Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Teatr w Sejmie. Mariusz Kamiński wie, jak „robić zasięgi” przed wyborami do PE

Mariusz Kamiński zeznaje przed sejmową komisją śledczą ds. wyborów kopertowych. Mariusz Kamiński zeznaje przed sejmową komisją śledczą ds. wyborów kopertowych. Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl
Telewizyjna relacja z przesłuchań przed komisją śledczą prowokuje do spektakularnych zachowań. Tak było i tym razem. Mariusz Kamiński nie zrobił efektownego entré, więc pozostało mu tylko sortie, czyli wyjście.

Sejmowa komisja śledcza do sprawy tzw. wyborów kopertowych przesłuchiwała na wtorkowym posiedzeniu dwóch świadków: Macieja Biernata (byłego prezesa Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych) oraz właśnie Mariusza Kamińskiego, byłego ministra spraw wewnętrznych i administracji oraz koordynatora służb specjalnych. Ten pierwszy zeznał o tym drugim, że jego udział w organizacji wyborów kopertowych „był znikomy”, ograniczony do spraw technicznych, takich jak np. forma karty do głosowania. Ostateczne zlecenie druku słynnych „pakietów wyborczych” pochodziło od samego premiera Morawieckiego.

Podroczyć się można, gdy pracują kamery

Z przesłuchania wynikało, że całe przedsięwzięcie drukarsko-polityczne było gorącym kartoflem, który rząd przerzucał sobie z PWPW i Pocztą Polską. Kartofel odrzucił również Mariusz Kamiński, który, jak sam zeznał, niby umowy z PWPW nie podpisał (bo nie znał kosztów), ale dał na jej podpisanie promesę. Teraz urzędnicy, jak widać, grają w berka: „kto podpisał przyjęcie zlecenia na druk, ten berek”. Nie jestem pewien, czy to wszystko naprawdę jest jeszcze ważne. Chętniej posłuchałbym obrad komisji poświęconej Orlenowi, ale jakoś nie chcą jej dla mnie powołać.

Komisja ds. wyborów kopertowych nie jest bardzo pasjonującym widowiskiem, niemniej przebojem wtorkowych obrad były scysje przewodniczącego Dariusza Jońskiego z Mariuszem Kamińskim, z towarzyszeniem pokrzykiwań Przemysława Czarnka. Kamiński, jak wiemy, wciąż uważa się za posła, więc nieuniknione są docinki i przygryzki w tej sprawie. I tak też było. Joński przypomniał o wygaśnięciu mandatu Kamińskiego w momencie uprawomocnienia się wyroku skazującego go na pozbawienie wolności, a tenże odparł na to, że Sąd Najwyższy postanowienie marszałka Sejmu o wygaśnięciu mandatu uchylił, na co ma tutaj papier.

Niestety nie jest to prawdą, jak wynika z oddalenia odwołania Kamińskiego w sprawie wygaśnięcia jego mandatu przez Izbę Pracy i Ubezpieczeń Społecznych SN. Miało to miejsce w styczniu, a w lutym SN ogłosił uzasadnienie swojego postanowienia. Minęło już więc wystarczająco dużo czasu, aby ochłonąć, i zapewne sam Kamiński zrozumiał nareszcie, że nie jest posłem, niemniej podroczyć się zawsze można. Zwłaszcza gdy pracują kamery. W sumie bycie posłem „w sensie moralnym” znaczy dla wyborców prawie tyle, co bycie posłem w sensie dosłownym. W polityce liczą się bowiem symbole i chęci szczere.

Jest pan świnią!

Telewizyjna relacja z przesłuchań prowokuje do spektakularnych zachowań. Tak było i tym razem. Kamiński nie zrobił efektownego entré, więc pozostało mu tylko sortie, czyli wyjście. Czy spektakularne? Chodziło o alkohol, czyli temat drażliwy. Dariusz Joński zapytał, całkiem przytomnie w kontekście rewelacji Michała Wypija, czy podczas spotkania w willi premiera Morawieckiego Kamiński był pod wpływem środków lub substancji odurzających, to znaczy, czy był trzeźwy. Zwyczajnie człowiek tak zapytany pewnie by się zdziwił i albo z rozbawieniem odrzekł, że „w żadnym wypadku”, albo najwyżej się nieco żachnął.

