Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Tomasz Piątek dla „Polityki”: Nie dam się zastraszyć

Tomasz Piątek podczas dziennikarskiej debaty w Europejskim Centrum Solidarności Tomasz Piątek podczas dziennikarskiej debaty w Europejskim Centrum Solidarności Michał Ryniak / Agencja Wyborcza.pl
Tomasz Piątek, autor książek o Antonim Macierewiczu, Andrzeju Dudzie i Mateuszu Morawieckim, mówi o wyroku po procesie, jaki mu wytoczył biznesmen i były senator PO Tomasz Misiak za pisanie o jego rosyjskich interesach.

KATARZYNA KACZOROWSKA: Sąd skazał pana w wytoczonym z oskarżenia prywatnego przez Tomasza Misiaka procesie karnym na osiem miesięcy prac społecznych, uznając, że pomówił pan byłego senatora PO, pisząc o jego związkach z rosyjską mafią. Ile ma pan procesów?
TOMASZ PIĄTEK: Czasem sam mam problem z policzeniem tego wszystkiego... Moi adwokaci z kancelarii Lach Janas Biernat zrobili specjalną tabelkę, żebyśmy mogli się połapać. W tabelce widzę, że w związku z moimi publikacjami na temat rosyjskich związków PiS i Ordo Iuris wszczęto 18 procesów. Większość z nich wygrałem, reszta się toczy dalej.

Jeśli chodzi o miliardera Tomasza Misiaka, to wytoczył mi dwa procesy cywilne dotyczące książki „Morawiecki i jego tajemnice”. Opisałem w niej bliską znajomość Misiaka z obecnym premierem Mateuszem Morawieckim, jak również związki Tomasza Misiaka z Rosją i z aferą taśmową z 2014 r. Te procesy wciąż się toczą w pierwszej instancji. A z prawicowego portalu Salon24.pl dowiedziałem się, że pan Misiak bez mojego udziału i wiedzy zdołał prawomocnie wygrać ze mną zupełnie inny proces – karny. Sędzia skazał mnie na osiem miesięcy „nadzorowanych prac społecznych”. Widzę, że wyrok zmroził wielu dziennikarzy. Nawet Misiak uznał, że trzeba się zdystansować od tego orzeczenia. Powiedział, że oczekiwał niższego wyroku, w zawieszeniu.

Obligacje Morawieckiego: Każdy mógł kupić, nie każdy wiedział

Nagłośnił pan to, że o procesie i wyroku dowiedział się po fakcie z informacji na portalu Salon24.pl. Przepisy pozwalające na prowadzenie procesu bez obecności „prawidłowo powiadomionego” wprowadzono 20 lat temu. Ale zacznijmy od tego, czy w ogóle został pan „prawidłowo powiadomiony”?
W ogóle nie zostałem powiadomiony. Nie dotarło do mnie żadne powiadomienie o którejkolwiek z rozpraw, jakie toczyły się w tej sprawie. Nie miałem o nich pojęcia. Sąd wysyłał powiadomienia na adres, pod którym nie mieszkam od lat. Pisowscy propagandziści, którzy bronią Misiaka, twierdzą, że sam jestem sobie winien, bo się nie wymeldowałem. To jednak nic nie zmienia z punktu widzenia prawa. Aby prawidłowo mnie powiadomić, oskarżyciel i sąd powinni byli ustalić mój faktyczny adres zamieszkania. Nie zrobili tego.

Dlaczego nie przemeldował się pan na adres, pod którym mieszka?
Ze względów bezpieczeństwa. Jak każdy muszę podawać adres zameldowania różnym kontrahentom, usługodawcom etc. Nie chcę, żeby pokrywał się z adresem zamieszkania, bo wolę, z obawy o własne bezpieczeństwo, żeby jak najmniej osób wiedziało, gdzie mieszkam. Mam wielu wrogów, czego najlepszym dowodem jest liczba procesów.

Po przeprowadzce przez dłuższy czas starałem się regularnie odbierać korespondencję z adresu zameldowania. W końcu przestałem. Mamy XXI w. i kolejni kontrahenci i usługodawcy przechodzili na komunikację elektroniczną. Od wielu miesięcy już nic z tamtego adresu nie odbierałem. Ale to nie znaczy, że jestem niedostępny dla sądów. Przecież regularnie uczestniczę we wszystkich innych procesach. Pisma procesowe przychodzą na adres kancelarii moich pełnomocników. Tam je odbieram. Można też pisać na adres Wydawnictwa Arbitror, którego jestem wiceprezesem.

