Zawetowanie ustawy SAFE przez Karola Nawrockiego bardzo szybko odbiło się czkawką polskiej zbrojeniówce. Pierwszy cios otrzymała radomska fabryka broni Łucznik. Co jest o tyle paradoksalne, że inwestycja w unowocześnienie tego zakładu była przedstawiana przez rząd Mateusza Morawieckiego jako wielki sukces PiS. Firma rzeczywiście stanęła na nogi i jest obecnie jednym z najnowocześniejszych zakładów polskiej zbrojeniówki. Ma nowe hale, nowe maszyny, odpowiedni poziom zatrudnienia. Ale to wszystko kosztuje. W maju Łucznik kończy duży kontrakt na produkcję dla armii i właściwie nie wiadomo, co będzie dalej.
– Właściwie to mieliśmy już dopięty duży kontrakt na karabiny Grot dla polskiej policji. Umowa na lata 2026–29 opiewała na niemal 66 tys. sztuk karabinków. My moglibyśmy spokojnie produkować, a policja wymieniłaby arsenał i byłaby przygotowana na wypadek W – mówi jeden ze związkowców z Łucznika, ale zastrzega anonimowość, żeby uniknąć oskarżeń o ujawnianie tajemnicy handlowej. Kiedy okazało się, że prezydent Nawrocki zawetował SAFE, wszystko się skomplikowało. Policja tłumaczy, że pieniędzy nie ma. A w mediach pojawiły się informacje, że fabryka wobec braku zamówień szykuje się do zwolnienia prawie 150 osób, które są zatrudnione na umowę-zlecenie.
Dla takich fabryk jak Łucznik właściwie nie istnieje rynek cywilny. Produkcja wisi na zamówieniach z wojska i od innych służb. Brak środków z SAFE i rekordowe wydatki za granicą to pętla na szyi polskiego przemysłu. Co prawda wojsko obiecuje kolejne zamówienia, ale na obietnicach trudno tworzyć biznesplany, tym bardziej – opierać na nich produkcję. – My nawet nie możemy produkować na magazyn, bo bez bezpośredniego nadzoru wojska w trakcie kontraktu nikt nam tej produkcji później nie przyjmie – dodaje nasz rozmówca.