Michał Tomasik: Jestem mimo wszystko zaskoczony, a pani?
Prof. Barbara Brodzińska-Mirowska: Nie, ja nie jestem, ale rozumiem pana zaskoczenie. Ławka kandydatów na potencjalnego premiera w Prawie i Sprawiedliwości była dość krótka i w przestrzeni publicznej już od dłuższego czasu znana. Przemysław Czarnek nie spadł nam nagle z księżyca. Z mniejszą i większą częstotliwością się pojawiał. Natomiast rozumiem zaskoczenie, dlatego że w ostatnich dniach PiS bardzo sprytnie i sprawnie zarządzał tymi emocjami i wskazywały one rzeczywiście na kogoś, kto byłby poza frakcjami, które ze sobą walczą. Stąd pojawiali się samorządowcy, m.in. prezydent Stalowej Woli Lucjusz Nadbereżny. Mieliśmy prawo przypuszczać, że być może będzie to ktoś, kto nie będzie reprezentował żadnej z frakcji właśnie po to, żeby choć trochę załagodzić te głębokie wewnętrzne spory. Wybór Przemysława Czarnka pokazuje, że prawdopodobnie celem jest mobilizacja, mimo że nie jest najłatwiejszym kandydatem do zażegnania problemów w partii.
Wielu komentatorów wskazywało wczoraj na Lucjusza Nadbereżnego. Pasował do tej koncepcji, a PiS udowodnił w kampanii prezydenckiej, że da się nieznanego polityka wypromować i jest to łatwiejsze niż mierzenie się z politycznym bagażem. A jednak prezes Jarosław Kaczyński postawił na przedstawiciela frakcji tzw. „maślarzy”. Czy to znaczy, że udało się zwaśnione strony pogodzić i plotki o rozłamie można odłożyć na bok?
Absolutnie nie. Przemysław Czarnek jest w trudnej roli, bo będzie musiał mierzyć się z tymi emocjami. Obecność Mateusza Morawieckiego na konwencji i udawana życzliwość, wręcz przyjacielska, z jaką witał się z Przemysławem Czarnkiem, absolutnie nie oznacza, że tam będzie spokój.