TACO to nie tylko Hemingway. To też skrót, którym określa się od niedawna prezydenta Stanów Zjednoczonych: Trump zawsze się spietra (Trump always chickens out): rano grozi atakami, chwilę później blefuje, że toczą się pokojowe rozmowy, by potem znów wygrażać pięścią. Nic dziwnego, że jedna ze spiskowych teorii głosi, jakoby robił to po to, by zarobić na zmianach cen, gdy pod wpływem jego oświadczeń rynki szaleją. Jeśli nie on sam, to inni, którzy mu sprzyjają. To, że cierpią cywilni mieszkańcy, tuzów biznesu nie wzrusza.
Pete Hegseth, sekretarz obrony, celuje w kwestiach rodem z filmów klasy B: „Zabijanie złych ludzi kosztuje”. To hasło ma usprawiedliwić wystąpienie Pentagonu o dodatkowe 200 mld dol. na wojnę z Iranem. Do dziś nie wiadomo, czemu miało służyć wywołanie tego konfliktu, ale Hegseth zaklina: „Musimy mieć wystarczająco dużo pieniędzy na to, co robimy i co być może będziemy musieli robić w przyszłości”. Precyzja to iście pytyjska.
Hegseth nie wyjaśnia, kim są źli ludzie, ale nie musi tego robić. Większość i tak samodzielnie wpadnie na pomysł, że skoro premier Izraela Beniamin Netanjahu zapowiada, że zabije przywódców Iranu, niekoniecznie jest tym dobrym. Ścigany jest co prawda listem gończym na mocy wyroku Międzynarodowego Trybunału Karnego, ale amerykańska Izba Reprezentantów przegłosowała ustawę przewidującą sankcje dla urzędników MTK, którzy ten list wydali. Szach-mat, biznesy toczą się dalej. Bo Trump, mimo pozorów szaleństwa, najwyraźniej wie, co robi. Mianowicie robi biznes. Jako klasyczny prawicowiec monopolizuje pojęcie patriotyzmu tak, że nabiera ono cech hipernacjonalistycznych, ksenofobicznych i oczywiście antyimigranckich. To żyła złota, na podziałach niejeden spryciarz się dorobił.
Codziennie przekraczamy kolejne granice eskalacji dyskursu nienawiści.