Czarnek Ameryki
Każdy kraj ma swojego Czarnka. Szkoda tylko, że jest nim minister wojny
Każdy kraj ma swojego Czarnka. Problem Ameryki polega na tym, że u nich to szef Ministerstwa Wojny. Rozmontować panel fotowoltaiczny to jednak inny rodzaj odwagi, niż zabić ajatollaha Iranu. Ale władza jest najgorszym rodzajem uzależnienia, najbardziej próżniaczym i najbardziej niszczącym. Psuje krew nie tylko samym ćpunom, ale milionom ich obywateli. Wykoślawia rzeczywistość, gwałci prawo i porządek, depcze zdrowy rozsądek. A kiedy jeszcze wszystko jest non stop na żywo w telewizji z milionową widownią, ciśnienie, żeby co chwilę mieć newsa, jest dewastujące.
Zanim minister obrony USA Pete Hegseth stał się ulubieńcem amerykańskich programów komediowych, był przeciętnym hostem porannego pasma w Fox News. Stanowisko w Pentagonie wyklęczał sobie republikańskim lizusostwem. Idealnie pasuje do swojego szefa, który balsamuje się nadmiarem narcyzmu. Który „zakończy wojnę w Iranie, jak poczuje w kościach, że nadszedł czas”. Tak, to cytat z prezydenta Ameryki, właściciela najpotężniejszej armii świata. Namówiony przez Izrael zaczął wojnę, która wymknęła mu się spod kontroli. Jak dotąd irańska władza ma więcej głów niż Ameryka bomb i zamiast upaść – skutecznie odpowiada.
Przez Trumpa i Netanjahu świat ma kryzys paliwowy, jakiego dawno nie widział. Cena ropy jest doskonałym prezentem dla Putina. Zamknięty transport z Bliskiego Wschodu daje Rosji ponad 10 mld dol. miesięcznie. Nie patrząc na Ukrainę, Ameryka zniosła rosyjskie sankcje, żeby dolać ropy na rynek. Kolejnych pomysłów w Waszyngtonie brak. Zamiast tego jest festiwal zapewniania, że „wygraliśmy”. Problem w tym, że świat nie jest głupi. Słowo wypowiedziane na politycznej mównicy nie chce stawać się ciałem przy dystrybutorze. Kiedy dziennikarze mówią o tym wprost Hegsethowi, słyszą obelgi.