Konflikt w Konfie
Kulisy tarć w Konfederacji. Cicha wojna Mentzena i Bosaka może ważyć więcej, niż nam się dziś zdaje
I znów internet zalała fala artykułów i wpisów o zbliżającym się nieuniknionym rozpadzie wolnościowo-narodowej Konfederacji. Gdy 5 maja na elbląskim placu katedralnym prezes Nowej Nadziei Sławomir Mentzen zwyzywał gen. Wiesława Kukułę od „nienormalnych”, za szefem Sztabu Generalnego szybko wstawił się lider narodowców Krzysztof Bosak. Słowa koalicyjnego partnera uznał za niesprawiedliwe, ale przede wszystkim kłamliwe.
Mentzena w sieci poparli jego przyboczni, najwierniejsi z wiernych. Bosak ograniczył się do jednego, acz stanowczego wpisu. Obaj liderzy starali się później nie eskalować publicznie tej widocznej różnicy zdań. Jednak wizerunek skłóconego politycznego małżeństwa coraz bardziej się utrwala. Szczególnie że to nie pierwszy raz, gdy dwaj frontmani rozjeżdżają się w przekazie, wprawiając w konfuzję swoich wyborców.
Konfederacja jako partia w gruncie rzeczy nie istnieje. Ma minimalną liczbę członków, rada liderów (teoretycznie zarządzająca partią) złożona po połowie z polityków Ruchu Narodowego i Nowej Nadziei to ciało fasadowe, nawet wspólny program na wybory jest wątpliwy. Bosaka i Mentzena różnią cele, taktyka, strategia, podejście do PiS, styl. Do prawdziwego rozwodu droga jednak bardzo daleka. Wspólny szyld wciąż więcej daje, niż zabiera i obaj liderzy Konfederacji są tego świadomi.
Narodowcy coraz mniej cierpliwi
Konfederaci w oficjalnych wypowiedziach przekonują, że koalicja działa sprawnie, prężnie i bez konfliktów. Sam Bosak w jednym z wywiadów zarzekał się niedawno, że „nie grozi nam rozpad. Ci, którzy spekulują na ten temat, niech się zajmą poważnymi sprawami”. Utyskiwania na działania i decyzje partii Mentzena słyszymy jednak od narodowców nie od dziś. Działaczom Ruchu Narodowego w koalicjancie przeszkadza wiele.