Po tym, jak Morawiecki i członkowie jego stowarzyszenia zostali wyrzuceni z PiS, a zaraz potem zostali z niego niewyrzuceni, trudno powiedzieć, czy są członkami partii. Zadecydowanie o niewyrzucaniu ich po podjęciu decyzji o wyrzuceniu świadczy o elastycznym podejściu do czasu, który, jak widać, nie jest dla władz PiS problemem, nawet gdy biegnie do tyłu. Dla zwolenników Jarosława Kaczyńskiego to tylko potwierdzenie, że jego przywództwo przezwycięża czas, na skutek czego czas, w którym miałby nastąpić kres tego przywództwa, wciąż się oddala.
Mimo ujawnienia przez Jacka Kurskiego, że Morawiecki, będąc pisowskim premierem, działał na szkodę PiS, chcę jasno powiedzieć, że oskarżanie Donalda Tuska o to, że doprowadził do wyboru swojego byłego doradcy na premiera, żeby za jego pośrednictwem rządzić Polską, będąc w opozycji i udając, że rządzi Kaczyński, uważam za krzywdzące. Tusk bywa bezwzględny, ale nawet jego bezwzględność ma granice. Nie zmienia to faktu, że po tych rewelacjach sytuacja w PiS tak się skomplikowała, że rozumieją ją tylko osoby o umysłowości Kurskiego i Macierewicza. Bo osiągnięcia Morawieckiego, jakie były, takie były, niestety okazuje się, że nie były to osiągnięcia PiS, tylko Niemiec, które omotały Tuska, który omotał Kaczyńskiego, który myślał, że Morawiecki pracuje dla niego.
Na usta ciśnie się pytanie: czy Morawiecki jako premier realizował interesy Tuska działającego w interesie Niemiec, czy interesy Kaczyńskiego myślącego, że Morawiecki jest częścią jego planu (który faktycznie był planem Tuska)? Czy Morawiecki miał świadomość, że działa na zlecenie Tuska działającego na zlecenie Niemiec? Może uważał, że działa zupełnie samodzielnie, ogrywając i Kaczyńskiego (sądzącego, że ogrywa Tuska poprzez podebranie mu jego doradcy), i Tuska (przekonanego, że podsunął Morawieckiego Kaczyńskiemu).