Szczęśliwi ludzie, którzy wiedzą, kim są. W poważnych wiadomościach występowała ostatnio pani podpisana prosto i bez żadnych wątpliwości „influencerka”. Profesja pożądana, bo kojarzy się z bogactwem i sławą. Ale nie o życie zawodowe tu chodzi, tylko o tożsamość. Mamy słabość do ludzi, którzy nie potrafią się zdecydować, kim właściwie są. Pisarz? Tak. Filmowiec? Oczywiście. Poeta? Bywa. Filozof? Trochę. Wydawca? Koniecznie.
Stefan Themerson, awangardowy twórca, powiedział o sobie, że wydaje mu się, że w ogóle nie jest rzeczownikiem. „Jestem czasownikiem. Przez miliardy lat nie byłem, potem zacząłem się dziać, teraz się dzieję i wkrótce przestanę się dziać. To są cechy czasownika, nie rzeczownika”. On sam należał właśnie do tego rodzaju twórców, którzy zamiast wybrać jedną dziedzinę i cierpliwie budować w niej pozycję, postanowili sprawdzić, co się stanie, kiedy wszystkie wrzuci się do jednego garnka i trochę zamiesza. Był przede wszystkim ciekawski. Interesowało go nie tyle tworzenie kolejnych dzieł, ile sprawdzanie, co się stanie, kiedy lekko przesuniemy granicę tego, co już znamy. Z żoną Franciszką, również artystką, wymyślili np. bestlookers, w opozycji do bestsellerów. Książka nie musi świetnie się sprzedawać, żeby była ważna. Wystarczy, że jest również ciekawa graficznie i niesztampowa.
Themersonowie w ogóle byli nieufni wobec języka. Nic dziwnego, że interesowało ich rozbieranie słów na części i sprawdzanie, co można z nimi zrobić. W Londynie, dokąd trafili po wojnie, założyli wydawnictwo Gaberbocchus Press, które przez ponad trzy dekady publikowało literaturę eksperymentalną, filozoficzną i artystyczną. Forma, typografia, ilustracja i sposób, w jaki książka trafiała do czytelnika, były częścią doświadczenia. Stawały się czasownikami, bo zmieniały się w zależności od tego, jak odbierali je inni.