Z perspektywy kanapy zawsze wiadomo, jak należało piłkę kopnąć, by trafiła do bramki. I jak się od progu odbić, by daleko wylądować. Podobnie jak u kibiców sportowych rzecz musi wyglądać u – niektórych przynajmniej – obserwatorów życia politycznego. Im dłużej kręcą głową z rosnącą dezaprobatą nad słowem i czynem wybrańców narodu, tym bardziej umacnia się w nich przekonanie, że dałoby się to zrobić lepiej, bo działalność polityczna to przecież bułka z masłem. W pewnym momencie zaczynają więc „rzygać polityką rozumianą jako spektakl dla idiotów” i ruszają do boju o „inną politykę” (cytaty za: „Fabryka jutra” Szymona Hołowni), przekonując przy okazji opinię publiczną, że mickiewiczowskie zawołanie „kochajmy się!” da się z powodzeniem uprawiać właśnie na politycznym poletku. Nic bardziej mylnego.
Polityka to brutalna i pozbawiona wszelkich sentymentów walka o władzę. A zatem Szekspir lub Machiavelli. Nie ma się co oburzać, tak jest świat urządzony. Prof. Franciszek Ryszka, indagowany przed wielu laty przez redaktorów Rykowskiego i Władykę o kwestię moralności w polityce, odparł: „Odnoszę wrażenie, że panowie chcieliby usłyszeć, jaka polityka powinna być, a ja mówię – na podstawie doświadczeń historii – o tym, jaka ona jest”. Pal sześć, gdyby ci, którzy proponują nam politykę miłości, byli pierwszymi naiwnymi. Wówczas chwała im za to, że mają większą niż ogół populacji wiarę w ludzi. Sęk w tym, że pod ładną wspólnotową opowieścią zwykle też kryje się pragnienie władzy. Na przykład ktoś bardzo chce zostać prezydentem i temu podporządkowuje wszystkie swoje działania. A jak się mu nie udaje zdobyć, to się obraża na cały świat.
Otóż polityka to też dziedzina wysoce sprofesjonalizowana, w której nie ma miejsca dla amatorów, naiwnie liczących, że wystarczy fajnie zagadać.