„Ależ on się wyciągnął przez wakacje! Chyba znowu podrósł. Jak wróci do szkoły we wrześniu, to go wychowawca nie pozna. I może lepiej...”. Ciocia Klocia albo Wujek Który Wrócił z Ryb pochyla się nad tobą i szczypie za policzek lub tarmosi za włosy – znacie to, prawda? Jestem Ciocią Klocią, a Mateusz Morawiecki jest Mateuszkiem, który zasłużył na blika, niech sobie samodzielnie skoczy do Rossmanna i kupi tigera dla Tygryska vel Kosiniaka, pampersy na nietrzymanie moczu dla dziadków Donalda i Jarosława, dla Rafałka coś na zmarszczki mimiczne, a dla siebie grube rajstopki, by zasłonić twarz formacji, która kradła, ale nikt jej nie rozliczył.
Jako córka i matka wiem najlepiej – nie ma co liczyć na wdzięczność dzieci. Najpierw pomagasz dziecku znaleźć robotę, uczysz fachu, załatwiasz jakieś miejsce w radzie, żeby chłopaka w tę politykę wcisnąć, bo w światowych finansach sobie nie radzi. Dajesz mu pojeździć z tobą w samochodzie prezesa, niech sobie chłopak w takiej niemieckiej limuzynie jak Skoda Superb kierownicą pokręci, dajesz rozkaz Długopisowi, żeby brał chłopaka na premiera, a Beatkę na mule i ośmiorniczki do Brukseli zsyłasz (dość tego śląskiego żuru), a potem chłopak taki numer starym wywija. Na własnej piersi prezes wykarmił taką żmiję, takiego intryganta i niewdzięcznika, że prawdziwy Pinokio wraz z Carlem Collodim w grobie się przewracają.
W dodatku wziął i popsuł starszyźnie praktykę wyćwiczonych asan od pozycji kobry po psa z głową w dół. Bo tak już wprawieni byliśmy w wytykaniu PiS-owi, że kaczyzm to piekło kobiet albo w wykrzykiwaniu „Gdzie jest wrak?” czy „Kazałeś lądować bratu?”, a jak pomysłów zabrakło, to można było się pośmiać z za dużego garnituru, braku konta w banku albo zejść do poziomu karykatury z kartoflem – „afery kartoflanej”.