Myślałem, że tylko ja jestem fanem różowego ciastka z Zenitu – zaskoczyłem sąsiadkę przed ladą cukierni.
– Wracam z pogrzebu – odpowiedziała, nie odwracając głowy, jakby na mnie czekała.
– Też bym w tej sytuacji wolał słodkie niż gulasz na stypie – przytaknąłem niepewnie.
– Był bogracz, całkiem dobry. Ale po to ciastko przychodzę za każdym razem, kiedy tracę pewność, o co chodzi w życiu – mówiła bardziej do pani sprzedającej niż do mnie.
– A o co chodzi? – podłożyłem się bez nadziei na odpowiedź.
Bohater powieściowy przez wieki rozwoju gatunku oswajał czytającego człowieka z ambiwalencją ludzkiego umysłu i uczył ją doceniać. To dziwna zdolność – zabawna, ale i przerażająca – do myślenia i przeżywania w tej samej chwili spraw diametralnie różnych; często ze sobą sprzecznych lub całkowicie niewspółmiernych; wzniosłych i prozaicznych, poważnych i śmiesznych; idealnych i trywialnych.
Co ważne, nagły przeskok uwagi z kazania pogrzebowego na marynarkę pana w przednim rzędzie oraz refleksja, że też chcielibyśmy taką, wcale nie umniejszają naszego współczucia ani lęku przed śmiercią. Po prostu obie myśli zagościły nam w głowie i sąsiadują przez chwilę. Kto wie, czy właśnie w tym pomieszaniu nie kryje się prawda o człowieku, a może nawet zagadka ludzkiej inteligencji, nieosiągalna nigdy przez sztuczną.
Również powieść odkryła, że znakomitym środkiem do ukazywania, jak bardzo jesteśmy popaprani, jest humor. Ojcowie gatunku, Cervantes i Rabelais, choć zapoczątkowali dwie odrębne linie rozwojowe powieści, w tym jednym byli zgodni. Ich bohaterowie i sprawy, którymi się zajmują, są śmieszni, ale w tej śmieszności kryje się powaga. Podczas narodzin Pantagruela umiera jego matka.