Oskarżyciel prywatny Tomasz Misiak wie o tym wszystkim. Wie, że uczestniczę w procesach cywilnych, które mi wytoczył. Zna adres kancelarii moich adwokatów, bo reprezentują mnie w sprawach cywilnych z pozwu Misiaka. Zna adres Wydawnictwa Arbitror, bo je pozwał. To znaczy, że Tomasz Misiak znał alternatywne adresy doręczeń, pod którymi na pewno odebrałbym powiadomienia o rozprawach w sądzie karnym! Najwyraźniej jednak nie przekazał tych adresów sądowi. Jeśli tak, to wprowadził sąd w błąd. Czy oskarżyciel prywatny ma prawo wprowadzać sąd w błąd? W mojej ocenie nie ma prawa.

Sędzia Adam Grzejszczak nie miał wątpliwości co do pana winy. W 2016 r. przewodniczył składowi, który uznał, że brak publikacji przez premier Szydło wyroków Trybunału Konstytucyjnego był działaniem na szkodę interesu publicznego. Może jest to dowód na niezawisłość sądów i sędziów?
Cieszę się, że w 2016 r. sędzia Adam Grzejszczak bronił praworządności. Aczkolwiek w marcu 2020 r. potępił bohatera opozycji antykomunistycznej Władysława Frasyniuka za to, że bronił się przed szarpiącymi go policjantami, którzy zaatakowali go podczas tłumienia antypisowskiej demonstracji. Choć wypada odnotować, że sędzia Grzejszczak, potępiając Frasyniuka, równocześnie umorzył postępowanie przeciwko niemu. Być może szuka jakiegoś złotego środka w naszej obecnej zimnej wojnie domowej. Chce zachować bezstronność, orzekać w sposób wyważony...

Jednak w moim przypadku nie widzę bezstronności ani wyważonego wyroku. Mam wrażenie, że sędzia uległ irytacji w związku z moją nieobecnością. Mogę to zrozumieć. Jestem człowiekiem i też nieraz się irytuję. Jednak przy podejmowaniu decyzji nie należy ulegać przejściowym emocjom. Zawsze warto zadawać sobie pytanie: „Czy moje emocje są adekwatne do rzeczywistości?”. Przypuszczam, że moja nieobecność na rozprawach doprowadziła sędziego do domniemania, jakobym celowo unikał sądu. Jednak sędzia i jego współpracownicy powinni byli jakoś sprawdzić ten domysł. Przecież w tym samym budynku toczyła się inna sprawa karna i przychodziłem na wszystkie rozprawy.

Oczywiście najcięższa odpowiedzialność spoczywa na oskarżycielu prywatnym Tomaszu Misiaku. On wiedział, że nie unikam sądu, i znał alternatywne adresy doręczeń.

W swoich książkach opisuje pan m.in. interesy Tomasza Misiaka w Rosji. Ale pisze też pan o relacji byłego polityka z Markiem Falentą, jednym z bohaterów afery podsłuchowej, która ostatecznie doprowadziła do upadku rządów PO. Czy po wyroku podtrzymuje pan swoje ustalenia?
Fakty opublikowane w książce „Morawiecki i jego tajemnice” są niepodważalne. Każdy, kto spojrzy na oficjalne raporty firm, zobaczy przepływy pieniędzy między spółkami Misiaka a przedsiębiorstwami należącymi do banku BZ WBK kierowanego przez Morawieckiego. Każdy, kto zajrzy do Krajowego Rejestru Sądowego, przekona się, że miliarder Misiak robił biznesy z Markiem Falentą, który stał się twarzą afery taśmowej z 2014 r. Najważniejsze z moich źródeł zgodziły się zeznawać w sądzie cywilnym na temat powiązań Misiaka. Gdybym wiedział o sprawie przed sądem karnym, również zostałyby zaproszone. Źródła, świadkowie, mówią o bliskich stosunkach Misiaka z Falentą.

Jak bliskich?
Potwierdzają, że to Misiak wprowadził Falentę na warszawskie salony biznesowe. A Mateusz Morawiecki w 2014 r. zeznał, że to Misiak mu powiedział: „Zostałeś nagrany!”.

Na marginesie warto odnotować, że Mateusz Morawiecki w aferze taśmowej podlega niezwykle uprzywilejowanemu traktowaniu. Zostaje ostrzeżony, że go nagrano, a „władcy taśm” nie publikują treści jego rozmów. Dopiero po kilku latach dziennikarze znajdą nagrania Morawieckiego w aktach sprawy. Sam Marek Falenta zeznał przed Sądem Okręgowym w Warszawie, że Mateusz Morawiecki i Tomasz Misiak utrzymywali bardzo bliskie stosunki. Zeznał również, że Misiak poznał go z Morawieckim.

