Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Jak żyją żołnierze w Kolnie? Coraz lepiej, wręcz komfortowo

Żołnierzom w Kolnie żyje się coraz wygodniej. Żołnierzom w Kolnie żyje się coraz wygodniej. Marek Świerczyński / Polityka
Dowódcom nie chodzi w pierwszej kolejności o komfort, ale wojskowe obozowisko na Podlasiu w niczym nie przypomina zdjęć z internetu pokazujących urągające warunki bytowe. Przede wszystkim to ma być misja, tyle że w kraju.

Czy na mój przyjazd pomalują trawę na zielono? Pytanie to zadawałem sobie całą drogę z Warszawy do Kolna. Miasteczko nie z własnej inicjatywy stało się bohaterem jednej z internetowych legend – o żołnierzach cierpiących marny los na podlaskim zgrupowaniu zadaniowym. Jego stworzenie ogłosił Mariusz Błaszczak w lipcu. Kilka tygodni wcześniej na nieodległej Białorusi pojawili się relokowani tam w wyniku puczu bojownicy Grupy Wagnera. A tuż przy granicy zaczęły się odbywać ćwiczenia o agresywnym charakterze.

Czytaj też: Rakietowe kły i paszcza. Warszawa staje do wyścigu zbrojeń

Operacja „RENGAW”, czyli Wagner na wspak

W połączeniu z niegasnącą „presją migracyjną” na odcinek polsko-białoruskiej granicy – niby zabezpieczony stalowym płotem, ale wcale nieochroniony przed próbami jego pokonania – tworzyło to mieszankę wybuchową, przed którą w przedwyborczej atmosferze rząd i MON wolały się zabezpieczyć, nawet jeśli zanadto. Ogłoszono operację pod kryptonimem „RENGAW”, której nazwa początkowo budziła zdziwienie, ale czytana wspak nie pozostawia wątpliwości, o co chodzi.

Wojskowe Zgrupowanie Zadaniowe Podlasie, utworzone w ramach tej operacji, miało mieć szkoleniowo-bojowy charakter i być rozlokowane na dużym obszarze – o rozciągłości 400 km i głębokości 150 km. Tak wielki teren „pokrywać” miała relatywnie niewielka liczba wojska, bo ok. 10 tys. żołnierzy. Z tego 4 tys. bezpośrednio wspierają działania Straży Granicznej w trybie znanym już z poprzedniej eskalacji kryzysu granicznego w 2021 r.

Pozostałe 6 tys. to odwody bojowe na wypadek eskalacji, której niestety nie można wykluczyć po tym, jak wagnerowcy pojawili się na Białorusi, a polską przestrzeń powietrzną naruszyły białoruskie śmigłowce. Wojsko dostało zadanie przygotowania i rozlokowania na wschodzie kraju brygadowej grupy bojowej, takiej, jaka funkcjonowałaby w czasie wojny, a jaką – na mniejszą skalę – do tej pory formowano tylko na misje za granicami kraju.

Alarmujące zdjęcia w internecie

Kilka tygodni po uruchomieniu zgrupowania do internetu zaczęły trafiać zdjęcia, a po nich wpisy i oparte na nich artykuły świadczące o tym, że znowu nie udało się zadbać o przyzwoite warunki służby żołnierzy na tej wewnętrznej misji. Że dwa lata po alarmowych zadaniach na granicznym pasku warunki bytowania są siermiężne, by nie powiedzieć: urągające. Że w rejon wykonywania zadań nie dociera ciepłe jedzenie, że wydawane racje są poniżej oczekiwań, a logistyka poległa na całej linii, choć miała sporo czasu na wyciągnięcie wniosków z początkowych porażek z lata i jesieni 2021 r.

Czyszczenie broniMarek Świerczyński/PolitykaCzyszczenie broni

Całe szczęście teraz nieplanowane wcześniej zgrupowanie skierowano do akcji latem i nocleg pod namiotem w lesie nie był doświadczeniem grożącym zapaleniem płuc. Brak ciepłego jedzenia czy pralni też dało się przez kilka dni jakoś przeżyć. Ale niekorzystne dla wojska i MON zdjęcia, opinie i świadectwa z pierwszej linii poszły w medialny obieg, kreując drastyczny kontrast między setkami miliardów złotych łożonymi na nowy sprzęt dla żołnierzy a widocznym jak na dłoni brakiem inwestycji za kilkaset czy kilka tysięcy złotych: w oporządzenie, namioty, wyekwipowanie czy po prostu jedzenie. Sklep Biedronki w Kolnie miał być jednym z epicentrów tego chaosu, oblegany przez żołnierzy kupujących „za swoje” to, czego mieli nie dostać od armii.

