Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Czterej pancerni i Abrams. Polski pluton strzela po raz pierwszy

Polscy czołgiści dosiedli właśnie najcięższych pancernych rumaków. Ale wcale na nich nie szarżują, raczej strzelają z ukrycia. Nowa Dęba na Podkarpaciu, 18 stycznia 2024 r. Polscy czołgiści dosiedli właśnie najcięższych pancernych rumaków. Ale wcale na nich nie szarżują, raczej strzelają z ukrycia. Nowa Dęba na Podkarpaciu, 18 stycznia 2024 r. Marek Świerczyński / Polityka
Polscy czołgiści dosiedli właśnie najcięższych pancernych rumaków. Ale wcale na nich nie szarżują, raczej strzelają z ukrycia. Obsługi tych śmiercionośnych maszyn uczą polskich czołgistów oczywiście Amerykanie.

Czołgi stoją w kolejce. Co jakiś czas z poligonowej wieży dowodzenia szybko wjeżdżają na stanowisko ogniowe i zaczynają strzelać. Z armaty głównej, ze sprzężonego z nią karabinu maszynowego, z zamontowanej na wieży „pięćdziesiątki” browninga. Stanowisk jest kilka, ale i tak wygląda to nie jak szarża kawalerii pancernej, a jak poczekalnia na strzelnicy. Bo tym właśnie jest certyfikacja ogniowa pierwszych plutonów pierwszej kompanii polskich abramsów, najcięższych i największych, a zdaniem wielu też najlepszych czołgów w NATO.

Zielone (polskie) i piaskoworóżowe (amerykańskie) abramsy po raz pierwszy razem przechodzą taki sprawdzian. Ale oczywiście dla naszych czołgistów jest on czymś naprawdę nowym. Pokazuje też, że pomimo wielokrotnego ogłaszania zakupu tych czołgów przez polityków budowa polskiej dywizji pancernej wyposażonej w abramsy jest na początkowym etapie – plutonu i kompanii. Minie jeszcze wiele lat, zanim w gotowości bojowej na bramie brzeskiej stanie pierwsza brygada i cała dywizja. Nawet na pierwszy batalion abramsów trzeba będzie poczekać jeszcze rok.

Czytaj też: Propaganda PiS kontra wojskowa rzeczywistość

Abramsy. Ciężkie, ale żwawe

Sama dostawa sprzętu dla niego jeszcze się nie zakończyła. Po najnowszym transporcie w Polsce jest 69 czołgów M1A1 Abrams kupionych zaledwie rok temu „na szybko” przez MON, który skorzystał z okazji. Zostały świeżo wycofane z batalionów US Marines. 116 sztuk, czyli tyle, ile trzeba dla dwóch batalionów w polskiej kompletacji, kosztowało Polskę 1,4 mld dol., z czego większość pochłonęły przeglądy i naprawy wozów: nie tkwiły latami na pustyni, ale też nie należą do najnowszej generacji. Mają mniej więcej po 12–14 lat, choć ich „liczniki” zostały wyzerowane, a wyposażenie przywrócone do stanu wyjściowego na tyle, na ile się da.

W każdym razie większość dostarczonego sprzętu nadal jest w „buforze”, jaki stanowi podpoznańska Akademia Abrams na poligonie w Biedrusku (zorganizowana z udziałem US Army i producenta, firmy General Dynamics Land Systems). Tam trafiają wozy wyładowane w portach w celu rozkonserwowania (tym zajmują się zakłady WZMot z grupy PGZ), instalacji polskich urządzeń łączności i dla szkoleń zapoznawczych nowych załóg. Mija dobrych kilka tygodni, zanim trafią do 1. Warszawskiej Brygady Pancernej, która czeka wciąż na skompletowanie pierwszego batalionu. Ale nie bezczynnie.

