Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Krytykują liberalne elity. W czym się mylą, a gdzie mogą mieć rację?

Urna wyborcza Urna wyborcza Anna S. Kowalska / Polityka
Takie opinie budzą duże kontrowersje po stronie opozycyjnej, w szczególności wśród sympatyków Platformy Obywatelskiej, do której to partii są zresztą w pierwszej kolejności skierowane. Gdzie ich autorzy się mylą, a gdzie mogą mieć rację? Pisze w gościnnym tekście na Polityka.pl Tomasz Sawczuk z „Kultury Liberalnej”.

Oba teksty odbiły się ostatnio szerokim echem. Grzegorz Sroczyński napisał w Gazeta.pl o pięciu toksycznych cechach, które zatruwają polską politykę, takich jak maczyzm, dbałość jedynie o skrajny elektorat, strach opozycji przed wygraną, jak również „kompletna pustka”. Jak pisze autor, „po stronie opozycyjnej najbardziej zatruwającą emocją jest niewiara w zwycięstwo”, z kolei „politycy bezczelnie kradną nam hektary czasu w pasmach publicystycznych, nie mówiąc niemal nic istotnego” – i z nielicznymi wyjątkami nie mówią niczego takiego nawet na offie.

Tymczasem Witold Jurasz przekonuje w Onecie, że „liberalne elity wręczą PiS zwycięstwo wyborcze”. Jak zauważa, niedostatek krytycznej debaty na temat opozycji miał doprowadzić do sytuacji, w której „zamiast pracować nad sobą i naprawiać błędy, przez całą pierwszą kadencję rządów PiS tkwiła w pełnej samozadowolenia bańce swych najbardziej oddanych zwolenników, czekając na wygraną, która miała być oczywistością”. Jego zdaniem opozycja w dalszym ciągu jest intelektualnie „całkowicie sterylna” i „nudna”. Zajmuje się wszystkim poza jednym oczywistym pomysłem: „jak odzyskać wiarygodność w oczach elektoratu, a nie jedynie poklasku w oczach najbardziej oddanych fanów”.

Czytaj też: Dwaj ludzie z szafy. Jak sobie radzić z inflacją pisowskich skandali

Trzy problemy z Juraszem i Sroczyńskim

Takie opinie budzą duże kontrowersje po stronie opozycyjnej, w szczególności wśród sympatyków Platformy Obywatelskiej, do której to partii są zresztą w pierwszej kolejności skierowane. Wątpliwości odnoszą się do trzech głównych kwestii, które mają znaczenie tyleż merytoryczne, co emocjonalne – dotyczą na równi treści i tonu.

Pierwsze pytanie dotyczy pozycji w debacie publicznej, którą przyjmują autorzy. Jeśli Jurasz pisze w swoim tekście o winach „liberalnych elit” z perspektywy zewnętrznego recenzenta, co to właściwie oznacza? Czy w odróżnieniu od nich zalicza się do elit autorytarnych? Z pewnością nie. A może w ogóle nie należy do elit, w przeciwieństwie do grupy krytykowanej? To również wydaje się wątpliwe. Kogo konkretnie krytykuje – polityków czy politycznych kibiców? Bo jeśli kibiców, to oni nie są od pisania programu opozycji. A jeśli polityków, to przywódcy opozycji nie wypowiadają się przemądrzałym tonem, przypisywanym „liberalnym elitom”; niektórzy z nich czynią wręcz cnotę z ekumenizmu. Argument Jurasza radzi sobie najlepiej wtedy, gdy przemieszać najgorsze cechy najbardziej problematycznych przedstawicieli wszystkich podejrzanych grup i zrobić z tego jedną katastrofalną mizerię pod nazwą „liberalne elity sensu largo”. Niby można, ale będzie to bardziej pamflet niż analiza czy porada.

Z tym wiąże się wątpliwość druga: teksty Sroczyńskiego i Jurasza mają widowiskową część krytyczną, ale właściwie nie mają części konstruktywnej. Oczywiście można powiedzieć, że publicyści nie są od tworzenia programów i strategii politycznych, w porządku – jak już wiemy, od tego mamy liberalne elity, tyle że one są niestety leniwe. Ale jeśli autorzy domagają się lepszej polityki, to palące wydaje się pytanie, jaka to polityka i czy byłaby skuteczna wyborczo. Jeśli bowiem krytykujemy zaślepiony salon, to przypuszczalnie w tym celu, żeby wzmocnić perspektywy demokracji liberalnej, a nie żeby mu popsuć humor albo tylko wyrazić frustrację.