Po kilku dniach bombardowania tymi przekazami po prostu zapytałem wojsko, czy można zobaczyć na własne oczy, gdzie śpią i co jedzą żołnierze w Kolnie. Wjazd do obozowiska udało się załatwić w dwa dni, co jest swego rodzaju rekordem i od razu wzbudziło moje podejrzenia. To, co zobaczyłem na żywo, przeczyło całkowicie temu, co widziałem online. Nie znaczy to, że tamte zdjęcia były fałszywe. To, co widziałem, to druga strona medalu lub efekt odrobienia pewnych lekcji.

Czytaj też: Polacy mają się naoglądać bojowego żelastwa. Aż do wyborów

Najładniejszy fragment całości?

Trawy na zielono pomalować się nie dało, bo jej tam nie ma. Teren, w przybliżeniu 500 na 500 m po zachodniej stronie szosy, wyłożony jest betonowymi płytami tworzącymi niemal gładką powierzchnię. Jest prawie sterylnie, może dlatego, że to nowa inwestycja. Wojskowy obiekt zlokalizowano pół kilometra na północ od miasteczka, niestety na obszarze wyciętego lasu. W przyszłości ma się tu mieścić jedna z jednostek nowo tworzonej 1. Dywizji Piechoty Legionów.

Pod względem wojskowym przepiękny krajobrazowo styk Mazowsza, Mazur i Podlasia to dotychczas ziemia niczyja. 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana ma swoje garnizony dużo dalej na północ, a utworzona w 2018 r. i wciąż nie w pełni operacyjna 18. Dywizja Zmechanizowana dalej na południe, czyli na wschód od Warszawy. Pas między nimi ma właśnie zagospodarować i chronić nowa 1. DPLeg, ale zanim jej bataliony i brygady będą rozwinięte, wyposażone i uzbrojone, minie pewnie minimum pięć lat, jeśli nie dekada.

Na razie więc w Kolnie jest starannie wybetonowany i ogrodzony plac, a na nim tymczasowe miasteczko wojskowe, niewielkie, lecz doskonale wyposażone. Przypomina obozowiska wystawiane przez sojuszników, a także przez polskie jednostki na najważniejszych, dużych ćwiczeniach. Przypomina też, w mniejszej skali, to, z czym polscy żołnierze stykali się na misjach w Afganistanie i Iraku. Ale zamiast poligonowego czy pustynnego piachu pod nogami jest wspomniany sterylny beton.

Na nim w oczy rzucają się rozstawione pojazdy bojowe – od Rosomaków w pięciu wersjach po artylerię, samobieżne haubice Dana i moździerze Rak. Obecną rotację wystawia 12. Dywizja Zmechanizowana ze Szczecina, jednostka doświadczona w wysyłaniu „Rośków” na drugi koniec świata. Gdzieniegdzie widać też przeciwlotnicze Żubry z ukrytymi pod rozsuwaną pokrywą Popradami, czyli wyrzutniami rakiet przeciwlotniczych Piorun. Dominują stare i nowe ciężarówki.

SprzętMarek Świerczyński/PolitykaSprzęt

Zgrupowanie jest wielozadaniowe i ma różnoraki sprzęt. To, co widać w Kolnie, to stan batalionowej grupy bojowej, a całe WZZ Podlasie składa się z kilku takich grup. Nie wiem, czy wszędzie warunki bytowe i sprzęt są takie jak w Kolnie. Opisuję to, co widziałem, ze świadomością i przestrogą dla Czytelników, że pokazano mi zapewne najładniejszy fragment całości.

Czytaj też: Dopychanie kolanem Wisły

Oczekiwania się zmieniły

– My tak naprawdę sprawdzamy swoją gotowość do działania w krótkim reżimie czasowym w miejscu, w którym trzeba byłoby takich sił użyć – wyjaśnia mi gen. bryg. Arkadiusz Mikołajczyk, dowódca WZZ Podlasie. – Główną kwestią jest to, by wojsko znalazło się w tym miejscu, w którym jest potrzebne, by nawet kinetycznie reagować na zagrożenia, jakie mogą się pojawić. To sprawdzian dla sił zbrojnych i tego zgrupowania: czy potrafimy przemieścić się w dany rejon i osiągnąć określoną gotowość do działania.

