Rabat na prenumeratę cyfrową Polityki

kup taniej do 50%

Subskrybuj
Kraj

Komisje blisko kościołów? PiS bierze się za ordynację wyborczą

PiS bierze się za ordynację wyborczą. PiS bierze się za ordynację wyborczą. Anna S. Kowalska / Polityka
Nie ma sposobu, by udaremnić skorzystanie z wielu nieuczciwych przewag, bo żadna z nich nie jest powodem do zakwestionowania ważności wyborów. Nie zadziała zawstydzanie, bo PiS nie zna wstydu. To, co przeciwnicy tego rządu mogą zrobić, to gremialnie pójść na wybory.

PiS zapowiedział, że w ciągu dwóch tygodni wniesie projekt zmiany kodeksu wyborczego – doniosło RMF FM. Lansowany jest jako zwiększający transparentność przez zmianę sposobu liczenia głosów. Nie – jak dotąd – w podziale na podgrupy z udziałem mężów zaufania wszystkich biorących udział w wyborach ugrupowań, ale przez całą komisję wyborczą jednocześnie. Ma być tak: przewodniczący komisji każdy głos pokazuje zgromadzonym, mówi, na kogo padł, i komisyjnie sprawdza, czy nie jest nieważny. Jeśli uzna, że jest, cała komisja podejmuje decyzję, czy odkłada na stosik „nieważnych”, czy na stosik „do dalszego liczenia”. Wszystko jest dokumentowane i nagrane.

Czytaj też: Korupcja polityczna, czyli legalne przekupstwo

PiS boi się nie fałszerstw, ale przegranej

Przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej sprzed „dobrej zmiany” Wojciech Hermeliński w rozmowie z „Rzeczpospolitą” stwierdził, że takie rozwiązanie sprzyja przejrzystości wyborów, ale też zastrzega: „Warto się zastanowić, czy trzeba mnożyć zabezpieczenia transparentności, skoro istniejące są wystarczające: np. mężowie zaufania z rozbudowanymi uprawnieniami”.

Chodzi oczywiście o zabezpieczenia przed fałszowaniem wyborów, a takie oskarżenia pojawią się z pewnością w razie przegranej PiS. Z punktu widzenia spokoju społecznego zmiana przepisów o liczeniu głosów – nawet jeśli sprawi, że wyniki poznamy później – może być do przyjęcia.

Tylko że PiS boi się nie fałszerstw, ale przegranej. Dlatego w projekcie jest mechanizm, który może pomóc mu wygrać. Wcześniej odebrano ustalanie granic okręgów wyborczych gminom, a dano wybieranym politycznie komisarzom wyborczym. Teraz PiS ma zaproponować, by dało się wyznaczać okręgi mniejsze: nie jak dotąd od 500 mieszkańców, ale np. od 400. Oficjalnie po to, by ludzie mieli bliżej na głosowanie. Co to tak naprawdę umożliwi?

Ten pomysł Jarosław Kaczyński ogłosił już miesiąc temu. W realu wyglądałoby to np. tak, że ksiądz po niedzielnej mszy dodałby: „Za rogiem jest lokal wyborczy, spełnijcie swój obowiązek. A wiecie, na kogo głosować”.

Komisje przy kościołach zapewne napędziłyby frekwencję zwolenników PiS. Ale nikt przecież nie zabroni zwolennikom innych opcji pójść na wybory, więc nie można twierdzić, że to oszustwo wyborcze czy celowe faworyzowanie jakiegoś ugrupowania, które mogłoby być powodem unieważnienia wyborów czy dyskwalifikowałoby takie rozwiązanie konstytucyjnie.

Szkopuł w tym, że może tu chodzić nie tylko o „kościelne” komisje. Prawdopodobnie celem jest tzw. gerrymandering, czyli umożliwienie takiego wyznaczania granic okręgów, by na ich terenie była większość zwolenników partii. „Gerrymandering” to zjawisko znane z różnych krajów, a dzisiaj, w dobie algorytmów śledzących – i w sieci, i w realu – nasze upodobania i zwyczaje, ustalenie, kto jest wyborcą jakiej opcji, jest zadaniem banalnym. Mnożąc małe okręgi, władza może manipulować ich granicami.

Czy to oszustwo wyborcze? Nie. Chyba żeby zdobyć twarde dowody zmowy polityków z komisarzami wyborczymi. To nieetyczne, niehonorowe, nieuczciwe. Ale nie bezprawne, jeśli prawo przewiduje takie reguły wyznaczania okręgów, które pozwalają je dowolnie kształtować.

Czytaj też: Państwo z kartonu, czeki z tektury. PiS jeździ po kraju i rozdaje atrapy

Tak partia Kaczyńskiego buduje przewagę

PiS już ma liczne przewagi wyborcze: może rozdawać pieniądze (ciekawe, do jakiego numeru emerytury dojdziemy?), może faworyzować gminy, w których ma poparcie, hojnymi dotacjami, może wykorzystywać do tego publiczne pieniądze – by wspomnieć tylko Fundusz Sprawiedliwości. Może pobierać „haracz” na kampanię od osób, które zawdzięczają mu lukratywne stanowiska (pokazały to reportaże TVN czy publikacja Anny Dąbrowskiej w serwisie Polityka.pl). Ma rządową telewizję, która z agitowania na rzecz PiS zrobiła swój znak firmowy (m.in. z tego powodu misja OBWE krytycznie oceniła ostatnie wybory parlamentarne i prezydenckie w Polsce).

Ma też pomocne służby specjalne (by przypomnieć choćby podsłuchiwanie Pegasusem albo posługiwanie się zmanipulowanymi materiałami, żeby skompromitować Krzysztofa Brejzę). Ma prokuraturę, która może „ujawnić niektóre informacje ze śledztwa”, by podważyć wiarygodność polityka startującego w wyborach. Może decydować o takiej organizacji wyborów za granicą, by maksymalnie utrudnić je tam, gdzie spodziewa się przewagi swoich przeciwników (casus Wielkiej Brytanii z ostatnich wyborów). Ma wreszcie skomponowaną wyłącznie z neosędziów Izbę Kontroli Nadzwyczajnej Sądu Najwyższego, która decyduje o ważności wyborów i sądzi wyborcze skargi.

Nie ma sposobu, by udaremnić skorzystanie z tych nieuczciwych przewag, bo żadna z nich nie jest powodem do zakwestionowania ważności wyborów. Nie zadziała zawstydzanie, bo PiS nie zna wstydu, zaś jego wyborcy nie oczekują czystej gry, wychodząc z założenia, że cel uświęca środki.

Jedyne, co przeciwnicy tego rządu mogą zrobić, to pójść na wybory.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną