Prawdziwy koniec cywilizacji
Prawdziwy koniec cywilizacji. Dlaczego rządzący zmieniają się w obłudników?
Miniony tydzień w polityce miał się zacząć zapowiadanym przez Donalda Trumpa końcem cywilizacji, a skończyć zapowiadanym przez sondaże końcem Viktora Orbána. Pierwszy koniec został odwołany przez gospodarza Białego Domu, co do drugiego, to w najlepszym razie dopiero początek końca. W obliczu takich geopolitycznych wydarzeń poniższa sprawa może i wydaje się drobna, błaha, jednak czasami to właśnie w takich mikrowydarzeniach najlepiej widać wektory wyznaczające bieg kluczowych procesów.
Trzy dni po świętach szefowa MEN Barbara Nowacka niespodziewanie ogłosiła, że od nowego roku szkolnego edukacja zdrowotna będzie przedmiotem obowiązkowym. Prawie obowiązkowym, bo nieobowiązkowy pozostanie moduł dotyczący wiedzy seksualnej. O tym, czy dziecko będzie uczestniczyło w tej części, zdecydują rodzice. Nowacka podkreśliła, że w ten sposób respektuje „presję” części środowisk, bo „szkoła potrzebuje spokoju”.
Edukacja zdrowotna miała wejść do szkół już w ubiegłym roku. Pomysł od początku spodobał się ekspertom bijącym na alarm w związku z narastającymi zagrożeniami zdrowotnymi dzieci i młodzieży, w tym pogarszającą się kondycją psychiczną czy plagą otyłości. Niebezpieczeństwa będące m.in. efektem złych nawyków i braku elementarnej wiedzy z zakresu dietetyki lub higieny snu można ograniczać dzięki wczesnej edukacji.
Rozwiązanie wydawało się proste jak renesansowa dewiza: „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie, nie jest mi obce”. Ale tylko do czasu, gdy okazało się, że przedmiot będzie też dotyczył edukacji seksualnej (w wymiarze ok. dwóch godz. w roku – sic!). Wówczas „część środowisk” (czyli z grubsza spektrum polityczne od Brauna po Kosiniaka-Kamysza) podniosło wrzask, że dostarczanie dojrzewającym nastolatkom rzetelnej wiedzy o cielesności i seksualności to przymusowa „seksualizacja”.