Generała na miejscu w Kolnie nie ma, ale rozmawiamy telefonicznie przez pół godziny, gdy tam jadę. Z jego słów wynika dominacja komponentu bojowego nad szkoleniowym w działaniu zgrupowania. A to ma swoje konsekwencje – również w tym, że w przeciwieństwie do ćwiczeń na poligonach na miejsce najpierw docierają pododdziały bojowe, a dopiero później wsparcie i zabezpieczenie. Stąd niewygody, do których znoszenia żołnierze muszą być przygotowani.

– Poziom komfortu i jakość życia polskiego społeczeństwa diametralnie się zmieniły w ciągu ostatnich 30 lat – przedstawia swoje stanowisko gen. Mikołajczyk, który oczywiście widział wszystkie zdjęcia i teksty o problemach służby na Podlasiu. – Ponad 33 lata służę w wojsku i w takim ćwiczeniu na taką skalę w otwartym terenie nie brałem udziału. Wszyscy myślą, że przyjadą na jakiś poligon i będą mieć komfort. Z tego punktu widzenia tego komfortu nie ma. Natomiast nikomu jedzenia nie brakowało.

Gen. Mikołajczyk dodaje: – Każdy może kontestować, czy dostał kiełbasę czy inne pożywienie. Dostał takie, jakie logistyka zabezpieczyła, najważniejsze, że miał co jeść. A czy żołnierze mogą sobie dodatkowo kupować jedzenie? Oczywiście, że tak. Byłbym zdziwiony, gdyby ktoś zabraniał podejścia do sklepu i kupienia sobie batonika. W bazach amerykańskich czy na misjach są restauracje z pizzą, można wypić kawę, a niekoniecznie iść na stołówkę.

Czytaj też: Dlaczego „Narew” jest kluczowa

Żeberka, zupa z rzepy i kompot

Realia misji zna każdy, kto na nich był lub się o nie otarł, jak piszący te słowa. Tam, gdzie byli Amerykanie, dobrze zaopatrzone sklepy i food courty z popularnymi fast foodami były normą, nie zawsze zdrową. A jak jest w Kolnie?

Lodówka dla żołnierzyMarek Świerczyński/PolitykaLodówka dla żołnierzy

Stołówka pod namiotem jest niezbyt obszerna, ale wydaje jedzenie przez kilka godzin w każdej turze. W sobotę na śniadanie były chleb, rogal, masło, herbata, jogurt owocowy, ogonówka wędzona, sałata, pomidor i pasztet drobiowy z puszki, dostępny zresztą całą dobę tak jak chleb, jogurty i świeże owoce. Może bez rewelacji, ale pożywić się można.

Gdy zwiedzałem bazę, trwało przygotowanie obiadu. Żeberka duszone (pachniały nieziemsko), młode ziemniaki, sałatka z białej kapusty, zupa z rzepy i kompot. Jeszcze przed południem, na spróbowanie, miałem okazję skosztować zupy. Solidna, gęsta, zabielana jarzynowa z wkładką mięsną z gotowanej wieprzowiny. Jedyny minus dania to plastikowa miska i łyżka, ale bez limitu, że jedna na kilka dni.

Część jadłospisuMarek Świerczyński/PolitykaCzęść jadłospisu

Na kolację miał być chleb, kiełbasa jałowcowa, serek topiony, masło, ketchup, herbata. Znowu – bez kulinarnego zachwytu, ale chyba bez wstydu. Miejskie kebaby i restauracje są o 500 m. Najbliższa nawet przez ulicę.

Duże kuchnie polowe w bazie gotują pod namiotowymi dachami, większa od nich hala mieści miejsce przygotowania kulinarnego wsadu. Obok kontenery-lodówki magazynują surowe zapasy, a zmywaki kontenerowe zapewniają czystość i higienę. Kucharz ma taką minę, jakby przygotowanie jedzenia dla żołnierzy traktował z taką samą powagą jak zwalczanie przeciwnika. Chyba słusznie, przecież wojsko tak walczy, jak jest karmione. Wielkiej drewnianej chochli nie wziął przy mnie do ręki, ale nie mam wątpliwości, że w razie czego byłaby bardzo skuteczną bronią.

