Nie podzielam radości, z jaką nasi politycy przyjęli wycofanie się przez prezydenta Trumpa z zamiaru zablokowania rotacji prawie połowy amerykańskiego kontyngentu w naszym kraju. Nie Polskę i jej rację stanu wsparł bowiem Trump, a prezydenta Karola Nawrockiego. Uczynił to wręcz ostentacyjnie, tak informując o swojej decyzji: „W związku z sukcesem wyborczym obecnego prezydenta Polski Karola Nawrockiego, którego z dumą poparłem, oraz naszymi relacjami z nim, z przyjemnością ogłaszam, że Stany Zjednoczone wyślą do Polski kolejnych 5 tys. żołnierzy”. Taka deklaracja historykowi kojarzy się jak najgorzej. Niewiele bowiem ma wspólnego z relacjami pomiędzy suwerennymi państwami, szanującymi podmiotowość i racje partnera. Bardziej przypomina to kontrakt lenny, w którym senior gwarantuje wasalowi opiekę, w zamian za podporządkowanie się jego poleceniom i interesom.
Właśnie tak rosyjscy carowie postępowali z ostatnimi polskimi królami, im zawdzięczającymi osadzenie na tronie. Nieobca była ta praktyka także państwom demokratycznym. Po 1918 r. Francja chciała tak traktować Polskę, odrodzoną m.in. dzięki jej pomocy. Zablokował to Józef Piłsudski – zwolennik sojuszu z Paryżem, ale nie za cenę poddaństwa. Nie zdobył się na podobną stanowczość premier Władysław Sikorski, zaprzęgnięty w czasie drugiej wojny światowej przez premiera Churchilla do rydwanu brytyjskiej polityki.
Trump jest przywódcą wyjątkowo egocentrycznym. W tym, że wspiera w Polsce właśnie Nawrockiego, nie ma przypadku. Swoje prezydenckie zwycięstwo z 2024 r. zawdzięcza przecież ruchowi MAGA, który w ostatnich latach zdominował Partię Republikańską. Ruch ten stawia na nacjonalizm i populizm, i jest bardzo przywiązany do tradycyjnych wartości. Właśnie takich, jakie w gronie polskich kandydatów na prezydenta w 2025 r.