Po trzecie, może się wydawać, że uwagi Sroczyńskiego i Jurasza w niewystarczającym stopniu uwzględniają różnicę między liberalno-demokratyczną opozycją a rozmontowującym demokrację liberalną PiS – jego kurs polityczny rodzi przecież zagrożenie również dla wolności mediów, w których toczą się takie dyskusje. Trudno tak po prostu powiedzieć, że liberalne elity „wręczą PiS-owi zwycięstwo”, skoro PiS niemal otwarcie kształtuje sobie za publiczne pieniądze warunki mające na celu zwiększenie jego szans wyborczych. Co by o nich nie mówić, liberalne elity mu tych pieniędzy nie wręczają, wręcza je sobie sam.

Z kolei Sroczyński pisze: „Możemy sobie po naszej stronie powtarzać, że prawica jest w tym wszystkim straszniejsza i bardziej brutalna, ale co to za pociecha?”. Cóż, jest to właśnie sprawa zasadnicza. Jeśli sprzyjający opozycji adwokat Roman Giertych produkuje absurdalne teorie spiskowe na Twitterze, jak zarzuca mu Sroczyński, a niekoronowany prezes Polski Jarosław Kaczyński łamie kręgosłup ustrojowi państwa, są to sprawy o innym ciężarze gatunkowym i jest to ważna różnica polityczna – a więc, jak by się mogło zdawać, dość znacząca „pociecha”.

Czytaj też: Sprawa męża marszałek Witek. Ważne pytania, które warto stawiać

Trzy wielkie konflikty o wyobraźnię polityczną

Po tych wstępnych uwagach trzeba jednak powiedzieć, że pospieszne zbywanie krytycznych obserwacji Sroczyńskiego i Jurasza nie byłoby właściwe. W książce „Nowy liberalizm” sam poświęciłem niemało miejsca na krytykę niektórych koncepcji politycznych dominujących w ostatnich latach po stronie opozycyjnej – w intencji zbudowania jak najlepszego modelu dla polskiej polityki liberalno-demokratycznej. Chodzi więc raczej o to, żeby zrobić również następny krok i nadać owej krytyce pożyteczny kierunek.

Zastanówmy się zatem życzliwie nad tym, dlaczego uwagi Sroczyńskiego i Jurasza warto by wziąć do serca. W tym celu można zwrócić uwagę, że w polskiej debacie istnieją obecnie trzy wielkie konflikty o wyobraźnię polityczną, w których opozycja ma obiektywnie pod górkę, ale mogłaby poprawić swoją sytuację strategiczną, co wymagałoby poważnej pracy koncepcyjnej. Znaczenie konfliktu pierwszego Jurasz i Sroczyński chyba niepotrzebnie umniejszają, ale słusznie odnotowują w swoich publikacjach znaczenie dwóch pozostałych.

Ale najpierw odsuńmy PiS od władzy…

Po pierwsze, demokracja i prawo – czyli konstytucja, sądy, praworządność. Jako że jest to rzecz o fundamentalnym znaczeniu politycznym, można by oczekiwać, że debata publiczna zatrzyma się na tym pierwszym punkcie. Bo skoro PiS powoduje zagrożenie dla rządów prawa i niektórych podstaw porządku demokratycznego, jest to sprawa decydująca i partię Kaczyńskiego należy w wyborach odsunąć od władzy. Stąd też pretensje niektórych komentatorów do Sroczyńskiego i Jurasza, że w tych warunkach narzekają na opozycję.

Co więcej, można powiedzieć, że PiS podkłada się w tym obszarze koncertowo. Premier Morawiecki powiedział po siedmiu latach rządów, że „większego chaosu i kłopotów, niż mamy obecnie w sądownictwie, już chyba mieć nie możemy”. Z kolei Komisja Europejska wstrzymała miliardy euro dla Polski z Krajowego Planu Odbudowy w związku z kryzysem praworządności – tymczasem ustawa, która miałaby te pieniądze odblokować, niczym w jakiejś groteskowej sztuce utknęła w opanowanym przez PiS Trybunale Konstytucyjnym, który umordowany nie jest nawet w stanie zebrać się na posiedzenie.

Ale wiemy też, że wyborcy nie głosują tylko „w obronie demokracji”, ponieważ nie zawsze mają wrażenie, że rządy PiS stanowią zagrożenie dla ich ogólnego dobrobytu, a w każdym razie nie mają przekonania, że pod innymi rządami będzie im lepiej, a co najmniej nie gorzej. Stąd właśnie polityczna potrzeba „czegoś więcej”, czego domagają się Sroczyński i Jurasz, a co zwyczajowo określa się mianem programu opozycji. Pomysłowe akcje z kotletami schabowymi w mediach społecznościowych to może być lepszy lub gorszy PR, ale nie ma on znaczenia bez esencji politycznej – żaden PR nie zastąpi filozofii rządzenia.