KucharzMarek Świerczyński/PolitykaKucharz

Nie mam pojęcia, czy specjalnie dla „redaktora z Warszawy” w grupie żołnierzy był ze mną szczupły wegetarianin z 20-letnim stażem tej diety i jeszcze dłuższą służbą w wojsku. Gdy spytałem, jak sobie radzi, odpowiedział, że po prostu nie je mięsa, a reszty ma pod dostatkiem. Oczywiście trochę zazdrości sojusznikom zza oceanu, że opcje wege mają w normach i na stołówkach.

Z drugiej strony twierdził, że na misji w Iraku dało się i przez miesiąc wytrzymać na suchych racjach, zresztą cenionych przez inne nacje. Dziwi się relacjom, że w Polsce w czasie pokoju przez kilka dni jest z tym jakiś problem. Racje wojskowe zawierają sztucznie podgrzewane ciepłe porcje, przypomina. Logistyk zapewniał, że nie ma takiego miejsca w kraju, by w ciągu doby nie dotarło ciepłe jedzenie i picie, że to musi być jakiś bałagan, jeśli jest inaczej.

Czytaj też: Newralgiczny przesmyk suwalski. Europejska pięta Achillesa

Stare wojsko, nowe wojsko, wspólny pies

Kuchnia i stołówka to już głęboki kontrast z internetową stroną faktów o podlaskim zgrupowaniu. Innym jest mieszkanie. W Kolnie nie ma namiotów (już nie ma?), są za to pachnące nowością, klimatyzowane i ogrzewane kontenery, w których żołnierze śpią po czterech na podwójnych piętrowych pryczach. Miejsca wolnego nie ma wiele, ale życie na takich zgrupowaniach i tak toczy się głównie poza obozowiskiem.

Kontenery mieszkalneMarek Świerczyński/PolitykaKontenery mieszkalne

Widziałem zarówno żołnierzy czyszczących broń, jak i niemal plażujących w słońcu przed swoimi kontenerami. Inni pilnie ćwiczyli musztrę na placu. Co to za jedni? To nie nasi, usłyszałem, to świeży narybek nowo powstającej 1. Dywizji, zrekrutowany w ramach dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. Trzy grupy mozolnie trenowały zakładanie i ściąganie beretów do przysięgi. „Stare wojsko” nie za bardzo się nimi przejmowało, ale i nie odnotowało żadnych konfliktów mimo stacjonowania w jednym obozowisku.

Musztra w obozwisku w KolnieMarek Świerczyński/PolitykaMusztra w obozwisku w Kolnie

Wspólny jest pies, rasy podobnej do owczarka. Był tu, zanim przyszło wojsko, ale się z nim zaprzyjaźnił. Poza pilnowaniem musztry i obszczekiwaniem maszerujących upodobał sobie mobilny kontener dowodzenia. Albo wie, że może tam liczyć na lepsze kąski, albo po prostu lubi jego cień. Żołnierze oprócz cienia mają klimatyzację, nie tylko w mieszkalnych kontenerach, ale i na siłowniach.

Czytaj też: Incydent w Przewodowie i co dalej? Cztery bolesne lekcje dla PiS

Kontenery do spania, siłownia w namiotach

Duże namioty z przyrządami do ćwiczeń są dwa. W jednym hantle, sztangi i inne przyrządy, z tyłu hali strefa bokserska. Akurat trzech mocno spoconych żołnierzy ćwiczy coś w stylu MMA, pokrzykując i wymieniając ciosy. W drugim namiocie strefa cardio – bieżnie i rowery, też na miękkiej modułowej podłodze i też z klimą. Biegać można i po terenie bazy, i poza nią, ale pod dachem można to robić nocą i w deszczu. Luksus. Jak słyszę, sprzęt należy do wojska i pozostanie tu dla 1. Dywizji Piechoty.

Największe zaskoczenie to pralnia. Też kontenerowa, ale naprawdę olbrzymia, lśniąca nowością, pachnąca środkami piorącymi znanymi z cywila. Każdy żołnierz dostaje półprzezroczysty worek, w który pakuje brudną odzież – od munduru po skarpety. Oddaje to do prania i czeka. W tym czasie kilkuosobowa załoga zautomatyzowanej pralni wrzuca wszystko do pralek, potem do suszarek, a na końcu każdy zestaw prasuje (!), oddając czysty, suchy i ciepły. Żołnierz esemesem otrzymuje powiadomienie, że jego pranie jest do odbioru. Wielu użytkowników pralni komercyjnych pozazdrościłoby takiego systemu.