Właśnie teraz, w styczniu, amerykańskie czołgi z żółtą syrenką na wieżach mogły po raz pierwszy zbiorowo postrzelać w Nowej Dębie na Podkarpaciu. Co oznacza, że wojska pancerne i zmechanizowane praktycznie już wchodzą w nowy etap modernizacji – przesiadkę na abramsy. Ściślej: to jeden z dwóch toczących się równolegle etapów modernizacji, bo do jednostek w północnej Polsce zaczynają trafiać koreańskie czołgi K2. MON za czasów Mariusza Błaszczaka mówił o zamówieniu aż 1000, ale kontrakt podpisał na ledwie 180, z perspektywą produkcji ponad 500 sztuk w Polsce. Zmiana władzy zmieniła oficjalną ocenę sensowności dalekowschodniego pakietu. Na tym tle Amerykanie mają dużo pewniejszą pozycję. Obie umowy na abramsy – aż 366 sztuk w wersji używanej i nowej – są podpisane i czekają na wykonanie, bo o żadnej produkcji w Polsce nie ma mowy (serwis, owszem). Paradoksem niespójności polskiej polityki obronnej i przemysłowej wydaje się to, że zamówienie z półki i z magazynu jest pewniejsze w wykonaniu niż to powiązane z produkcją w krajowych fabrykach.

Amerykanie czują się też pewniej pod względem kontraktów. O ile koreańskich K2 poza Polską w Europie nie ma (w Norwegii przegrały z niemieckimi leopardami), o tyle abramsy są podstawą sił pancernych US Army, które z kolei są kluczowe dla planów obronnych na wschodniej flance NATO. Sił tych nie ma wiele, ale czołg Abrams jest ich symbolem – z historią zwycięstwa nad sowieckim sprzętem w wojnie w Zatoce, jedynego do tej pory starcia na skalę przypominającą bitwę powietrzno-lądową, do jakiej wojska NATO przygotowywały się w czasie zimnej wojny.

Abrams oczywiście nie jest niepokonany i zdarzały się przypadki niszczenia tych czołgów, ale w przekonaniu wojskowych jest wciąż maszyną najlepiej chroniącą załogę, a przy tym w pełni nadążającą za cyfrowymi i optoelektronicznymi nowinkami współczesnego pola walki. Na te nowe, w pełni cyfrowe abramsy Polska jeszcze poczeka, na razie zadowala się analogowymi, ale i tak stanowiącymi przełom wystarczający, by wywołać „efekt wow”. 70-tonowe kolosy świszczące lotniczym silnikiem to różnica choćby z tego powodu, że nikt poza Polską i Amerykanami w Europie ich nie ma.

Czołgi stoją w kolejce. Co jakiś czas, dyktowany rozkazami z poligonowej wieży dowodzenia, szybko wjeżdżają na stanowisko ogniowe i zaczynają strzelać. Nowa Dęba na Podkarpaciu, 18 stycznia 2024 r.Marek Świerczyński/PolitykaCzołgi stoją w kolejce. Co jakiś czas, dyktowany rozkazami z poligonowej wieży dowodzenia, szybko wjeżdżają na stanowisko ogniowe i zaczynają strzelać. Nowa Dęba na Podkarpaciu, 18 stycznia 2024 r.

Wyposażone w turbinę gazową na paliwo lotnicze abramsy rzecz jasna nie latają, ale w terenie są niezwykle żwawe. Choć na efekt turbo trzeba chwilkę poczekać, tak jak w samochodzie. Zapewne też obecność cywilów w odblaskowych kamizelkach nie pozwalała załogom dojeżdżającym do stanowisk ogniowych rozwinąć pełnej szybkości. No i jeszcze ta kolejka do strzelania...

Gdy jednak nadchodzi czas oddania testowych strzałów, wszystko dzieje się w kilkadziesiąt sekund. Stopery na wieży kontroli włączane są w momencie wydania komendy do znalezienia celu. Wtedy z piasku poligonu wyskakują sklejkowe imitacje czołgów, wozów opancerzonych czy stanowisk okopanej piechoty. Załoga ma sekundy na wykrycie i zidentyfikowanie celu, wybór uzbrojenia do jego porażenia, załadowanie broni, nastawienie urządzeń celowniczych (robi to komputer) i oddanie strzału. Różne cele wymagają różnej amunicji – dowódca przez interkom instruuje działonowego, czy strzelać na półtora kilometra sabotem (pociskiem penetrującym) do czołgu, czy HE (odłamkowo-burzącym) na kilometr do celu „miękkiego”.

Czasem wystarczy seria z karabinu wmontowanego w wieżę czy też obrotowej „pięćdziesiątki” na górze. Liczy się czas, precyzja trafienia, sprawność zajęcia pozycji ogniowej i tempo ucieczki. A także sposób i trafność komunikacji w załodze. Wszystko jest podsłuchiwane, wszystko widać na ekranach dowódców szkolenia. Szkolenie to również błędy, wpadki, poprawki – wszystko korygowane na żywo. Dlatego jedne czołgi wykonują zadania nieco ślamazarnie, a inne strzelają z armaty niczym z karabinu, co nie znaczy, że całkiem celnie. Huk raz jest więc sporadyczny, innym razem padają ogłuszające serie. Z odległości 10 m od strzelającego abramsa każdy nabiera pokory wobec wyobrażonych rezultatów ognia „na drugim końcu”. Od samego słuchania ma się człowiek ochotę poddać.

Czytaj też: Abramsy przeszły Wisłę. Manewry w wojennym czasie

Śmiercionośne komendy w sekundy

Obsługi tych śmiercionośnych maszyn uczą polskich czołgistów oczywiście Amerykanie. Ale w odróżnieniu od odgórnie zaplanowanego i zorganizowanego szkolenia w Poznaniu to, co dzieje się w Nowej Dębie, to niejako „inicjatywa oddolna”. Jak tłumaczył mi oficer z Old Ironsides, czyli 1. Dywizji Pancernej US Army, dostawy abramsów dla Polski zostały dostrzeżone z jednej strony jako szansa urozmaicenia rotacyjnego pobytu amerykańskiej ciężkiej brygady (trwającego dziewięć miesięcy), a z drugiej jako zwiększenie wkładu w bezpieczeństwo naszego kraju i całej wschodniej flanki NATO. Po decyzji o zakupie abramsów i pojawieniu się w Polsce pierwszych egzemplarzy batalion ze stacjonującej na zachodzie kraju brygady został skierowany na wschód, za Wisłę, właśnie na podkarpacki poligon.

Od lipca zeszłego roku kilkuset żołnierzy kawalerii pancernej USA zaznajamia, przygotowuje, objaśnia i pokazuje w praktyce, jak okiełznać najcięższe czołgi świata. I – jak zapewniał mój rozmówca – w ciągu zaledwie kilku miesięcy polscy czołgiści pokazują niesamowite postępy. Częściowo zapewne dlatego, że są w tym fachu doświadczeni. 90 proc. tych, którzy wsiadają do abramsów, szkoliło się na poprzedniej chlubie polskich pancerniaków – leopardach – a niektórzy pamiętają jeszcze wozy radzieckiej konstrukcji. – To unikatowe w skali NATO doświadczenie, które warto będzie też przekazać innym w czasie wielkiego przezbrojenia na wschodniej flance – zgadza się oficer prasowy 1. Brygady kpt Jacek Piotrowski. Szczególnie że Polska jest poligonem doświadczalnym nie tylko dla leopardów i abramsów, ale również K2.

Ale na razie pierwszoplanowym zadaniem brygady jest opanowanie amerykańskich czołgów, ich obsługi, taktyki, procedur i nowego środowiska dla załóg. Przejście z leopardów ułatwia sprawę o tyle, że tak jak w niemieckim czołgu jest czterech załogantów. Konstrukcja abramsa jest tradycyjna, bez automatu ładowania (który np. posiada koreański K2). Stąd z wozu wychodzi do mnie „czterech pancernych”, choć wcale nie umorusanych, w czystych zielonych „śpiochach” i bez czarnych hełmofonów. Strzelali już poprzedniego dnia, więc teraz mają powtórkę.

Starszy kapral, dowódca wozu, nachwalić się abramsa nie może, ale szczery do bólu dwumetrowy działonowy nieco narzeka, że w leopardzie łatwiej się mieścił. Kierowca recenzuje, że w turbinie czuje „turbodziurę”, ale prawdziwym cudem jest pełen automat skrzyni biegów i pełna moc „odrzutowego” napędu. Oczywiście ma to i wady, czołg nieziemsko grzeje się od tyłu. Za to jest w środku lepiej wygłuszony od tradycyjnych diesli. Najlepiej jest na wieży, gdzie dowódca i działonowy mają zdwojone przyrządy celownicze, co ułatwia im wynajdywanie i zwalczanie celów. Mają podzielony między siebie obszar obserwacji, a każdy może wskazywać zagrożenie. To tzw. hunter-killer. Ostateczna decyzja, gdzie i czym strzelać, należy do dowódcy. Komendy są krótkie, konkretne. Co ciekawe, amerykańscy instruktorzy wcale nie narzucają angielskich, a sami uczą się polskich słów kluczy, by lepiej wczuć się w klimat komunikacji w polskiej wieży abramsa. Tu też, jak na szkoleniu, wymiana tych śmiercionośnych haseł to kwestia sekund. Dlatego nie warto tracić czasu na tłumaczenie.

Kongresmeni USA: Sprzedać Polsce abramsy, odstraszyć Rosję

Czołgi nie szarżują jak na filmach

W ogóle adaptowanie do dzisiejszych realiów potocznych pojęć znanych z nie całkiem kompetentnych opisów działania kawalerii jest średnim pomysłem. Abramsy się głównie chowają, najlepiej za górką usypaną z piasku poligonu. Typowe stanowisko ogniowe czołgu to dziura w ziemi, przygotowana przez saperów lub wykopana przez załogę (czasem łopatami). Z takiej zamaskowanej dziury wystaje tylko czubek – wcale nie lufy, a przyrządów obserwacyjno-celowniczych. Czołg to taki przyczajony tygrys i ukryty smok. Gdy wypełza, to po to, by opluć ogniem, przebić rozgrzaną do białości wolframową strzałą. Ale zaraz się cofa.

Czołgi też się boją, zwłaszcza ognia z góry – zdradzieckich małych dronów, kąśliwych pocisków przeciwpancernych, deszczu kasetowych bomb lotniczych. Nawet Izrael montuje już na potężnych merkavach antydronowe daszki, które dwa lata temu były pośmiewiskiem na rosyjskich czołgach, rozstrzeliwanych w Ukrainie uderzeniami z góry. Na polskich abramsach (ani żadnych innych czołgach) daszki jeszcze się nie pojawiły, ale przy tempie rozwoju mikrodronów kamikadze może to być kwestia czasu. Może też rozwiązaniem będą systemy aktywnej obrony, których również na razie nie ma. Czołgi, choć dopiero co dostarczone, już mają przed sobą perspektywę modyfikacji i unowocześnień.

Ale zanim nabiorą rzeźby, muszą nabrać masy. Pierwsza kompania abramsów, która do wiosny ma przejść certyfikację, będzie jedną z 26 planowanych w polskiej armii. To znaczy, że takich cyklów będzie jeszcze na lata, a jednocześnie kompanie będą zgrywane w bataliony, a bataliony w brygady.

1. Warszawska Brygada Pancerna ma być docelowo najpotężniejszą w siłach pancernych NATO, z czterema batalionami czołgów. Obecnie to 232 czołgi i wszystkie mają być najcięższymi w NATO abramsami. Co prawda w Sztabie Generalnym jest rozważany pomysł odchudzenia batalionów z 58 do 44 wozów, ale nawet po wprowadzeniu tych zmian porównywalnej siły pancernej trudno będzie szukać we wschodniej Europie. Niezależnie jednak od tego, czy będzie to liczba 232 czy 176, na razie brygada zaczęła certyfikację pierwszych 14 czołgów, co pokazuje zarówno przesadę haseł o budowie „najsilniejszej armii lądowej w Europie”, jak i niezbędność kontynuacji tego procesu, by te hasła choć częściowo się spełniły.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną