Żelazny Obrońca. Pokaz siły czy na siłę? To mają być tego roku największe manewry w Polsce
Żelazny Obrońca. Pokaz siły czy na siłę? To mają być największe manewry w tym roku w Polsce
Wczesną jesienią na poligonach i poza nimi znowu zaroi się od wojska. Jak ogłosił resort obrony na dorocznej odprawie rozliczeniowo-zadaniowej sił zbrojnych, ich najważniejszym przedsięwzięciem szkoleniowym w tym roku będą manewry Żelazny Obrońca, pierwsze od wielu lat ćwiczenia szczebla dywizji, a więc w pełni samodzielnego, dużego związku taktycznego, zdolnego do walki na dużych przestrzeniach i znacznych odległościach. W dodatku, jak anonsowali minister obrony i szef sztabu generalnego, ma to być pierwszy tej skali test integracji nowo kupowanego sprzętu i uzbrojenia, często o takich cechach, jakich wcześniej do dyspozycji Wojsko Polskie nigdy nie miało. Żelazność w kryptonimie tego obrońcy nie jest przypadkowa i nie chodzi tylko o oczywiste skojarzenia z siłą, odpornością i niezłomnością. Główną formacją ćwiczącą będzie 18. Dywizja Zmechanizowana, powołana w 2018 r. i wciąż uzupełniana o potrzebne jej komponenty, sprzęt i ludzi, ale już nazywana najsilniejszą w wojskach lądowych, mającą strzec wschodnich rubieży kraju od Warszawy mniej więcej do Lublina i Białegostoku. Dywizja ta nosi miano Żelaznej, wprost nawiązujące do 18. Dywizji Piechoty – zasłużonej w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920, ale rozbitej przez Niemców w 1939 r. nad Narwią.
Czytaj też: Dlaczego najwyżsi generałowie powiedzieli „dość!”. I wymierzyli cios w narrację PiS
Jak powstała Żelazna Dywizja
Żelazna Dywizja była pierwszym i jest najbardziej znanym krokiem dokonanym przez poprzedni rząd w zadeklarowanej rozbudowie struktur armii, choć w dużej mierze polegało on na innym poukładaniu istniejących już komponentów i uzupełnieniu ich o jednostki potrzebne, by dywizja była samodzielna. Gdy PiS przejmowało rządy, Wojska Lądowe składały się z trzech dywizji, ale posiadały też wydzielone jednostki „centralnego podporządkowania”, a ogólnie przyjęta struktura „trójkowa” (trzech brygad z trzema batalionami w każdej dywizji) też nie była w pełni zachowana. Była to spuścizna reform z lat ubiegłych, polegających głównie na zmniejszaniu struktur, głównie dowodzenia. Pod hasłem ich rozbudowy dokonana została operacja odwrotna – Mariusz Błaszczak ustanowił dowództwo dywizji w Siedlcach i stopniowo przekazywał w jego podporządkowanie istniejące i silne jednostki: najpierw 21. Brygadę Strzelców Podhalańskich, później 1. Warszawską Brygadę Pancerną. Drugim etapem było powołanie nowej, 19. Brygady Zmechanizowanej w Lublinie, a ponieważ struktura miała być teraz „czwórkowa”, pod sam koniec rządów Błaszczak nakazał sformować 18. Brygadę Zmotoryzowaną w Poniatowej, by Żelazna dywizja miała cztery brygady, po cztery bataliony w każdej. Formując dyrektywę obrony na granicy i zarzucając poprzednikom zamiar oddania połaci kraju na wschód od Wisły, Błaszczak nakazał by najcięższy i najnowocześniejszy sprzęt trafiał właśnie tam, gdzie potencjalny przeciwnik – wojska rosyjskie operujące z Białorusi – miały najbliżej do Warszawy. Symbolem tego „żelaznego” przekazu było pojawienie się pod Warszawą przeniesionych z zachodniej Polski leopardów, a potem amerykańskich abramsów – najcięższego „żelaza”, jakim Wojsko Polskie dysponuje.
Ale czołgi to nie wszystko. „Żelazna” jako pierwsza dostała do tworzonego od podstaw pułku artylerii w Nowej Dębie np. koreańskie wyrzutnie rakiet Chunmoo (polska nazwa Homar-K). To zupełnie nowy sprzęt i nieporównywalny pod względem możliwości (zasięgu, siły ognia, precyzji rażenia) z czymkolwiek będącym w uzbrojeniu wcześniej. Również tam trafił nowatorski system rozpoznawczo-uderzeniowy polskiej produkcji (Grupy WB) Gladius. To połączenie dużego zasięgu dronów mogących wykrywać cele i naprowadzać ogień artylerii, a gdy trzeba uderzać samodzielnie na cele szczególnie ważne, które mogą gdzieś umknąć lub się schować. W połączeniu koreańskie rakiety i polskie drony tworzą unikatowe w Wojsku Polskim zdolności „deep strike” – głębokich uderzeń pozwalających na kształtowanie pola walki na potrzeby dowódcy dywizji. Nie są to więc systemy „okopowe”, do walki w bliskim kontakcie, a przeznaczone do oddziaływania na znaczne siły przeciwnika na dużych dystansach. Jak dużych? Teoretycznie nawet do 300 km, bo na takie strzelanie pozwalają pociski o największym zasięgu. Ale tego rodzaju ogień to dla dywizji wyjątek, dużo bardziej przydatne są rakiety o zasięgu kilkudziesięciu kilometrów i trafieniu z dokładnością do kilku metrów. To i tak dwa razy więcej niż artyleria rakietowa wcześniejszej generacji, która strzelała bliżej i trafiała „na oko”, w obszar, a nie w konkretny punkt. Tej zmiany trzeba się uczyć, nawet nie tyle w praktycznym strzelaniu, co w doktrynalnym, operacyjnym zastosowaniu. Wojskowemu myśleniu z wykorzystaniem nowych zdolności służą dużej skali ćwiczenia jak zapowiedziany Żelazny Obrońca.
Czytaj też: PiS zaplanował niewyobrażalne pieniądze na zbrojenia. Czy można zrobić to mądrzej?
Żelazny Obrońca w akcji
Mimo że 18. Dywizja to związek taktyczny wojsk lądowych, ma na swoim wyposażeniu jeden z najnowocześniejszych systemów obrony powietrznej. „Mała Narew”, czyli pilotażowy projekt przeciwlotniczego składaka z polskich, brytyjskich i włoskich komponentów, trafiła jako pierwsza do 18. pułku w Zamościu, a przez pewien czas rozstawiona była nawet w Warszawie na lotnisku Bemowo. Prowadziła też pierwsze strzelania na poligonie w Ustce. Lądowo-powietrzna fuzja systemów obronnych to wstęp do koncepcji walki wielodomenowej, zapewniającej – w teorii – pokonanie przeciwnika we wszystkich wymiarach i obszarach pola walki: na ziemi i wodzie, w powietrzu, w niewidocznym, ale kluczowym dla łączności i dowodzenia spektrum elektromagnetycznym (w tym na cybernetycznych łączach), w rozpoznaniu i komunikacji satelitarnej oraz tzw. domenie kognitywnej – oddziaływaniu informacyjnym, dezinformacyjnym i psychologicznym. To też ma wyróżniać tegorocznego Żelaznego Obrońcę – ma się on posługiwać tarczami i mieczami równie sprawnie w szarży pancernej kawalerii, uderzeniach rakietami, obronie powietrznej stanowiska dowodzenia, jak i odpieraniu ataków cybernetycznych i dezinformacyjnych na prowadzoną operację. Tak kompleksowego zadania w takiej skali siły zbrojne jeszcze nie realizowały.
W dodatku to nie ma być walka w próżni. Jak powiedział mi szef sztabu generalnego gen. Wiesław Kukuła, w ćwiczenie mają być zaangażowane niebagatelne siły tzw. opfor, czyli udające przeciwnika. To niezwykle wymagająca rola, bo część własnych wojsk w ćwiczebnych realiach ma nie tylko „walczyć” przeciwko kolegom i sojusznikom, ale też stosować taktyki, procedury – a najlepiej również wojskową technikę – właściwą przeciwnikowi. Paradoksalnie – i na szczęście – techniczne zapóźnienie części polskiej armii w tym pomaga, bo jeszcze wciąż w niektórych jednostkach zmechanizowanych i pancernych królują poradzieckie BWP-1 i czołgi na bazie T-72. Gdy wojskowy wywiad podpowie, jak obecnie używa ich rosyjska armia – a dzięki rozpowszechnieniu materiałów z wojny w Ukrainie nie musi to być nawet praca operacyjna, a odpowiednio rzetelny OSINT (analiza otwartych źródeł wywiadowczych), wojsko dostaje instruktaż jak działa przeciwnik – i jest w stanie zastosować go do szkolenia własnych wojsk w obronie. Rezultaty bywają nieoczekiwane. Wyspecjalizowany w działaniach „opfor” batalion z 2. brygady piechoty Legionów ze Złocieńca, który często podgrywa Rosjan na ćwiczeniach krajowych i sojuszniczych w Drawsku Pomorskim, jest w tym tak dobry, że… naprawdę się go boją wysyłane do takiej symulowanej „walki” pododdziały wyposażone w nawet najlepszy zachodni sprzęt. W scenariuszu Żelaznego Obrońcy oddziały rosyjskie imitować mają jednostki z 16. Dywizji Zmechanizowanej, w których też uchowały się jeszcze reszty poradzieckich czołgów i wiele innego sprzętu z minionej epoki. Polska modernizacja jest błyskawiczna i gigantyczna wyłącznie w nagłówkach – w realu bywa upiornie ślamazarna i wyspowa.
Czytaj też: Warszawa staje do wyścigu zbrojeń w regionie?
Pokaz siły, jakiego nie widzieliśmy
Ale ćwiczenie ma być wyjątkowe nie tylko z uwagi na „przeciwnika”, ale również sojuszników. Generał Kukuła zasygnalizował, że polskie manewry będą „sfederowane”, jak to się określa w aktualnej wojskowej nowomowie, z cyklem sojuszniczym, w ramach którego – po raz pierwszy – amerykańska brygada wzmocni siły NATO stacjonujące w północno-wschodniej Polsce. Ma to polegać na przerzucie lotniczym żołnierzy z USA do Powidza lub na lotniska w okolicy, przejęciu zgromadzonego tam sprzętu ciężkiego i przetransportowaniu na poligony, niekoniecznie w całości na wschód. Do tej pory w tego typu zadaniach musiano korzystać z zapasów zmagazynowanych w zachodniej Europie. Ale od kiedy działa APS, skład sprzętu i uzbrojenia w Polsce, trzeba i warto przetestować jego użycie. To powinno przyspieszyć rozmieszczenie sił i przyzwyczaić Amerykanów do tego, że mogą korzystać z intensywnie rozbudowywanej infrastruktury znacznie bliżej potencjalnego teatru działań. No a dla nas będzie to jakimś powodem do dumy, że również dzięki naszym inwestycjom najważniejsi sojusznicy mają nieco łatwiej. To nie będzie jedyny amerykański wkład. Równie istotne będzie to, że komponent lotniczy US Air Force będzie symulował polskie F-35, których jeszcze w Polsce nie ma, ale które warto uwzględniać w ćwiczeniach dużej skali. Bo są tacy, którzy twierdzą, że to nie samolot piątej generacji ma wspierać armię lądową, ale całe siły zbrojne powinny się dostosować do możliwości, jakie oferuje. Znowu – będzie to pierwszy taki test, w którym ma być sprawdzona sieciowość i połączoność tego nowatorskiego rozwiązania. Być może zobaczymy, jak z F-35 „naprowadzana” jest naziemna wyrzutnia rakiet?
Wszystko to brzmi jak pokaz siły, jakiego dawno nie widzieliśmy. Od lat emerytowani dowódcy, najgłośniej gen. Leon Komornicki, apelują o wznowienie wielkich ćwiczeń, w tym „wyprowadzanie w pole dywizji”. Czymś takim Żelazny Obrońca ma też być. Ale oficerowie młodszej generacji wskazują, że dziś nie tak się ćwiczy – są lepsze sposoby na wydanie dziesiątków milionów złotych. Były dowódca 18. Dywizji gen. Jarosław Gromadziński wskazuje, że dużo ważniejsze od „strzelanki na poligonach” są ćwiczenia dowódczo-sztabowe, w których realizuje się i testuje założenia operacyjne, a epizody z użyciem realnych sił stanowią element dodatkowy, często bardziej „na pokaz” dla zwierzchników i mediów niż dla realnej korzyści szkoleniowej, którą osiąga się na co dzień, a nie od święta i w terenie przygodnym, a nie na poligonach. Taki styl też w wojsku powszednieje. Co jakiś czas słyszymy ostrzeżenia o wzmożonym ruchu wojskowych pojazdów na drogach i szlakach kolejowych sygnalizujące, że na duże odległości przerzuca się wielkie zgrupowania, które osiadają gdzieś w terenie. Dużo mniej słychać o ćwiczeniach dowódców, które w obecnych realiach polegają w znacznej części na siedzeniu przed komputerem i kreśleniu znaków na cyfrowych mapach. Jeszcze mniej o łączeniu tego, co dzieje się na poligonach, przed komputerami i na tajnych łączach z premierem, prezydentem i innymi decydentami w systemie reagowania obronnego. Warto, by ci obrońcy też sprawdzili, jak bardzo „żelaźni” potrafią być.