Modulowany czy ciągły? – pytałem sąsiadkę niepewny, czy dźwięk syreny ma mnie przestraszyć, czy uspokoić.
– Modulowany. Ale pan się nie boi, to na pamiątkę powstania warszawskiego. Siedemnasta jest – uspokoiła mnie.
– Oby się nam kiedyś nalot nie pomieszał ze świętem – zażartowałem ponuro. – A pani czci czy ubolewa?
– Nie umiem się zdecydować, od kiedy polonista w liceum zamiast tematu lekcji o powstaniu podyktował nam ten wierszyk:
„Sto tysięcy bez pałasza,
Trzysta dziewcząt w bieli,
I krzyknęli: »Dobra nasza!«,
I wszyscy zginęli”.
Słynne zdanie „Jestem Berlińczykiem” John F. Kennedy wypowiedział dwukrotnie podczas tego samego przemówienia w Berlinie Zachodnim 26 czerwca 1963 r. Była to – od zakończenia drugiej wojny światowej przez ponad 40 lat – większa część Berlina, należąca do Republiki Federalnej Niemiec. Zachodnią część dzieliło od granic RFN co najmniej 200 km. Całe miasto, podzielone murem w 1961 r., otaczała Niemiecka Republika Demokratyczna, łup wojenny Związku Radzieckiego. Do Berlina Zachodniego można było się dostać korytarzami powietrznymi, kolejowymi i drogowymi, kontrolowanymi przez władze komunistyczne.
Kennedy był pierwszym prezydentem, który odwiedził Berlin Zachodni po zbudowaniu muru. Nazwał się Berlińczykiem, wyrażając solidarność z mieszkańcami miasta. Najpierw powiedział, że jest dumny z duchowego obywatelstwa, które porównał do bycia obywatelem starożytnego Rzymu. A potem dumę powiązał z wolnością: „Wszyscy wolni ludzie, gdziekolwiek żyją, są obywatelami Berlina i tym samym ja jako wolny człowiek z dumą mówię »Jestem Berlińczykiem!« (Ich bin ein Berliner). Niby piękne. Jednak dziś wolałbym, żeby powiedział wówczas: Ich bin Ost und Westberliner (Jestem wschodnim i zachodnim Berlińczykiem); żeby pomyślał również o dumie i wolności tych za murem.