Ale nie Mariusz Kamiński, on ni mniej, ni więcej, tylko odparł, że Joński jest świnia („Jest pan świnią”), po czym opuścił salę. Nie utraciwszy rezonu, niezbity z pantałyku Dariusz Joński oświadczył, że świadek nie miał prawa opuścić posiedzenia i jego zachowanie zostanie odnotowane w protokole. Wcześniej już na prośbę przewodniczącego zapisano w tych wieczystych annałach, że pan Kamiński podaje się za kogoś, kim nie jest, a mianowicie za posła na Sejm. Oczywiście, skoro świadek się oddalił, trzeba było zarządzić przerwę.

Niefrasobliwy Kaczyński

Po wyjściu z sali Kamiński poskarżył się dziennikarzom, że go na przesłuchaniu znieważono, a następnie powrócił i zażądał wykluczenia posła Jońskiego z obrad, który to wniosek, rzecz jasna, przepadł. Kamiński uskarżał się przy tym, że „padły znieważające słowa”, że „tego nie można tolerować, to jest sprzeczne z prawem”.

Dla jasności musimy sobie powiedzieć, że złośliwe i deprecjonujące pytania najwyżej są niekulturalne, lecz nie są niezgodne z prawem. Jednakże akurat pytanie Jońskiego nie należało do tej kategorii. Pytanie o trzeźwość można i należy zadać osobie, co do której zachodzi silne i uzasadnione podejrzenie, że mogła działać pod wpływem alkoholu. A w przypadku Kamińskiego takie podejrzenie zachodzi – choćby po wypowiedzi Michała Wypija. Zresztą było już wiele innych skandali dających powody do zdjęcia Kamińskiego z jego funkcji (na czele ze sprawą, która zaprowadziła go w końcu do aresztu).

Było coś przerażającego w niefrasobliwości Jarosława Kaczyńskiego, który uparcie trzymał go na stanowisku szefa służb. Skrajna nieodpowiedzialność, a jednocześnie potwarz dla oficerów służb, którzy nie mogli ufać swojemu najwyższemu przełożonemu.

Pojedynek wygrał Joński

Nie wiemy, co wydarzyło się w ciągu tych kilkunastu minut przerwy w obradach. Jakoś się musiano jednakże dogadać, bo Kamiński pewnie nie wróciłby tak po prostu wystraszony czekającą go karą pieniężną za samowolne oddalenie się. W końcu taki powrót to porażka. Uzyskał jednak tyle, że pytanie o trzeźwość już nie padło, a w jego miejsce Joński domagał się odpowiedzi, czy Kamiński groził posłom Porozumienia i zastraszał ich w czasie zebrania na Parkowej. Kamiński godnościowo wykręcał się od odpowiedzi, lecz w końcu jej udzielił: „oczywiście, że nie”. To bynajmniej nie zamyka sprawy i zgodnie z zapowiedzią Jońskiego można się spodziewać konfrontacji Wypija z Kamińskim. A słynne spotkanie sprzed czterech lat z pewnością powróci w zeznaniach innych jego uczestników. I mogą to być zeznania dla Kamińskiego bardzo niewygodne.

Pojedynek Joński–Kamiński zdecydowanie wygrał ten pierwszy. Zachował spokój i determinację, a jednocześnie bardzo pilnował procedury. Politycznie zyskał, kolejny raz udowadniając, że ma nerwy ze stali i nadaje się do swojej roli. Jednak Kamiński też coś zyskał. Znów pokazał bowiem ten rys swojego charakteru i sposobu bycia, który zapewnił mu zaufanie Kaczyńskiego i utrzymanie się na stanowisku, które, jak mogłoby się wydawać, kilkakrotnie po prostu musiał stracić.

Kamiński do Brukseli?

Kamiński jest mianowicie bardzo spokojny i pewny siebie, a jego sposób mówienia odznacza się otwartością, sugerującą głęboką uczciwość. Gdyby nie nasza wiedza o nielegalnych podsłuchach i nielegalnych prowokacjach kierowanych przez Kamińskiego, musielibyśmy temu człowiekowi wierzyć – taką ma w sobie siłę przekonywania i powagę. Niestety, jest już za późno. Osobista charyzma i zatroskany (o prawdę i o Polskę, jak mniemamy) głos już mu nie pomogą. Nad głową najsmutniejszego ze smutnych panów kłębią się czarne chmury.

W środę tymczasem Mariusz Kamiński w RMF FM powiedział, że nie wyklucza startu w wyborach do Brukseli. „Jeżeli taka oferta zostanie potwierdzona przez kierownictwo PiS, to ją przyjmę, nie chcę pozwolić wyeliminować się z życia publicznego”.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną