Jameela Jamil, aktorka i feministyczna influencerka (4 mln obserwujących) z okazji swoich 40. urodzin obwieściła na Instagramie, że uwielbia się starzeć i nie może się doczekać, kiedy będzie „starą babą”. Starość jest według niej nie tyle czasem mądrości, ile szansą na to, by stać się prawdziwie wolną i nieposkromioną. „Jeśli myśleliście, że byłam niepokorna jako młoda kobieta, to ja wam dopiero pokażę” – deklaruje i daje do zrozumienia, że nie ma ochoty walczyć o zachowanie młodości za wszelką cenę i nie interesuje jej „cofanie czasu”.
Łatwo zauważyć, że w popularnym dyskursie na temat żeńskiej atrakcyjności dominuje ideał świeżej nastolatki, żeby nie powiedzieć – lolity. Kobiety mają wyglądać jak dziewczynki, a dziewczynki mają wyglądać na starsze. Nie ma się więc co dziwić, że 10-latki buszują po salonach kosmetycznych, nastolatki życzą sobie operacji plastycznych, a kosmetyki przeciwko starzeniu są wciskane 20-latkom. Kultura powtarza za samcami z manosfery, że młodość i piękno są kapitałem, w który trzeba nieustannie inwestować i który trzeba pomnażać. Logika patriarchatu sprzęga się z rozbuchanym konsumpcjonizmem, dehumanizacją i uproduktywnieniem relacji międzyludzkich oraz rosnącą dominacją cyfrowych platform jako obszarów realizowania pożądania. Krótko mówiąc – nie jest dobrze.
Jeszcze w latach 90. wydawało się, że nie może kobiet spotkać już nic gorszego niż kultura diety, stringi i moda na heroin chic. Dziś jednak kulturowych wymagań jest jeszcze więcej. Musisz być młoda albo taką udawać. Musisz być chuda – nie ma wymówki, przecież „leki na cukrzycę” są już do zdobycia dla każdego. Nie zaszkodzi operacja plastyczna, żeby twarz przypominała jakiś wzór z popularnego katalogu: Mar-a-Lago face, Kardashian, a może odessanie tłuszczu z policzków?