Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Kraj

Wielka draka o śmieciówki. Tusk upupił Lewicę i wyrzucił zmiany do kosza. Przestraszył się „efektu OFE”?

Donald Tusk Donald Tusk Jacek Szydłowski / Forum
Zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy i przymusowe przekształcanie tzw. umów śmieciowych w etaty brzmi bluźnierczo dla liberalnego ucha. Ale proponowane zmiany miałyby efekt tylko symboliczny. Mimo to premier zamaszystym ruchem wrzucił je do kubła na śmieci. Z przyczyn politycznych, nie merytorycznych.

Żartobliwie można byłoby napisać, że znowu wszystko przez PiS! Bo to rząd Mateusza Morawieckiego wpisał do kamieni milowych Krajowego Planu Odbudowy zobowiązanie, które realnie rozwiązałoby problem umów śmieciowych w Polsce. Chodziło o pełne oskładkowanie zleceń, które sprawiłoby, że taka forma zatrudnienia w zastępstwie etatu przestałaby się opłacać, więc stopniowo zaczęłaby znikać z rynku pracy. Rząd Donalda Tuska posłuchał jednak protestów pracodawców, zrezygnował z tego pomysłu, a żeby nie stracić części pieniędzy z KPO, postanowił wynegocjować z Komisją Europejską zmianę treści kamienia milowego. Zamiast pełnego oskładkowania uzgodniono wzmocnienie kompetencji Państwowej Inspekcji Pracy.

Co ważne, w domyśle raczej niekoniecznie po to, żeby nadzwyczaj skutecznie walczyć z patologicznymi warunkami zatrudnienia, ale by zmienić coś tak, by jednocześnie Komisja Europejska była zadowolona, a rynek pracy uniknął radykalnej transformacji. Choć w sposób oczywisty wyjściowe intencje bardziej lewicowej i bardziej liberalnej części rządu mogły tu być nieco odmienne. Jednak w sensie politycznym wydawało się, że wilk będzie syty i owca cała: ponieważ to ministra Agnieszka Dziemianowicz-Bąk firmowała ustawę o PIP, zadowolona będzie Lewica, która mogłaby się pochwalić słynną „sprawczością”, zadowolona będzie KE, która wypłaci Polsce pieniądze, a także w miarę zadowoleni będą pracodawcy, bo w praktyce zasadniczo wszystko zostanie po staremu.

Nad tym, by ustawa broń Boże nie była zbyt radykalna, a uprawnienia inspektorów pracy zbyt duże, czuwał szef Komitetu Stałego Rady Ministrów Maciej Berek, legislacyjne oko i ucho premiera oraz polityk niesłynący – delikatnie rzecz ujmując – ze szczególnie socjaldemokratycznych poglądów.

Reklama