Że platformy społecznościowe wywołują coś w rodzaju gangreny mózgu wie każdy, komu zdarza się spędzić „w telefonie” więcej niż kilka minut. Wpada się wtedy w stan będący fuzją wyczerpania, niepokoju i przygnębienia, a mimo to skroluje się dalej, ponieważ mózg ugrzązł w błędnym kole pogoni za nagrodą. Dwa sądy w Ameryce orzekły właśnie w sprawach przeciw koncernowi META i YouTube’owi, że mechanizm uzależnienia nie jest przypadkowym skutkiem działania platform, tylko świadomą polityką. Zasądzone zostały kary w wysokości dotkliwej nawet dla technokrezusów.
Na fali słusznej krytyki społecznościówek łatwo zapomnieć o pożytkach z nich płynących. Czy ktoś pomyślał np., jak potężny deficyt ekspertów pociągnęłoby za sobą zamknięcie Facebooka? Gdzież podziałyby się mównice tych wszystkich specjalistów od szczepionek, geopolityki i monetaryzmu, którzy objawiają się tysiącami po każdym brejking njusie? Produkują się w sieci od brzasku do świtu, zawsze gotowi podrzucić link do zatajonej prawdy i napomnieć niewiernych Tomaszów: „Włącz myślenie!”.
Ostatnio klimat zrobił się u nas taki, że bujnie wzeszli specjaliści od konstytucji. Rzecz ciekawa, obrodzili tylko po prawej stronie. Chyba nadszedł czas, by panie i panowie z KOD przekazali następcom koszulki z napisem KON-STY-TU-CJA, które już dwa lata leżą u nich zapomniane na dnie szafy. Nowi eksperci będą mogli robić sobie w nich bojowe fotki, trzymając w ręku ustawę zasadniczą otwartą na artykule 18. Bo to on jest przedmiotem – by nie rzec: ofiarą – ich eksperckiej prawdy. Wierzą, że Duch Konstytucji wybrał ich sobie na naczynie, by przypominali światu niewygodne fakty o małżeństwie. „NSA kłamie” – stwierdził z rozbrajającą prostotą lider jednej z Konfederacji, ugodzony w uczucia ideologiczne wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z 20 marca.