Osiem lat więzienia za spowodowanie wypadku, w którym trzyosobowa rodzina spłonęła żywcem, to wyrok, który kłóci się z poczuciem sprawiedliwości. Jednocześnie najwyższy, jaki mógł zapaść w tych okolicznościach procesowych. „Jedynym winnym i odpowiedzialnym za to, co się wydarzyło, jest Sebastian M.” – powiedziała sędzia Renata Folkman. Wyrok zapadł w Piotrkowie Trybunalskim 21 października, nieco ponad rok od początku procesu i trzy lata od tragedii na autostradzie A1 w pobliżu tego miasta. Wieczorem 16 września 2023 r. w Kię, którą rodzina ze Śląska wracała znad morza, uderzyło tuningowane aż do osiągów sportowych BMW Sebastiana M. Tuż przed wypadkiem M. miał na liczniku od 315 do 329 km/h. Gnał tak, że inni kierowcy nie byli nawet pewni, co ich wyprzedziło, a kierujący Kią do końca nie miał świadomości, że zbliża się śmierć. Siła uderzenia dodała prędkości prawidłowo jadącej Kii, doprowadziła do zapłonu, po czym auto uderzyło w balustradę i zamieniło się w kulę ognia. 37-letnia Martyna, jej mąż, 40-letni Patryk i pięcioletni syn Oliwier spłonęli żywcem.
„O żadnej sprawiedliwości nie ma mowy” – stwierdziła matka Martyny, a pełnomocnik rodziny mec. Łukasz Kowalski mówił, że gdyby przepisy pozwalały żądać 20 czy 30 lat pozbawienia wolności, o taką karę by wystąpił. „Osiągnęliśmy wszystko, na co pozwalało prawo” – podsumował prokurator Aleksander Duda. Nie oskarżył Sebastiana M. o zabójstwo z zamiarem ewentualnym, bo musiałby udowodnić, że kierowca przewidywał możliwość śmierci człowieka i na nią się godził, a o to – choć „na logikę” jest oczywiste – przed sądem trudno.
M. został skazany za nieumyślne spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Według art. 177 par. 2 osiem lat to najwyższy wymiar kary za to przestępstwo, maksymalny jest też zasądzony 15-letni zakaz prowadzenia (bo M.