Czytaj też: Skąd ten skok Konfederacji. Wabiki i pudrowanie skrajnego konserwatyzmu

Kwestia niemiecka

Po drugie, bezpieczeństwo. W tym obszarze PiS był antyrosyjski, a także opozycyjny wobec Niemiec. Taka postawa daje dywidendę w konsekwencji pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Okazuje się mianowicie, że przed Rosją warto było ostrzegać, natomiast Niemcy uchodzą obecnie za symbol politycznych błędów i ślepoty, a nie racjonalności i postępu. Z kolei Platforma orientowała się w przeszłości na bliskie relacje z Niemcami, a w czasach jej rządów Zachód próbował polityki resetu z Rosją, w czym Polska brała udział choćby po to, żeby uchodzić w oczach zachodnich partnerów za kraj pragmatyczny i racjonalny, a nie oazę rusofobów.

W konsekwencji PiS może zasiewać podejrzliwość wobec polityki przyszłego opozycyjnego rządu. Jak mówił ostatnio Andrzej Zybertowicz w podkaście „Kultury Liberalnej”, gdyby opozycja rządziła w ostatnich latach, to pod wpływem działań dyktatora Łukaszenki polska granica z Białorusią nie zostałaby utrzymana w porządku, a w czasie wojny PO oglądałoby się na kunktatorskie Niemcy, co zaszkodziłoby Ukrainie. Tego rodzaju zarzuty mogą być przesadzone – akurat Donald Tusk jasno mówił o konieczności ochrony zewnętrznych granic UE jeszcze w czasach przewodzenia Radzie Europejskiej – ale nie zmienia to faktu, że trudno zlekceważyć ich znaczenie polityczne.

Jako że PiS kapitalizuje dotychczasową politykę, ogłaszając jednocześnie ogromne zakupy zbrojeniowe – a zatem stawia na retorykę suwerenności i siły – opozycja potrzebuje wiarygodnego stanowiska co do geopolitycznej sytuacji Polski w nowych warunkach międzynarodowych, które nie ogranicza się do zbyt mglistego w obecnych czasach paradygmatu zgodnej współpracy z NATO oraz UE, skoro widać gołym okiem, że nie zawsze muszą one współpracować zgodnie i w naszym interesie. Podróżując przez mapę od strony zachodniej, widać: Trump, brexit, żółte kamizelki, NordStream. Tak, oczywiście, Polska powinna mieć tzw. dobre relacje z Zachodem, a właściwie być solidnym członkiem zachodnich wspólnot politycznych, gospodarczych i wojskowych. Ale ze względu na nasz własny wybór cywilizacyjny, jak również żywotny interes, a nie wczorajsze kompleksy wobec zachodniego świata.

Aktywne państwo, które chroni

Po trzecie, gospodarka. W tym kontekście premier Morawiecki mówił niedawno w Gorzowie Wielkopolskim, że gdyby opozycja rządziła w warunkach pandemii i wojny, to w ostatnim czasie w Polsce trwałaby recesja, byłoby wysokie bezrobocie, kredytobiorców dusiłyby raty, a firmy padałyby jak muchy. W tym kontekście premier przeciwstawia aktywne państwo czasów PiS, który chroni ludzi, pasywnemu i bezdusznemu neoliberalizmowi czasów PO.

I znów: tego rodzaju zarzut może być przesadzony – od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. cała Europa przeszła długą drogę i współczesny rząd opozycji mógłby w teorii działać w kryzysie podobnie jak obecny rząd PiS. Tyle że sam wielokrotnie słyszałem powątpiewania wyborców opozycji w tej sprawie, o czym nie wypada może mówić zbyt głośno. Opozycja atakuje PiS za wysoką inflację – ale wśród wielu osób istnieje podskórna niepewność co do tego, jaką politykę gospodarczą prowadziłby w kryzysie rząd opozycji. Platforma Obywatelska poczyniła pewne kroki, aby rozwinąć wrażliwsze społecznie stanowisko, którego intencją jest odporność państwa i ochrona ludności, ale w tym obszarze potrzeba jeszcze odpowiednio mocnej opowieści politycznej.

Tym sposobem wraca więc kwestia, na którą wskazują Sroczyński czy Jurasz: trudność z określeniem wizji politycznej przyszłego opozycyjnego rządu. Tymczasem wypracowanie całościowej filozofii rządzenia jest istotne zarówno z powodów zasadniczych, jak i wyborczych. Z powodów zasadniczych, ponieważ udzielenie poprawnych odpowiedzi na takie pytania ma istotne znaczenie dla dobrobytu i bezpieczeństwa Polski. Z powodów wyborczych, ponieważ ignorowanie problemów nie posuwa opozycyjnej polityki do przodu i pomaga PiS-owi zdobywać łatwe punkty w kampanii. Jak pokazują badania opinii publicznej, znacznie więcej osób mogłoby wierzyć w to, że opozycja jest zdolna do wyborczego zwycięstwa i gotowa do rządzenia.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną