„No ludzie kochani, po co obsadzają w takich rolach aktorów o innym kolorze skóry? Przecież to jest jawna propaganda. Świat staje na głowie”. Oto kilka przykładowych zdań, które mógł wygłosić widz na wieść o premierze „Cotton Clubu” Francisa Forda Coppoli z 1984 r. Wytwórnia wymusiła na reżyserze zatrudnienie w roli jazzmana-protagonisty Richarda Gere’a i poprowadzenie całej historii z bielszej, przepraszam, „łatwiejszej do utożsamienia się” perspektywy. Wbrew realiom i kulturowej przynależności.
Nie musimy zresztą daleko szukać. W ekranizacji „Wichrowych Wzgórz”, która weszła niedawno na ekrany, w rolę Heathcliffa, prawdopodobnie Roma, wciela się Jacob Elordi, prawdopodobnie nie-Rom. A na pewno: człowiek z niewielką ilością melaniny w organizmie, co radykalnie różni go od książkowego pierwowzoru.
Nadużyciem byłoby twierdzić, że powyższe przykłady nie wzbudzały absolutnie żadnych kontrowersji. Były to jednak kontrowersje nienarażające na szwank dobrego imienia twórców. Inaczej jest w przypadku Christophera Nolana, który odważył się zatrudnić w ekranizacji „Odysei” Lupitę Nyong’o, czarnoskórą aktorkę pochodzącą z Kenii. Mało tego – ma ona się wcielić w rolę Heleny Trojańskiej. To co prawda wciąż niepotwierdzona informacja, ale wystarczyła, że by z szafy wyszły tabuny hellenistów amatorów, do tej pory skrzętnie ukrywających przed światem swoje pasje.
Jak srogi widok morza, gdy smutne ciemnice niesie zrywającego się Zefiru wianie, tak srodzy stali się wobec siebie opinioniści i twitterowcy*. Jedni argumentowali, że skoro mamy do czynienia z dziełem fantastycznym, to nie ma o co kruszyć kopii. Inni przekonywali, że twórczość Homera ma swoje umocowanie w konkretnym kręgu kulturowym.