Z całej awantury wokół „Odysei” Christophera Nolana najbardziej rozśmieszyły mnie publiczne deklaracje znanych i nieznanych osób, że nigdy, przenigdy nie obejrzą tego filmu. Nie wpuszczą do swoich głów konia trojańskiego ideologii woke. Nie dadzą się mamić czarnoskórej Helenie. Nie pozwolą, by ich serca zmiękczał transpłciowy Elliot Page. Żywcem ich nie wezmą.
O ile wiem, na razie nikt nie zmusza do oglądania „Odysei”, ale czujność oczywiście nie zawadzi. Kto wie, co jeszcze wymyśli lewactwo. Może w niedalekiej przyszłości zaczną wypłacać 800 plus dopiero po okazaniu „skonsumowanych” biletów na określone seanse? Marksizm kulturowy potrafi być podstępny. Nie zawaha się przed niczym, by przemeblować ludziom mózgi na modłę multikulti. Dziwię się tylko, że ci najprzenikliwsi, którzy odkryli niebezpieczeństwo i wyrzekli gromkie „No pasarán!”, uczynili to na Facebooku.
Wystarczy przecież, że padnie infrastruktura krytyczna i zabraknie prądu, a już takiej deklaracji nikt nie uwzględni. Nie bacząc na nasze protesty, usadzą nas w kinowym fotelu z zawiązanymi z tyłu rękami, a górną powiekę przykleją skoczem do łuku brwiowego, żeby bez przeszkód sączyć swoje trucizny. Ja bym poszła z tym do notariusza, zawszeć to pewniej. Poświadczona notarialnie deklaracja woli w sprawie „Odysei” to byłby naprawdę mocny papier. Można by go nosić zawsze przy sobie na wypadek, gdyby lewackie bojówki urządziły obławę na tych, którzy jeszcze nie widzieli. Wyobraźmy to sobie: już nas mają, już wloką w kajdanach do najbliższego multipleksu, a my, cyk, wyciągamy zza pazuchy ratujący życie dokument i odchodzimy wolno, posyłając siepaczom szyderczy skurcz twarzy. Co za ulga, prawda?
A mówiąc poważnie, „Odysei” Nolana oglądać naprawdę nie trzeba.