Rząd wytoczył działa i dał ognia. Na poligonie pod Warszawą, w obecności premiera Tuska i ministra obrony Kosiniaka-Kamysza wojskowi użyli części uzbrojenia, które – w wielkiej ilości – chcą kupić z europejskiej pożyczki. Było głośno i widowiskowo, bo widok armat, dronów, wozów bojowych i uzbrojonych robotów ma zawładnąć opinią publiczną w boju o najważniejszy projekt obronny. Przemówiły nie tylko przeciwlotnicze armaty, ale i twarde liczby. Minister finansów wreszcie pokazał wyliczenia, których nie było w projekcie ustawy. Widać wyraźnie, że nie ma tańszej pożyczki na rynku, a niewielka z pozoru różnica kilku punktów procentowych na korzyść SAFE przekłada się na dziesiątki miliardów (36 do 60) budżetowych oszczędności w całym okresie spłaty. Generałowie i ministrowie nie wychodzą z mediów – tłumaczą, że nie ma takiej siły, by na SAFE najbardziej nie skorzystał polski przemysł, a żadna Bruksela nie układała nam listy zakupów.
Ale w tej bitwie coraz mniej chodzi o fakty. Za to coraz bardziej liczy się to, kto kogo pokona na politycznym polu walki. Dlatego lider PiS mówi o „niemieckim bucie”, który przygniecie Polskę, a jego towarzysze gardłują, że pominięto amerykański sprzęt, ich zdaniem najlepszy na świecie. Jarosław Kaczyński zwykle używa argumentum ad Germanum, gdy jemu i jego partii grozi kryzys. Wściekły atak na SAFE pod hasłem nowego wstawania z kolan ma przykryć brutalną walkę frakcji wewnątrz partii i spadające notowania.
Hasło buy American to polski front wojny, jaką z europejskimi regulacjami toczy administracja Donalda Trumpa. W tej atmosferze ustawa wprowadzająca bankowy fundusz SAFE (ale, co ważne, nieprzesądzająca o samej pożyczce) trafi z Sejmu do prezydenta. Za kulisami słychać, że Nawrocki byłby skłonny ją podpisać, gdyby rząd dał mu szansę zdobycia punktów – wpisania jego poprawek czy dania mu symbolicznego nadzoru.