Skrajności czują do siebie nienaturalny pociąg. Jeszcze chwila, a skrajna prawica i skrajna lewica zażądają prawa do transkrypcji mieszanych politycznie małżeństw zawartych za granicą, żeby wspólnie rozliczać koszty antyrządowych akcji i dzielić się opieką nad młodzieżówkami. W Krakowie wspólnym wysiłkiem odwołały prezydenta miasta, otwierając drogę do populistycznej hucpy, w jaką niechybnie zamienią się przyspieszone wybory. Również w sprawie małżeństw jednopłciowych atakują razem – na głowy ministrów Donalda Tuska ciosy sypią się z prawa i z głębokiego lewa. Tak, najlewicowszej lewicy też nie cieszy przełom w sprawie transkrypcji zagranicznych aktów ślubu.
Mowa o tych lewakach, którzy nigdy nie zrobili nic, by wesprzeć walkę o równe prawa dla osób LGBT w Polsce. To im dolega uznany przez państwo ślub za granicą jako „przywilej dla bogatych”. „Wybiórcza ta emancypacja. Już nie wiem, co gorsze” – cedzą przez zęby, widząc, jak ktoś skacze z radości, bo jego czy jej jednopłciowy związek trafił w końcu do rejestru stanu cywilnego. „O nie, powinni tego zabronić!” – marzy skrycie taki lewak. Bo skoro małżeństw bez względu na płeć nie ma w polskim prawie, to niech lepiej nie będzie niczego. Grunt to sprawiedliwość – niech wszyscy będą tak samo nieszczęśliwi. Zdumiewające, w jak różne szaty może się stroić trywialna homofobia: raz wygląda jak wrzeszczący austriacki akwarelista, raz jak wódz rewolucji w robociarskim kaszkiecie.
Jarosław Kaczyński poszedł w tym samym kierunku, tylko jeszcze dalej. „Penalizowałbym!” – wyznał bezwstydnie w ulubionej poetyce „nadzorować i karać”. Urocze słowo „penalizować” – jakaż słodycz dźwięku. Penalizować innym to, czego samemu się nie ma, to dla niektórych jedyna radość.