Dowódca plutonu jednego z oddziałów prewencji w areszcie tymczasowym; dymisje w policji; sugestie, że liberalne media chciały przemilczeć sprawę; wreszcie – żądania głowy szefa MSWiA Marcina Kierwińskiego. Tak w skrócie wygląda sytuacja po przestępstwie, do którego miało dojść w nocy 3 stycznia na komendzie w Piasecznie, gdzie została zgwałcona 22-letnia policyjna stażystka.
Informację o tym, że na komendzie dwóch funkcjonariuszy po służbie piło alkohol, po czym jeden z nich wezwał do siebie młodą policjantkę i ją zgwałcił, jako pierwsza podała Republika. Temat błyskawicznie podjęli politycy opozycji, domagając się dymisji ministra Kierwińskiego. Kolejne media ujawniały dalsze szokujące szczegóły, w tym i to, że Marcin J., któremu zarzuca się gwałt, po wszystkim został odwieziony do domu, a rano, kiedy stawił się na wezwanie swoich przełożonych na komendzie, miał 1,5 promila alkoholu we krwi. Według Republiki napadnięta policjantka (Marcin J. miał się z nią zamknąć w pokoju) krzyczała i wzywała pomocy; kilku funkcjonariuszy usiłowało się do niej dostać (związany ze stacją portal zamieścił nawet opis obrażeń kobiety, przekonując, że robi to dla dobra śledztwa). Jednak według ustaleń Onetu stażystka z pokoju wybiegła sama i początkowo nie powiedziała nikomu o tym, co ją spotkało. I to dlatego Marcin J., 41-letni dowódca z długim stażem w policji, wrócił spokojnie do domu. Dyżurny o gwałcie dowiedział się dwie godziny po zdarzeniu, kiedy koledzy skrzywdzonej kobiety złożyli zawiadomienie o przestępstwie – dowiedzieli się o tym, bo widzieli zdenerwowanie koleżanki, która podobno początkowo nie chciała im powiedzieć, co się stało.
Komenda Główna Policji poinformowała, że niezwłocznie zostali powiadomieni: zastępca dowódcy Oddziałów Prewencji Policji w Warszawie, naczelnik wydziału psychologów Komendy Stołecznej Policji, będący w dyżurze zastępca KSP, dyżurny KSP, wydział kontroli KSP, zastępca KPP w Piasecznie, BSWP oraz Prokuratura Rejonowa w Piasecznie.