Wchodzimy bez butów
Misja bez Polaków? Gdy Europa buduje swoje znaczenie, stoimy z boku. Ani to honorowe, ani mądre
„Nie wyślemy wojska na Grenlandię” – oświadczył premier Donald Tusk w chwili, gdy kilka europejskich krajów naprędce organizowało nową, nadzwyczajną misję wojskową. Jej celem miała być bardziej demonstracja polityczna niż jakiekolwiek zadania bojowe, ale to nie zmniejszało jej znaczenia. Gdy w Arktyce zrobiło się gorąco nie przez ocieplenie klimatu, ale amerykańskie żądanie przejęcia Grenlandii – bez szacunku dla integralności terytorialnej i suwerenności Danii – europejska koalicja chętnych chciała okazać sojusznikowi symboliczne wsparcie.
Skromne, kilkunastoosobowe kontyngenty wyruszyły samolotami z Niemiec i Francji, a pojedynczych żołnierzy wysłały Szwecja, Norwegia, Wielka Brytania, Belgia, Finlandia, Islandia i Słowenia.
Polska 6 stycznia w Paryżu podpisała pryncypialną w treści, lecz niekonfrontacyjną w tonie deklarację wspierającą Danię, ale wstrzymała się przed udziałem w ekspedycji. Warszawa racjonalnie oceniła, że rozjuszonemu Trumpowi lepiej nie wchodzić w drogę. Może słusznie, bo ten zapowiedział karne cła na uczestników grenlandzkiej misji, co chwilowo pogłębiło kryzys między Europą a USA i w NATO – tymczasowo załagodzony w czasie konferencji w Davos.
Czytaj też: Polska doktryna wojenna. Jak bić Rosję i znieść jej rewanż? Potrzeba „długich mieczy” i „grubych tarcz”
Niezrozumiałe „nie”
Niezależnie od uzasadnienia było to już drugie polskie „nie” wobec europejskich planów wojskowych, podejmowanych w czasie i z powodu geopolitycznych wstrząsów tektonicznych.