Jacek Żakowski: Tajemnice Morawieckiego

To naprawdę ma znaczenie, kto kogo znał i kto kogo z kim poznał?
Tak, ze względu na rosyjskie związki Tomasza Misiaka, również przeze mnie udokumentowane. Tak się składa, że firma Misiaka Work Service miała filię w Rosji. Ta filia chwaliła się na stronach internetowych, że działa we wszystkich 5 tys. sklepach należących do wielkiego kremlowskiego oligarchy Michaiła Fridmana. Strony zniknęły, ale zrobiłem screeny. Gdybym wiedział o sprawie w sądzie karnym, tobym je przedstawił. Podobnie jak wiele innych dowodów.

Partnerami biznesowymi Tomasza Misiaka w firmie Work Service byli dwaj Grecy z USA: Paul Sofianos i Paul Christodoulou. Panowie Sofianos i Christodoulou znali najważniejszych ludzi w Moskwie. Pracowali tam dla amerykańsko-rosyjskiego funduszu TUSRIF, w którym działał Kiriłł Dmitriew. To kremlowski dygnitarz, który odpowiada za ściąganie zagranicznych inwestorów do Moskwy. Odpowiada przed samym Putinem.

Dostał pan uzasadnienie wyroku w procesie, który wytoczył panu Tomasz Misiak?
Nie, po wyroku skazany ma siedem dni na wystąpienie o uzasadnienie w celu złożenia apelacji. Jednak portal Salon24.pl opublikował wyrok później. A ja dopiero wtedy się o nim dowiedziałem.

Czytaj też: Zajrzeliśmy do akt afery taśmowej. Tych wątków prokuratura najwyraźniej nie badała

Jakie zamierza pan podjąć kroki prawne związane z wyrokiem?
Złożyłem wniosek o przywrócenie prawa do apelacji. Dokładnie rzecz biorąc, jest to „wniosek o przywrócenie terminu do złożenia wniosku o uzasadnienie wyroku”. Po otrzymaniu uzasadnienia będę mógł złożyć apelację. Oddzielnie składam również wniosek o wznowienie całego postępowania. Najlepiej bowiem zacząć od samego początku.

Zgadzam się z Ewą Siedlecką, która napisała w OKO.press, że procesu w ogóle nie było. Proces odbywa się wtedy, gdy oskarżyciel i oskarżony ścierają się przed sędzią. Tutaj nic podobnego nie miało miejsca. Mam nadzieję, że postępowanie zostanie wznowione i proces jednak się odbędzie.

Oczywiście to będzie kolejne wielkie obciążenie w moim życiu. Bombardowanie sztucznie mnożonymi sprawami sądowymi, któremu podlegam, ma swoje skutki. Powoduje, że mój organizm znajduje się w ciągłym stresie. To takie powolne zabijanie człowieka – w białych rękawiczkach, przy wykorzystaniu narzędzi prawnych. Zacząłem cierpieć na potężne nadciśnienie. Żeby normalnie funkcjonować, muszę brać leki. Prawdopodobnie będę musiał je brać do końca życia.

W mediach społecznościowych trwa akcja solidaryzowania się z panem, znani dziennikarze fotografują się z miotłami –w ramach prac społecznych ma pan zamiatać warszawskie ulice. Do tej pory to środowiska prawicowe stawały murem za swoimi dziennikarzami, niezależnie od formułowanych wobec nich zarzutów czy oskarżeń.
Gorąco dziękuję każdemu, kto robi sobie zdjęcia z miotłą! To bezcenne wsparcie. W tej sprawie chodzi nie tylko o Misiaka i jego powiązania, o aferę taśmową, o rosyjskie związki PiS. Chodzi o same podstawy cywilizacji zachodniej, praworządności i ludzkiej przyzwoitości. Chodzi o prawo do obrony i apelacji. Nawet w średniowieczu podsądny zagrożony szafotem czy stryczkiem miał możność przemówić przed sędzią. Dla zdrowia może lepiej byłoby zamiatać ulice, niż przechodzić przez kolejną batalię sądową. Jednak nie można tego odpuścić. Nie można odpuścić prawdy o Misiaku i Morawieckim. Nie można odpuścić podstawowych zasad sądownictwa i cywilizacji.

Na zakończenie dodam, że wyrok bez prawa do obrony, który zapadł w sprawie Misiaka, wywołał kolejną falę hejtu wobec mnie. Bloger Matthew Tyrmand, który jakiś czas temu przegrał ze mną w sądzie, zaczął teraz wmawiać swoim fanom, że trafię za kratki. Cytuję: „Może w więzieniu w końcu zrzucisz te dodatkowe 100 kg, które na sobie nosiłeś. Obżarstwo jest dowodem słabego charakteru. (Podobnie jak kłamstwo, zniesławienie, oszczerstwo i zniesławienie). Więzienie powinno cię zahartować, zakłamana świnio”.

Czytaj też: Kim pan jest, panie W? Skąd się wziął i na czym dorobił cichy bohater afery taśmowej

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną