Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

„Symetryści. Jak się pomaga autokratycznej władzy”. Publikujemy fragment książki

Państwo – poza innymi aspektami – to ustrojowa rama i bieżąca polityczna zawartość. W 2015 r. z niejasnych przyczyn uznano, że rama jest już tak solidna, że w jej obrębie można robić wszystko. Państwo – poza innymi aspektami – to ustrojowa rama i bieżąca polityczna zawartość. W 2015 r. z niejasnych przyczyn uznano, że rama jest już tak solidna, że w jej obrębie można robić wszystko. Max Skorwider
Za tydzień, 6 września, ukaże się wraz z POLITYKĄ, a także w księgarniach, nasza książka „Symetryści. Jak się pomaga autokratycznej władzy”. Zawiera nowy, niepublikowany wcześniej materiał, uzupełniony kilkoma tekstami z naszego tygodnika.
Polityka

Artykuł w wersji audio

W książce piszemy o istotnym zjawisku w polskiej polityce, które dostrzegliśmy po przejęciu władzy przez PiS, a w 2016 r. nazwaliśmy symetryzmem. Teraz analizujemy, jak to pojęcie funkcjonowało przez ostatnie lata, jak było używane, a przy tym często zniekształcane i nadinterpretowane. Polemizujemy z konkretnymi publicystami i dziennikarzami, cytujemy charakterystyczne wypowiedzi i stanowiska, komentujemy typowe przekazy symetrystów, szukamy źródeł ich postawy. Symetryści według naszej definicji to ci, którzy uważają, że mimo wszystko wciąż żyjemy w normalnej demokracji, a PiS jest normalną partią, może dziwną i awanturującą się, ale mieszczącą się w tym systemie. Dlatego należy trzymać równy dystans do wszystkich sił politycznych, „nie opowiadać się po żadnej stronie sporu”. Fundamentalnie się z tym nie zgadzamy.

Twierdzimy, że partia Kaczyńskiego krok po kroku likwiduje liberalną demokrację, podobnie jak Orbán na Węgrzech – i się z tym nie kryje, wręcz się szczyci swoją wyjątkowością i odrębnością od „zdrajców narodu”. Uważamy, że „równo” można traktować ugrupowania respektujące demokratyczne ramy systemu, ale już nie te, które te ramy programowo dewastują, stanowiąc krytyczne zagrożenie dla konstytucyjnego ustroju, swobód obywatelskich, cywilizowanych procedur i instytucji, także dla wolnych mediów i międzynarodowej pozycji Polski. Krótko mówiąc, nie zgadzamy się na równy dystans do podpalaczy i strażaków tylko dlatego, że jedni i drudzy mają coś wspólnego z pożarem; między nimi nie trwa „normalny spór”. A obiektywizm nie polega na wyciąganiu średniej z prawdy i kłamstwa, jak mawiała nasza nieodżałowana koleżanka Janka Paradowska.

Ostatnie tygodnie czynią naszą książkę szczególnie aktualną. Wielkie emocje wzbudziła sprawa zaplanowania, a potem odwołania „panelu symetrystów” na Campusie Polska Przyszłości, organizowanym przez Rafała Trzaskowskiego. Sam pomysł był dość nieszczęśliwy, bo skład panelistów nie dawał dużych możliwości debaty i ścierania opinii, ale stał się zarzewiem wielkiej dyskusji – zwłaszcza w mediach społecznościowych – na temat symetryzmu i symetrystów. To była ta prawdziwa, spontaniczna debata, z której wynikało, że wielu użytkowników Twittera i Facebooka ma o wiele lepszą orientację, o co chodzi w polskiej polityce ery Kaczyńskiego, niż spora część zawodowych dziennikarzy i komentatorów. Krótkie, logiczne wykłady dawane tam gratis symetrystom obnażały ich niekonsekwencję, krótką pamięć, powierzchowność obserwacji i oceny faktów. Ta dyskusja to dobry kontekst dla naszej książki, bo pokazała, że stworzony przez nas termin jest potrzebny i właściwie opisuje dużą część współczesnej rzeczywistości, zwłaszcza w przedwyborczym okresie. Zapraszamy więc do lektury „Symetrystów”.

***

Fragment nowej książki Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki „Symetryści. Jak się pomaga autokratycznej władzy”, która ukaże się za tydzień z tygodnikiem POLITYKA w kioskach, a także w księgarniach i na sklep.polityka.pl.

Pojęcie symetryzmu wprowadziliśmy do politycznego języka w maju 2016 r. na łamach tygodnika POLITYKA. To okres już po pierwszej fali pozakonstytucyjnych zmian ustrojowych wdrażanych przez PiS, dotyczących zwłaszcza Trybunału Konstytucyjnego; inne tzw. reformy sądownictwa były w przygotowaniu, a ich kulminacja nastąpiła rok później. Warto przypomnieć sobie tamten czas, z jego atmosferą, chaosem, zdumieniem, także przerażeniem, aby lepiej zrozumieć kontekst, w jakim pojawiło się określenie symetryzmu. Było to kilka miesięcy po wyborach w 2015 r., kiedy PiS, w formule Zjednoczonej Prawicy, uzyskał bezwzględną większość w Sejmie. Pierwszy raz w III RP jedno ugrupowanie zdobyło ponad połowę miejsc w Sejmie, i od razu była to partia, która postanowiła „zmienić wszystko”.

Drogę do tego sukcesu formacji Jarosława Kaczyńskiego utorowało zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich w tym samym roku. Właśnie w kampanii prezydenckiej ujawniło się coś, co można nazwać „presymetryzmem”, który potem wykształcił się w swoją pełną postać. Duda po prostu zachwycił wielu wyborców, ekspertów i dziennikarzy, którzy wcześniej dość mocno stali po stronie liberalno-demokratycznego modelu państwa. Złożyło się na to wiele przyczyn: uwiąd rządów Platformy, bardzo słaba kampania Bronisława Komorowskiego, niezłe zdolności oratorskie kandydata PiS, zapominanie czasu rządów PiS z lat 2005–2007, znudzenie starymi politycznymi twarzami, zwykła ciekawość zmiany, zapewne także przekora itd. Ale nie tylko.

Po ośmiu latach „ciepłej wody w kranie”, jak nazywano rządy PO-PSL, wielu Polakom wydawało się, że kraj znajduje się w bezpiecznej strefie ugruntowanej demokracji, z zabezpieczeniami w NATO (od 1999 r.) i Unii Europejskiej (od 2004 r.). Poprzednie rządy mogły się wydawać nieruchawe, banalne, może nawet nieudolne, za mało „dawały”, ale nie kojarzyły się z ustrojową rewolucją, zmianami podstaw prawnych państwa, co zadziałało znieczulająco i usypiająco. Ponadto okres władzy PiS z lat 2005–2007 także bardziej pamiętano jako czas awantur i kompromitacji niż otwartego zamachu na demokrację, bo na głębsze zmiany Kaczyński nie miał wówczas odpowiedniej sejmowej większości. Nie mógł rozwinąć skrzydeł, choć jego zamiar zmiany modelu „demokracji” był nadal aktualny. Lider PiS skorzystał z faktu, że mało kto już ten plan pamiętał. Atutem okazała się też jego dawna słabość i nieskuteczność.

W takich okolicznościach zmiana władzy nie jawiła się jako zdarzenie szczególnie dramatyczne, które może nieść drastyczne skutki dla systemu państwa. Dlatego PiS, pomimo wracającego falami smoleńskiego szaleństwa, nie zdawał się już taki groźny, przeszedł kwarantannę i w opinii wielu nadawał się już jako zmiennik do steru rządów. Jeśli były jeszcze jakieś wątpliwości, rozwiał je właśnie wyciągnięty z kapelusza Andrzej Duda (pojawiły się tezy, że w wyborze kandydata PiS brała udział amerykańska agencja piarowa). Wzbudził on zainteresowanie także na zasadzie kontrastu, jako nieoczekiwanie ludzka twarz partii, która miała fatalną legendę. Może więc i ta zła opowieść o PiS nadaje się już do kosza – myślano, może kolportuje ją Platforma i chce tę wizję wmusić innym – tak przebiegało rozumowanie dużych grup wyborców.

Jeżeli nazywamy to presymetryzmem, to w tym sensie, że Dudę zaczęto uważać za normalnego kandydata ugrupowania, które przestaje się niekorzystnie kojarzyć. Nastała wręcz moda na chwalenie Dudy, a atakowanie Komorowskiego. Chociaż Duda reprezentował partię jawnie, kulturowo antyunijną, podważającą zachodni model demokracji, niekryjącą się z zamiarami przejęcia wszystkich instytucji państwa, głęboko konserwatywną kulturowo i obyczajowo, demonstrującą swoje narodowo-katolickie oblicze. Komorowski zaś, mimo wizerunku starszego, mało dynamicznego tradycjonalisty, był jednak kandydatem partii proeuropejskiej, modernizacyjnej, której szef objął niedawno jedną z najważniejszych funkcji w Unii. Ale nawet niektórzy przedstawiciele środowiska LGBT publicznie ogłosili, że będą głosować na Andrzeja Dudę, co w świetle wypowiedzi kandydata PiS o mniejszościach seksualnych pięć lat później, w kampanii w 2020 r., a także stosunku całej narodowej prawicy do tej mniejszości – zakrawa na skrajną naiwność.

Państwo – poza innymi aspektami – to ustrojowa rama i bieżąca polityczna zawartość. W 2015 r. z niejasnych przyczyn uznano, że rama jest już tak solidna, że w jej obrębie można robić wszystko. Pytanie jednak, kto ma pilnować ramy, kiedy inni postanowili „poszaleć”. To właśnie zostało zlekceważone. Ta beztroska ujawniająca się w poparciu w wyborach najpierw Dudy, a potem PiS była wręcz demonstracyjna. Można było usłyszeć: jeżeli żyjemy w normalnym kraju, to będziemy głosować, na kogo chcemy, przecież sami mówicie, że na tym polega demokracja.

Nie tylko my, także inni komentatorzy ostrzegali wówczas, że sytuacja nie jest jeszcze stabilna, że PiS się nie zmienił, a wręcz zaostrzył swoje programowe postulaty, co widać choćby w projekcie konstytucji autorstwa tej partii. Że Jarosław Kaczyński wiele przemyślał przez osiem lat odstawienia od władzy, zrozumiał piarowe błędy z okresu rządów i teraz wraca znacznie lepiej przygotowany do realizacji swojej wizji Polski, wciąż tej samej. Czyli jeśli coś się zmieniło, to na gorsze, bo teraz nadchodzi wersja turbo tego, co było dziesięć lat wcześniej.

Choć wydaje się to dzisiaj nieprawdopodobne, mało kto chciał wtedy słuchać tych przestróg. Zapanowała jakaś zbiorowa halucynacja, na zasadzie: niech się dzieje, co chce, byle było inaczej. Jakby ujawniła się jakaś podstawowa niedojrzałość całych grup społecznych, brak szerszego spojrzenia, kojarzenia faktów z różnych poziomów, wtórny polityczny analfabetyzm. Demokratyczne ideały z początku lat 90., czasu budowy niezależnych instytucji, etos krytycznego inteligenta, wyczulonego na autorytarne zapachy – to wszystko nagle zaczęło znikać w szybkim tempie na widok baloników na konwencji wyborczej Andrzeja Dudy. Nie miejsce tu, aby wymieniać tych wówczas „zauroczonych”, którzy powtarzali „nie straszcie PiS-em”. Część z nich po latach pokajała się za uwierzenie w nową twarz PiS. Ale trudno im współczuć, jeżeli inni wiedzieli od początku to, do czego ludzie spod hasła „nie straszcie” musieli długo i mozolnie dochodzić, i to jeszcze uważając się za osoby świetnie politycznie zorientowane.

To prawda, że kampanie wyborcze PiS w 2015 r., ale także w 2019 r., były bardzo zręczne i przemyślane. Nowatorskim, zbudowanym według najnowszych technologii metodom perswazji, jakie zaserwowała partia Kaczyńskiego, mogli jednak poddawać się przeciętni wyborcy, niewtajemniczeni w zasady socjotechniki i marketingu. Ale fakt, że tym piarowym chwytom uległo wielu doświadczonych publicystów, komentatorów, także ekspertów i cenionych osób publicznych, jest dla nich głęboko kompromitujący – tak uważamy i zdania nie zmienimy. To za nimi poszło wielu wyborców i w efekcie zmienili system państwa, oddalając Polskę od europejskiego mainstreamu i standardu, narażając ją na finansowe straty, powodując chaos w sądownictwie, umożliwiając zamach na bezstronną edukację, pozwalając na niespotykany wcześniej nepotyzm i przejęcie wszelkich możliwych posad.

Mówienie o winie elektoratu nie jest popularne, bo obowiązuje doktryna, że wyborcy są zawsze niewinni, mają prawo wybrać każdego, kogo dopuści na listy wyborcze PKW (do tego wątku wracamy dalej). Ale odpowiedzialność na pewno ponoszą tzw. liderzy opinii różnej rangi, prekursorzy symetryzmu, którzy nie umieli wznieść się ponad swoje subiektywne odczucia, nastroje, infantylne oczekiwania, tylko budowali atmosferę „normalności”. W takiej miłej atmosferze Beata Szydło wydawała im się lepsza od Ewy Kopacz, a Andrzej Duda od Bronisława Komorowskiego. Impresje okazały się ważniejsze niż głębsze przekonania i intuicje, przekora przeważyła nad doświadczeniem i pamięcią.

PiS nie był aż tak trudny do rozszyfrowania. Od czasu Porozumienia Centrum założonego na początku lat 90., a już zwłaszcza od rządów PiS w następnej dekadzie, cel Kaczyńskiego był oczywisty. To tzw. demokracja większościowa, „podmiotowa”, „suwerenna”. W tej „suwerenności” w istocie nie chodzi, wbrew pozorom, o obronę niezależności państwa wobec jakichś wrogich, zewnętrznych ingerencji. Chodzi o niezależność wewnętrzną: od opozycji, instytucji kontrolnych, regulacji konstytucyjnych, sądów i uznawanych dotąd zwyczajowych reguł. Demokracja suwerenna, większościowa polega na tym, że zwycięzca wyborów nie uznaje żadnych ograniczeń w sprawowaniu rządów, zwłaszcza trójpodziału władz (piszemy o tym więcej w dalszej części książki). To dlatego PiS zaczął swoją pierwszą kadencję w 2015 r. od walki z TK, Sądem Najwyższym, sędziami sądów powszechnych – bo to władza sądownicza, wciąż „stawiająca się”, nie pozwalała na całkowite przejęcie władzy. Nie przestrzegając reguł w Sejmie, partia Kaczyńskiego nieustannie próbowała też zmienić układ sił w Senacie i od 2019 r. polowała na marszałka tej izby – bo to władza ustawodawcza, która powinna być bezproblemowym elementem „ośrodka dyspozycji politycznej” przy Nowogrodzkiej.

Zupełne zwasalizowanie funkcji premiera przez Kaczyńskiego i jego nieskrywana pogarda wobec prezydenta Dudy pokazują, co prezes PiS sądzi o władzy wykonawczej – ma być scalona z władzą partyjną i ustawodawczą. Do tego dochodzi głęboka niechęć wobec tych samorządów, gdzie PiS nie rządzi, czyli znacznej większości. Z tego samego powodu Kaczyński od lat próbuje ujarzmić organizacje pozarządowe, jako twory wciąż irytująco niepoddające się jego panowaniu. W wizji demokracji większościowej, gdzie zwycięzca wyborów może zanegować wszystkie wcześniejsze reguły i unieważnić mniejszość, PiS zbliża się do znanych reżimów: w Rosji, Turcji, na Węgrzech, w krajach Azji i Ameryki Południowej.