Oczywiście taka pralnia nie stanie w lesie. Potrzebuje zasilania, zaopatrzenia w czystą wodę i odbioru wody brudnej – wszystko z miękkich gumowych zbiorników rozłożonych na betonie. Ale jest w stanie obsłużyć nie tylko kilkuset żołnierzy w tymczasowej bazie w Kolnie. Reszta to kwestia zorganizowania systemu dowozu i wywozu, co może zabierać jakiś czas.

Na tle tej pralni mniej dziwią już różowe i niebieskie toalety (bez podziału na damską i męską część personelu), namiotowa świetlica z olbrzymim ekranem czy kontenerowe zmywaki dla wsparcia kuchni. Wszystkie te pojazdy i instalacje logistyczne wydają się przy tym nowe, a w każdym razie nie widać na nich śladów zużycia.

Czytaj też: Radom Air Show. Megapiknik z lotnictwem w tle

Toalety w KolnieMarek Świerczyński/PolitykaToalety w Kolnie

To nie są ćwiczenia

Kontenery mieszkalne, co przyznają żołnierze, docierają wprost od producenta. To pewnie dowód na przyspieszoną akcję inwestycyjną, być może po negatywnych publikacjach medialnych. Ale gen. Mikołajczak uważa, że wcale nie chodzi o zapewnianie każdemu wszystkiego: – To nie tylko egzamin naszych wspólnych zdolności bojowych, ale również możliwości poszczególnych żołnierzy.

Nie skupiamy się na rozwijaniu logistyki – podkreśla gen. Mikołajczak. – To nie miałoby żadnego sensu w warunkach sprawdzianu bojowego. Tu sytuacja jest taka, że jest potencjalne zagrożenie, gdzieś tam się tli, i w jego kontekście sprawdzamy swoją gotowość i jedziemy, po prostu. Mierzymy czas i patrzymy, czy jesteśmy gotowi do odparcia agresji. A logistyka jedzie za nami. Może być szybsza, wolniejsza, ale jest skuteczna.

Generał przywołuje też przykłady wojenne – okopy i ziemianki, których dziś w Polsce nikt nikomu nie każe kopać i w nich żyć, nawet przez kilka dni. To skrajność, przyznaje oficer, którą społeczeństwu trudno byłoby przyjąć do wiadomości. Ale realia wojny są, jakie są, i kto wie, jakie jeszcze uciążliwości wojsko spotkają, by się do nich przygotować.

Czytaj też: Prezydent planuje dużą zmianę w wojsku. To zły czas

Misja, tylko że w kraju

Bo to zgrupowanie ma być jak misja, tyle że w kraju. Nie bez powodu przed bramą obozowiska stoi znany z Afganistanu czy Iraku słup z kierunkami i odległościami: „Łomża 30 km, Siemiatycze 122 km, Ciechanów 106 km, Białystok 90 km”. Wszystko mniej lub bardziej pokrywa się z przyszłym rozmieszczeniem jednostek 1. Dywizji i dzisiejszym, olbrzymim obszarem odpowiedzialności zgrupowania Podlasie.

Żołnierze niewiele mówią o tym, jak tymi niewielkimi siłami „ogarniają” taki teren. Chwalą jednak to, że wychodzą po prostu na pole, w las, do wioski i miasteczka. Czasem budząc popłoch, choć dziś już mniejszy niż na początku. Oddział CIMIC, odpowiedzialny za relacje wojskowo-cywilne, zawsze dzwoni, uzgadnia, ostrzega, że wojsko będzie na jakimś terenie. W tę komunikację zaangażowane są lokalne władze, strażacy, leśnicy, nawet księża. Wciąż zdarza się napotkać zszokowanych grzybiarzy. Ale w odróżnieniu od ćwiczeń na poligonie to oni są u siebie, a wojsko w gościnie.

Czytaj też: Duda rozbija generalską kumulację. Kto dostał wężyk, kto gwiazdkę

Zapoznanie z terenem, lokalnymi warunkami, ludnością na ścianie wschodniej jest bezcenne – mówią żołnierze i ich dowódcy. Nawet odwiedziny w legendarnej już Biedronce w Kolnie są dla obu stron istotne. Mieszkańcy niewielkiego miasteczka nagle mają kilkuset nowych sąsiadów w mundurach – i co tu dużo kryć, też z ich pieniędzmi. Żołnierze, głównie z zachodu Polski, poznają nowe realia, w których muszą się odnaleźć mimo trudności.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną