Fiszerowie o katastrofie F-16 w Radomiu. Takie latanie to wielkie ryzyko. Ale czy należy zakazać pokazów?
Nieszczęśliwie to już druga katastrofa, do którego doszło w czasie przygotowań do pokazów lotniczych – 12 lipca 2024 r. mjr Robert „Killer” Jeł zginął na samolocie szkolno-bojowym M-346 Bielik, teraz śmierć poniósł doświadczony pilot mjr Maciej „Slab” Krakowian. Nie jest to jednak powód, by nie organizować pokazów lotniczych.
Latanie na samolotach bojowych jest w naturalny sposób obarczone wielkim ryzykiem. Sama konstrukcja tych maszyn została zoptymalizowana pod kątem osiągów i możliwości bojowych, bezpieczeństwo latania schodzi więc na dalszy plan. Latają ludzie z pasją, którzy mają pełną świadomość tego, co robią i jak się to może skończyć.
To, czego wymaga się od pilota w zwykłych lotach szkolnych, w treningu po wyszkoleniu i w czasie ćwiczeń, jest samo w sobie bardzo trudne i łatwo popełnić błąd, który owocuje ciężkimi konsekwencjami. Ale jeśli opanuje się takie latanie, można zadawać potencjalnemu przeciwnikowi poważne straty. Płaci się za to wielką cenę. Amerykanie przez pierwsze 20 lat eksploatacji stracili 204 egzemplarze F-16 spośród blisko 2,6 tys. używanych, czyli my powinniśmy dotąd stracić ze cztery (na 48), bo też używamy ich mniej więcej tak długo.
Czytaj też: Pierwsza katastrofa polskiego F-16. Zabrakło ułamków sekund, metrów. Lata doświadczenia nie pomogły
Kultura latania
Dlaczego w Polsce było na F-16 tak mało katastrof i wypadków? W całym lotnictwie bojowym, a szczególnie właśnie na tych samolotach, udało się wytworzyć bardzo specyficzną kulturę zawodową.