Najpierw Sławomir Mentzen dokonał politycznego ojcobójstwa, odbierając partię Januszowi Korwin-Mikkemu, a później wraz z Krzysztofem Bosakiem bez żalu dali odejść z Konfederacji Grzegorzowi Braunowi. To nie była tylko personalna rozgrywka. I Mentzen, i Bosak zauważyli, że ich profil ideowy oraz poglądy, które głoszą, w wersji light coraz mocniej zakorzeniają się w centrum debaty publicznej. A starzy liderzy nie pozwalają im politycznie kapitalizować tego fenomenu, trzymając całą formację na wizerunkowym łańcuchu dziwaków, pieniaczy i rosyjskiej agentury wpływu. Więc skutecznie ich się pozbyli.
Zmęczenie wojną w Ukrainie. Co najmniej sceptycyzm wobec skali pomocy dla Ukrainy i ukraińskich uchodźczyń w Polsce. Coraz większe wymagania wobec Unii Europejskiej i niechęć wobec konstruowanych w Brukseli polityk dotyczących klimatu albo migracji. Wszystkie powyższe postawy społeczne wyszły z politycznej niszy i zaczęły być wyrażane również przez formacje konserwatywno-liberalnego centrum. Ale przy tak przesuniętej osi sporu to Konfederacja ma przewagę wiarygodności. Wystarczyło więc, żeby nieco zniuansowała przekaz i oczyściła szeregi z liderów budzących obrzydzenie lub strach w oczach centrowego elektoratu, by odbić się od prawej ściany, powoli zastępując rozsypującą się Trzecią Drogę w roli domyślnej „zdroworozsądkowej partii”, sprzeciwiającej się duopolowi PO-PiS w polskiej polityce i obiecującej pokoleniową zmianę.
Ta strategia przyniosła konfederatom oszałamiający sukces. Sławomir Mentzen jako kandydat na prezydenta nie tylko zalegitymizował się w przestrzeni medialnej jako „nieradykał” i „polityk tacy jak inni” (któż już dziś pamięta o słynnej „piątce Mentzena”?), ale również przebił większość szklanych sufitów, które kiedyś trzymały skrajną prawicę w przedziale poparcia w okolicach wyborczego progu. Niemal 3 mln głosów na Mentzena w wyborach oznaczało, że radykalna prawica podwoiła swój dotychczas najlepszy wynik z 2023 r. Za triumfem lidera poszły sondaże całej formacji, która regularnie zaczęła osiągać notowania w okolicach 16–17 proc., pozycjonując się jako ugrupowanie środka między PiS a KO.
Ale przyszła zima i Konfederatom po prawej pięcie skutecznie zaczęła deptać Korona Polska Grzegorza Brauna. Różnica między formacją Mentzena i Bosaka a braunistami stopniała z nawet 10 pkt proc. latem i wczesną jesienią do zaledwie 4–5 pkt proc. w grudniowych sondażach. Ostatnio pojawiło się też jedno badanie (Ogólnopolskiej Grupy Badawczej), w którym to Korona ma minimalną przewagę na konfederatami. Z gorszymi notowaniami w Konfederacji błyskawicznie zapanowała panika i powrót do ustawień fabrycznych. Na czym on polega?
Czytaj też: Notatnik polityczny. Czarzasty i Hołownia jako przypadki odmienne, a w PiS wojna rozumu z emocjami
Zwrot Konfederacji to szansa dla PiS i PSL
Najpierw eurodeputowana Konfederacji Ewa Zajączkowska-Hernik triumfalnie zacytowała sondaż (a główne konto Konfederacji na portalu X ochoczo podało go dalej), w którym 25 proc. badanych Polaków opowiada się za polexitem. Zajączkowska-Hernik snuła przy tym mocarstwowe wizje, plotąc językiem niezbyt lotnego bojówkarza ONR o „zdegenerowanej, antynarodowej Komisji Europejskiej”, która wkrótce „zostanie wywieziona na taczkach”. Później politycy Konfederacji przez kilka dni oburzali się, że w Sejmie stanie „żydowski świecznik” (chodziło o uroczystość zapalenia świec chanukowych na Wiejskiej). A na koniec przy okazji wizyty prezydenta Ukrainy w Polsce Sławomir Mentzen z kolegami na dość smutno wyglądającej pikiecie pieklili się, że po pierwsze, Wołodymyr Zełenski powinien natychmiast oddać Polakom „nasze 100 mld”, a po drugie, że pomoc dla Ukrainy w walce z Rosją powinna być natychmiast wstrzymana z powodu skorumpowania ukraińskiej władzy.
Tym samym Konfederacja rozpoczęła narracyjną walkę na radykalizm z Koroną Polską. Problem w tym, że w tej bitwie na przekazy Mentzen i Bosak mają ten sam problem, który partie konserwatywne i konserwatywno-liberalne głównego nurtu miały z Konfederacją: są mniej wiarygodni. Bo formacja polexitu, walki w duchu Władimira Putina ze zdegenerowaną europejską cywilizacją oraz haseł postulujących kapitulację Ukrainy wobec Rosji już istnieje. Przewodzi jej Grzegorz Braun, którego Mentzen i Bosak ze swojej partii bezceremonialnie wypchnęli.
Ponownie radykalizując przekaz, konfederaci z własnej woli degradują się ligę niżej: zamiast grać w ekstraklasie z KO i PiS jako ewentualni przyszli kingmakerzy decydujący o władzy w Polsce, skazują się na walkę o prymat w ramach tzw. frontu gaśnicowego.
Tym samym Menzen i Bosak opuszczają też tereny konserwatywnego centrum, które znowu są w grze dla Prawa i Sprawiedliwości (o ile w końcu upora się z wewnętrznym bałaganem o rozmiarze Mount Everestu) oraz ewentualnie dla PSL Władysława Kosiniaka-Kamysza, które ma siłę struktur, lubianego lidera i przy odrobinie szczęścia wcale nie jest skazane na trwałe tkwienie w politycznym mule pod wyborczym progiem.
A poza tym...
A poza tym pan prezydent Karol Nawrocki zawetował w ubiegłym tygodniu swoją 20. ustawę, co daje mu efektowną średnią czterech zawetowanych aktów prawnych na miesiąc sprawowania urzędu. Jeśli zdoła utrzymać to tempo do końca kadencji, zawetuje 240 ustaw, co będzie bez wątpienia rekordem Polski, a z dużym prawdopodobieństwem również wszechświata.
Negatywna aktywność Nawrockiego to również ciekawy eksperyment socjologiczny, bo do tej pory żaden prezydent, nawet Lech Kaczyński, nie poszedł na tak agresywną wojnę z większością rządową, a też do tej pory preferowany przez Polaków model prezydentury miał cechy dobrze prezentującego się ojca narodu, a nie rozedrganego politycznego awanturnika. Można mieć więc wątpliwości, czy na dłuższą metę obecna taktyka Nawrockiego przyniesie pozytywne dla niego efekty.
Możliwe też, że prezydent przez weta rzuca rządowi wyzwanie, licząc na to, że obóz władzy zrobi krok w tył i rzuci się konsultować z Nawrockim kształt kluczowych ustaw. Taka wiara obozu prezydenckiego byłaby jednak ogromnie naiwna – seryjne wetowanie to dla ekipy Tuska wymarzony prezent świąteczny: uniwersalny wihajster do definiowania politycznej polaryzacji.