Niedawno w „Polityce” przypominałem przestrogi Stanisława Lema na temat sztucznej inteligencji. Muszę teraz dodać coś w rodzaju postscriptum, bo w tej branży dużo się potrafi wydarzyć między jednym numerem tygodnika a drugim. Pisałem wtedy o postulatach regulacji branży wysuwanych przez „zbuntowanych badaczy”, domagających się spowolnienia jej rozwoju. Biorę ten bunt w cudzysłów, bo wielu z nich wygłasza te krytyczne manifesty z błogosławieństwem swoich przełożonych. Ba, Dario Amodei, szef jednej z wiodącej firm tej branży (Anthropic AI, twórcy modelu Claude), sam jest jednym z najgłośniej protestujących.
Wprawdzie wyrażałem sceptycyzm co do szans wprowadzenia tych postulatów w życie, ale wtedy sprawa jeszcze nie była przesądzona. Teraz już jest. Pod koniec września prezesi firm technologicznych spotkali się z Donaldem Trumpem, a ten im obiecał, że nie będzie żadnych regulacji, wystarczy „branżowa samoregulacja”. To przerażające słowa. Branżowa samoregulacja z reguły kończy się katastrofą. Ostatnio przećwiczyliśmy to podczas kryzysu z 2008 r. Wtedy też argumentacja była podobna: nowoczesne narzędzia finansowe są tak wyrafinowane, że urzędnicy nie są w stanie ich pojąć swymi niskobużetowymi móżdżkami. Należy zostawić bankowość bankierom, których zarobki świadczą o ich geniuszu.
To rozumowanie wygrało wprawdzie tylko w Ameryce – w Europie (w tym w Polsce) zachowaliśmy sensowne regulacje. A mimo to bankructwo banków Lehman Brothers i Bear Stearns wywołało wstrząs odczuwany na całym świecie. Po raz już któryś się okazało, że argument „Przecież prezesi nie chcą zbankrutować!