„Polityka”. Pilnujemy władzy, służymy czytelnikom.

Prenumerata roczna taniej o 20%

OK, pokaż ofertę
Kraj

Rosyjski Ch-55 pod Bydgoszczą. Kuriozum! Na te pytania trzeba odpowiedzieć

Policja i wojsko przeczesują las pod Bydgoszczą, 27 kwietnia 2023 r. Policja i wojsko przeczesują las pod Bydgoszczą, 27 kwietnia 2023 r. Tomasz Czachorowski / Polska Press / EAST NEWS
W sprawie „bydgoskiej rakiety” nie postawiono najważniejszych pytań. A jedno z nich brzmi: jak sobie poradzimy w przypadku zmasowanego nalotu rosyjskich samolotów i pocisków, skoro pojedynczy pocisk może przelecieć 500 km nieniepokojony przez nikogo?

Zgodnie z oświadczeniem ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka pocisk Ch-55 wleciał nad polskie terytorium od strony Ukrainy. Przypomnijmy, że to pocisk atomowy, ale z usuniętą głowicą, zastąpioną balastem, czyli bez żadnej głowicy bojowej. Takie rakiety ze starych serii produkcyjnych są wysyłane do Ukrainy w czasie ataków rakietowych, by rozproszyć uwagę środków obrony przeciwlotniczej i odciągnąć myśliwce od rzeczywistych bojowych rakiet skrzydlatych. I właśnie jeden taki pocisk, zamiast zakończyć lot w granicach Ukrainy, kontynuował go i przeleciał szmat terenu nad naszym krajem.

Czytaj też: Rosyjski pocisk pod Bydgoszczą trafi w wojskowych i polityków

Jak Ch-55 pokonał 500 km nad Polską

Sprawa jest zatem jeszcze bardziej kuriozalna, niż myślano na początku – pocisk pokonał nad Polską mniej więcej 500 km, a nie jakieś 300 km z Białorusi. Ukraińska obrona powietrzna zawiadomiła polskie Centrum Operacji Powietrznych, że jeden z pocisków wylatuje z ich terytorium i zmierza do Polski.

O lecącym 16 grudnia pocisku wiedzieliśmy więc, zanim wleciał w polską przestrzeń powietrzną – jeśli nie od ukraińskiego wojska, to także od dyżurującego tego dnia samolotu dozoru radiolokacyjnego E-3 AWACS należącego do NATO Airborne Early Warning Wing. Potem pocisk wykryły nasze stacje radiolokacyjne.

Dokąd dotarła ta informacja? W kilka miejsc jednocześnie. Do 32. Ośrodka Dowodzenia i Naprowadzania w Krakowie, do Centrum Operacji Powietrznych w Pyrach pod Warszawą (dowódca: gen. dyw. Ireneusz Starzyński) oraz natowskiego Combined Air Operations Centre w Uedem w Niemczech (dowódca: belgijski gen. mjr Harold van Pee). Tutaj dotarła automatycznie, przez system zautomatyzowanej wymiany informacji Dunaj II, który w 2014 r. zastąpił amerykański ASOC. Polski Dunaj II jest w pełni włączony w system NATINAMDS – NATO Integrated Air and Missile Defence System. Wszystko, co widzi jakikolwiek polski radar, od razu pojawia się na ekranach w wymienionych punktach dowodzenia NATO.

Czy generał powiadomił ministra

Z automatu powiadamiane jest też polskie Dowództwo Operacyjne Rodzajów SZ RP, czyli gen. broni Tomasz Piotrowski. A to dowództwo powiadamia z kolei szefa Sztabu Generalnego (gen. Rajmund Andrzejczak), który, jak twierdzi, powiadomił „swoich przełożonych” od razu w momencie zdarzenia. A przełożonych ma trzech: bezpośrednim jest minister, a kolejnymi premier i prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych. Szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta RP Marcin Przydacz mówi, że prezydent został powiadomiony o zdarzeniu, czyli potwierdza słowa gen. Andrzejczaka.

Czy generał broni Piotrowski mógł zataić przed ministrem zdarzenie, o którym wiedziało kierownictwo NATO? Naszym zdaniem nie mógł, to po prostu niewyobrażalne. A kolejne pytanie brzmi: dlaczego 16 grudnia pocisku szukała policja? Gen. Piotrowski zataił rzecz przed własnym ministrem, a powiadomił resort spraw wewnętrznych, prosząc o pomoc w poszukiwaniach? Skąd bowiem policja wiedziała o zajściu 16 grudnia?

Czytaj też: To nie był atak na Polskę. Co to była za rakieta? Wyjaśniamy

A gdyby pocisków było kilkadziesiąt?

Ale zostawmy to, co zrobił minister, każdy sam jest w stanie ocenić jego postępowanie. Ciekawsze jest to, że pojedynczy pocisk skrzydlaty lecący z prędkością ok. 800 km/h, choć zapewne na stosunkowo małej wysokości, przez jakieś 30–40 minut przebywał w naszej przestrzeni powietrznej, przeleciał ok. 500 km, nie został nie tylko zestrzelony, ale nawet nie był obserwowany przez znaczną część swojego toru lotu. Czego nam zatem brakuje?

Po pierwsze, radarów systemu obserwacji przestrzeni powietrznej. Posterunków powinno być co najmniej dwa razy tyle, a jeszcze lepiej, gdyby było ich i tyle co za komuny, czyli ok. 56 – zamiast obecnych 19. Po drugie, dlaczego przez rok od wybuchu wojny zorganizowano jedynie szczątkową obronę ważnych obiektów w Polsce? Zamiast przebywać w garnizonach, nasze dywizjony przeciwlotnicze powinny znaleźć się na pozycjach. W czasach PRL dywizjony rakiet Wojsk Obrony Powietrznej Kraju stały permanentnie na pozycjach bojowych i pełniły dyżury bojowe z załadowanymi rakietami i pełną zmianą dyżurną na stanowiskach. A przecież żadnej wojny obok naszych granic nie było. A może tych przeciwlotniczych dywizjonów rakietowych też mamy dużo za mało?

Tymczasem zamiast kupować radary, rakiety przeciwlotnicze i myśliwce w odpowiedniej ilości, Polska decyduje się na 800 wieloprowadnicowych wyrzutni rakiet artyleryjskich. I jeszcze ponad 1000 czołgów. Co by się stało, gdyby zamiast pojedynczej rakiety, która w jakieś 40 minut pokonała 500 km/h z prędkością przelotową ok. 800 km/h, nastąpił zmasowany atak z użyciem choćby kilkudziesięciu takich pocisków? Łatwo chyba o odpowiedź...

Czytaj też: Gdyby doszło do wojny... Jak się szykują polscy generałowie?

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną