidarność mniejsze szanse na przetrwanie. Był taki moment w podziemiu, w drugiej połowie lat 80., moment zupełnego zniechęcenia i zmęczenia – wspomina. To kwiatom, zniczom i symbolom Solidarności, pojawiającym się dzień w dzień pod krzyżem w kopalni „Wujek”, zawdzięczać należy, że to wszystko się nie rozsypało. Wydarzenia miały miejsce na Śląsku, ale strzelano do całej Polski, o czym zaświadczają rozsiane po kraju groby. – Pewnie Solidarność w późniejszych latach by się odbudowała, ale proces odzyskiwania niepodległości byłby dłuższy. Taką noszę w sobie prawdę o „Wujku” – dodaje Buzek.

Czytaj też: Kartki, oporniki, bimber

* Tzw. dyrektoriat był najwyższym organem decyzyjnym w Polsce stanu wojennego. W jego skład wchodzili, oprócz Wojciecha Jaruzelskiego, generałowie: Florian Siwicki (wiceminister obrony narodowej), Czesław Kiszczak (minister spraw wewnętrznych) i Michał Janiszewski (szef Urzędu Rady Ministrów); wicepremierzy: Janusz Obodowski i Mieczysław F. Rakowski; oraz sekretarze KC PZPR: Kazimierz Barcikowski, Mirosław Milewski, Stefan Olszowski i Marian Woźniak. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego służyła raczej jako parawan, groźny w swojej nazwie, dla dyrektoriatu.

** Bunt w „Wujku” nie miał jednego wyraźnego lidera. Wartak powiedział, że kilku kolegów tworzyło jednego zbiorowego „przewodniczącego”. Wspólnie podejmowali najważniejsze decyzje. Tak ustalili między sobą; było to związane z możliwymi późniejszymi konsekwencjami. Najczęściej jako przywódców strajku wymienia się Stanisława Płatka, Adama Skwirę, Jerzego Wartaka, Mariana Głucha. Na początku 1982 r. zostali skazani przez sąd wojskowy na kary pozbawienia wolności od trzech do czterech lat.

*** Na miejscu zginęli: Józef Czekalski, l. 48; Ryszard Gzik, l. 35; Zbigniew Wilk l. 30; Krzysztof Giza, l. 24; Bogusław Kopczak, l. 28; Zenon Zając, l. 22. W szpitalu zmarli: Jan Stawisiński, l. 20; Joachim Gnida, l. 28; i Andrzej Pełka, l. 19. Większość z poległych przyjechała na Śląsk za pracą i chlebem – ich groby porozrzucane są po całym kraju.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną