Wolę zajmować się recyklingiem szkła niż tematów dziennikarskich. Chyba dlatego, że źle czuję się w tłumie, gdzie należy podczepiać się pod klikbajty. Stronię też od tematów, na których wszyscy Polacy już znają się znakomicie, a że to w zasadzie wszystko – od powodów katastrof lotniczych, przez codzienność w Ramallah, po topspin w serwisie Igi Świątek – pozostaje wąski zakres manewru.
Dołączę jednak do chóru chrumkającego na temat dzikich zwierząt w dżungli libków i patodewelopki, czyli w stolicy. Z niestrzelaniem czy strzelaniem do dzików jest jak z krzesłem Wassily projektu Marcela Breuera. Gdy pierwsze partie bauhausowskiego mebla pokazały się w Niemczech w przestrzeni publicznej czy sklepach, ludzie bali się na nich siadać. Dziś okazy wintydżowe osiągają monstrualne ceny, a krzesło na dwóch rurach, a nie, jak Bozia przykazała, na czterech nogach, to standard.
Pomysł, by szanować życie zwierząt, jest dla wielu tak dziwny niczym wegański majonez, wazektomia jako metoda antykoncepcji albo komercyjne loty na Księżyc. Gdy chodziłam do liceum, w naszej klasie był tylko jeden kolega (pozdrawiam, Marcinie!), który nie jadł mięsa. Takich ludzi nazywano jaroszami. Mięso w stolicy było czymś wyczekanym, czekało się np. na „babę z cielęciną” krążącą po osiedlach z przykrytym koszem, z którego handlowała „ścierwem”, jak dziś mawiają niektórzy. Odkąd nauka odkryła zalety diety roślinnej, część z nas ogranicza spożycie mięsa, ale ponieważ przemysł mięsny faszeruje zwierzęta antybiotykami, upolowane w lesie dzik czy sarna stają się rarytasem.
Czy bywam na protestach w sprawie dzików? Nie bywam, bo byłby to przejaw hipokryzji. Lubię raz w roku zjeść gulasz z dzika, szczególnie gdy np. odwiedzam Weimar i góry Harz. W Chile jadałam świnki morskie, w Rovaniemi serwowano mi kanapki z suszonym mięsem renifera i – niestety – bardzo mi smakowało.