Rzecz w tym, że te elementy myślenia Kaczyńskiego były oczywiste już podczas pierwszych rządów PiS w latach 2005–2007. To wtedy, po niekorzystnym dla ustawy lustracyjnej wyroku Trybunału Konstytucyjnego, szef PiS de facto zapowiedział „zajęcie się” w przyszłości Trybunałem Konstytucyjnym. Już wówczas było widać charakterystyczną metodę napuszczania na siebie różnych środowisk i grup zawodowych, brutalizm, bezceremonialność. A przede wszystkim nieustanny potok afer i awantur, niemal każdego dnia, od rana do wieczora; temperatura podkręcona do maksimum, bez tłumaczenia i przepraszania. Wydawałoby się, że ta szczepionka po rządach PiS jest bezterminowa, ale okazało się to nieprawdą. Miliony osób obudziło się w 2015 r. jak nowo narodzeni. Zapomnieli o tym, czego się przestraszyli w 2007 r., z jakiego powodu szybko wracali do domu i stali w kolejkach w punktach wyborczych do późnego wieczoru. Pamięć okazała się krótka, a lekcje nieodrobione.

W takich okolicznościach napisaliśmy tekst „Symetryści i poputczycy” (otwierający drugą część książki). Wtedy zdefiniowaliśmy, kim są – naszym zdaniem – symetryści. To zwolennicy pewnego istotnego, jak się okazało, poglądu: między Prawem i Sprawiedliwością a Platformą Obywatelską (bo o nią wówczas głównie chodziło) nie ma zasadniczej, jakościowej różnicy, obie partie tak samo mają „swoje za uszami”, obie chcą władzy i wpływów, a różnica pomiędzy nimi jest co najwyżej ilościowa (np. w liczbie afer, awantur, ludzi umieszczanych w państwowych spółkach i w kwestii rozmaitych przewin wobec państwa). Słowem, ewentualny dystans do tych partii powinien być podobny, powinno się je traktować według tych samych kryteriów, bo są one – zdaniem symetrystów – z tego samego zbioru.

To klucz do takiego postrzegania politycznej rzeczywistości, o jakim piszemy: wówczas na każdy eksces PiS da się znaleźć podobny w wykonaniu Platformy (czy innego opozycyjnego ugrupowania), różnica może być tylko w natężeniu, częstotliwości, stopniu bezczelności, ale wyraźnej granicy nie ma. Wciąż pobrzmiewa tu echo „presymetryzmu” z czasu wyborczej kampanii: jest normalnie, kandydaci i partie walczą ze sobą, a lepszy wygrywa. Naszym podstawowym zarzutem wobec tak zdefiniowanych symetrystów było to, że nie dostrzegają oni kardynalnej, systemowej zmiany, jaka nastąpiła. Że Platforma może była bardzo przeciętną partią, z błędami i grzechami, ale jednak ze świata liberalnej demokracji, PiS natomiast, choćby nie wiadomo jak się sprytnie maskował, jest ugrupowaniem z całkowicie innej, bo autorytarnej planety.

Tam, gdzie my (i ci, którzy przyjmują ten punkt widzenia) dostrzegamy ostrą granicę, symetryści widzą płynnie zmieniającą się gamę odcieni. Nie przyjmowali i do dzisiaj nie przyjmują do wiadomości tego, że PiS to ugrupowanie w dziejach III RP wyjątkowe i całkowicie odrębne, co więcej – samo pilnujące tej odrębności i z tego dumne. Na pozostawaniu poza obrębem liberalnej demokracji wręcz buduje swoją polityczną i wyborczą pozycję. Rozmaite przewiny Platformy oraz wielu innych rządzących wcześniej ugrupowań, bo przecież nie tylko o PO tu chodzi, wciąż mieściły się w demokratycznym systemie, były przez ten system piętnowane i karane za występki, a przyłapane na nich, wstydziły się, wycofywały, tłumaczyły, akceptowały orzeczenia sądów, przejmowały się opinią publiczną. Przewiny PiS były zaś i są umieszczone w nowym, dalekim od demokratycznego systemie, w którym przestają być czymś nagannym i których już zazwyczaj nie można ukarać, bo system karania też został wchłonięty przez obóz władzy. To nie jest różnica ilościowa, księgowa, ale ideowa, ustrojowa i aksjologiczna przepaść.

Polityka 36.2023 (3429) z dnia 29.08.2023; Polityka; s. 22
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama