Śledztwa specjalnej troski
Zbliża się czas rozstrzygnięcia kilku głośnych śledztw z polityką w tle. Zwykle zaczynało się od wielkiego dzwonu, potem sprawa rozpadała się na boczne wątki, a na końcu był już tylko kłopot, jak ją umorzyć, żeby się nie ośmieszyć.
W politycznych śledztwach dowody nigdy nie chcą nadążyć za zapotrzebowaniem. Politycy za dużo żądają od wymiaru sprawiedliwości i, mimo wszystkich możliwości nacisku, nie potrafią dostać tego, co chcą.

Właśnie rozpoczął się proces dr. Mirosława Garlickiego i zarzutu pozbawiania pacjentów życia, oczywiście, nie ma. To miał być pierwszy wielki pokaz sprawności państwa PiS i jego zbrojnego ramienia – CBA. O tym, co było łapówką, a co wyrazem wdzięczności pacjentów, rozstrzygnie sąd. Nie skończyła się jednak sprawa szpitala MSW, w którym znakomity kardiochirurg pracował. Śledztwo trwa tu w najlepsze. Zabrano dokumentację 6 tys. pacjentów, przesłuchano ponad 4 tys. osób, grubo ponad tysiąc jest jeszcze do przesłuchania. Ponieważ CBA nie daje rady dotrzeć wszędzie, przesłuchują funkcjonariusze policji.

Postępowanie swoim nadzorem objęła Helsińska Fundacja Praw Człowieka, gdyż przesłuchuje się także ludzi chorych, na przykład na chorobę Alzheimera. Jaka jest waga składanych przez nich zeznań o wydarzeniach sprzed lat (w postępowaniu chodzi o ewentualne wyłudzenie przez szpital 650 tys. zł od NFZ)? Prokurator krajowy Marek Staszak w piśmie do fundacji tłumaczy, że zawsze zapewniona jest opieka psychologa, a postępowanie musi być kontynuowane, gdyż w Polsce obowiązuje zasada legalizmu. Prawnicy mówią raczej o pomyleniu zasady legalizmu z zasadą idiotyzmu. Wiadomo, że gdy w dowolnym miejscu zgarnie się przypadkową grupę 2–3 tys. osób i wszystkich się przesłucha, na jakiś trop się wpadnie, ktoś coś powie, o czymś będzie wiedział albo przynajmniej będzie mu się wydawało, że coś wie.

Śledztwo w sprawie szpitala MSW ma już swoją nazwę – postępowanie trałowe – czyli ciągnę sieć i czekam, aż coś nią zgarnę. Kiedyś szukano haków na byłego dyrektora prof. Marka Durlika, bo to on zatrudnił Mirosława Garlickiego, dziś nie bardzo wiadomo, na kogo, choć i Durlik jest od czasu do czasu przesłuchiwany.

Podobne trałowanie próbowano wykonać w szpitalu wojskowym przy ul. Szaserów, ale prokuratura wojskowa okazała się bardziej niezależna i do przesłuchiwania tysięcy pacjentów nie doszło.

Akta sobie leżą

„Sensacyjne zeznania w sprawie Ziobry” – taka informacja dotarła w ostatnich dniach do opinii publicznej. Ujawnili ją dziennikarze Radia Zet i TVN 24, którzy „dotarli” do zeznań prokuratora Marka Wełny, złożonych w płockiej prokuraturze. Prokurator wyjawił, że nie mógł prowadzić śledztwa w sprawie mafii paliwowej, tak jak chciał, gdyż był pod stałym naciskiem Zbigniewa Ziobry, Janusza Kaczmarka i Bogdana Święczkowskiego, wielkiej trójki kręcącej za czasów PiS wymiarem sprawiedliwości. Zainteresowanie góry dotyczyło, oczywiście, polityków lewicy – Jacka Piechoty i Małgorzaty Ostrowskiej oraz przyrodniego brata Leszka Millera. Naciskano na Wełnę, by postawił zarzuty Piechocie, ale materiału nie było.

Prokurator Wełna podał się do dymisji. Zarzuty postawiono w końcu Małgorzacie Ostrowskiej, ale było to już po zmianie władzy i Sejm, widząc kruchość uzasadnienia, nie uchylił jej immunitetu. Gdy przestała być posłanką, zarzuty postawiono, ale od dawna w śledztwie nic się nie dzieje, wyjąwszy to, że świadkowie, prawie koronni, przedstawiający „żelazne” dowody, wycofali się z zeznań. Swoje uzyskali, zostali zwolnieni i nie było potrzeby pracować na prokuratorskie zamówienia. Aktu oskarżenia w sądzie nie ma.

Głośna kiedyś sprawa Marka Ungiera, który nie dość, że podobno składał fałszywe zeznania, to miał jako szef gabinetu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ujawnić tajemnicę państwową, wędruje po sądowych półkach już piąty rok. Prowadziła ją prokuratura białostocka, wielce zasłużona w dziedzinie spraw politycznych i podobno wyjątkowo w tej materii sprawna. Najpierw akt oskarżenia leżakował w sądzie katowickim, potem przeniesiono sprawę do rejonowego w Warszawie. Pani sędzia umorzyła jeden zarzut, ale sąd okręgowy tę decyzję uchylił. I dalej nie dzieje się nic. Ungier nie budzi już zainteresowania, więc akta sobie leżą.

Ofiarą niezapomnianej orlenowskiej komisji śledczej było wiele osób, ale najbardziej poszkodowany okazał się Zbigniew Siemiątkowski, mimo że był taki antyrosyjski (słynne zdanie – „kiedyś tanki, teraz gaz”). Pokłosiem obrad orlenowskiej było sześć doniesień na Siemiątkowskiego. Trzy zostały od razu przez prokuraturę odrzucone, gdyż prowadzący je miał już wysługę lat i nikomu nie musiał się specjalnie wykazywać. Dwie sprawy znalazły się w sądzie. Pierwsza, czyli przeciek informacji dla partyjnej koleżanki, że jest celem zainteresowania służb (nowe Starachowice – ekscytowały się media), przeszła wszystkie szczeble, prokuratura katowicka (zbrojne ramię ministra Ziobry) walczyła aż do kasacji w Sądzie Najwyższym, ale przegrała. Siemiątkowskiego uniewinniono. Uniewinniono go również w dwóch instancjach z podejrzenia, że wynosząc własne notatki z rozmowy z Janem Kulczykiem ujawnił tajemnicę państwową. A co ze sprawą tak zwanego obiadu wiedeńskiego, czyli spotkania Kulczyk–Ałganow, kolejnym dziełem komisji orlenowskiej? Było postępowanie i gdzie jest efekt, o co w sprawie chodziło?

Sprawa główna, czyli zatrzymanie ówczesnego szefa Orlenu Andrzeja Modrzejewskiego, przeżywa perypetie co najmniej dziwne i nie bardzo wiadomo, czy jeszcze się toczy. Siemiątkowskiemu postawiono zarzut przekroczenia uprawnień (podobnie jak płk. Bieszyńskiemu i płk. Tarnowskiemu z dawnego UOP). To było w październiku 2005 r.

Zarzuty chciano postawić jeszcze prokuratorom, ale sądy dyscyplinarne nie zgodziły się na uchylenie im immunitetów. Nie toczyło się więc żadne postępowanie, nikt nikogo nie przesłuchiwał, aż wreszcie we wrześniu tego roku prokuratura zawiesiła postępowanie w sprawie. To jest najgorsza z możliwości dla tych, którym zarzuty postawiono, gdyż nie mają żadnych szans, aby stanąć wreszcie przed sądem i próbować się oczyścić lub zostać skazanym, ale mieć jasną sytuację, na przykład przy podejmowaniu pracy. Na tę decyzję oczywiście wszyscy złożyli zażalenie i czekają, co dalej. Ale czy kogoś jeszcze interesuje, jak to naprawdę było z zatrzymaniem Modrzejewskiego? Jakie mechanizmy działały w tamtej sprawie, która budziła tyle emocji i była ważnym elementem fundamentu, jaki kładziono pod IV RP?

Przesłuchanie raz na rok

Były minister skarbu Emil Wąsacz nie może powiedzieć, że w jego sprawie dotyczącej prywatyzacji PZU nic się nie dzieje. Prokuratura gdańska, do której przewożono go na oczach całej Polski (zarzut – przekroczenie uprawnień z możliwością osiągnięcia korzyści), skrzętnie informuje go, czasem nawet raz na miesiąc, jakie to czynności wykonuje. Na przykład wynajmuje kolejnych biegłych, zleca tłumaczenie pism z obcych języków na polski. Informowany jest również, jaki jest koszt tych czynności.

Samego Wąsacza ostatni raz przesłuchiwano rok temu. Aktu oskarżenia oczywiście nie ma, bo zapewne trudno go napisać, mimo że ówczesny prokurator krajowy Janusz Kaczmarek całej Polsce pokazywał na konferencji prasowej druzgocącą ponoć ekspertyzę wyjątkowo solidnej kancelarii, na podstawie której były minister mógł być podobno nawet aresztowany. Teraz dopiero okazuje się, ilu jeszcze analiz potrzeba.

Zresztą, czy ktoś dziś ogarnie, co to jest sprawa PZU, ile i jakich postępowań się pod tym hasłem toczy? Od czasu do czasu pojawiają się fajerwerki w rodzaju odkrycia spisku przeciwko Grzegorzowi Wieczerzakowi (poznańscy prokuratorzy jeszcze w 2006 r. przesłuchali w tej sprawie kilkadziesiąt osób). Spisek żył medialnie kilka dni i potem gdzieś się zawieruszył. Nie zawieruszył się natomiast Klub Krakowskiego Przedmieścia, którego istnienie Wieczerzak ujawnił podczas przesłuchania przed komisją śledczą do sprawy PZU. Klub miał zrzeszać osoby związane z ówczesnym prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim, które coś sobie wzajemnie załatwiały. Przez lata o klubie było cicho i teraz nagle prokuratura przesłuchuje jego potencjalnych członków. Przesłuchiwani opowiadają, że pytania polegają głównie na ustalaniu, kto kogo zna. Lista znających się wzajemnie, a także nieznających się jest długa i widnieje na niej nawet nazwisko Kazimierza Marcinkiewicza.

Były prezydent Aleksander Kwaśniewski w prokuraturze bywa często, choć już nie tak często jak rok temu. Umorzono bowiem sprawę zatajenia braku magisterium (prokurator nie poniósł żadnej kary za prowadzenie postępowania bez podstawy prawnej). Nie bardzo wiadomo, co dzieje się z badaniem jego majątku (sprawa rozpoczęta po ujawnieniu tak zwanych taśm Gudzowatego). Wszystkie dokumenty finansowe państwo Kwaśniewscy przekazali prokuraturze ponad rok temu i nie zauważyli żadnego dalszego zainteresowania. W każdym razie nikt ich nawet nie przesłuchał.

Jest człowiek, trzeba dowodów

Więcej szczęścia miała Jolanta Kwaśniewska, gdyż umorzono już wszystkie wątki związane z jej fundacją, a nawet zwrócono fundacji całą dokumentację. Nie omieszkano jednak (znów niezawodna prokuratura w Katowicach) poinformować, że prezes jej fundacji Andrzej Kratiuk został zatrzymany. Po kilku godzinach tłumaczono, że nie ma to nic wspólnego z jej fundacją, a rzecz dotyczy prania brudnych pieniędzy i podejrzeń o przestępstwa giełdowe. Jakie to przestępstwa, nie wiadomo, gdyż oczywiście „trwa intensywne śledztwo”, ale prokuratura nawet nie wystąpiła do sądu o areszt, zażądano tylko, bagatela, 2 mln zł kaucji. Można powiedzieć, w prokuraturze idzie nowe. Kiedyś, gdyby zanosiło się na taką kaucję, areszt byłby oczywisty. Na razie nie wiadomo, czy sąd tę kaucję podtrzyma.

Wiadomo jednak, dlaczego w areszcie przebywa Peter Vogel (sąd przedłużył areszt do marca, co oznacza, że będzie siedział przynajmniej rok). Otóż od czerwca prokuratura nie może przesłuchać czterech świadków, prawda, że zagranicznych, ale jednak tylko czterech. Można zrozumieć, że nie za bardzo się spieszy, ponieważ pranie brudnych pieniędzy przez Vogla, jak można wnosić z dotychczasowych informacji, polega na tym, że pieniądze legalne czynił nielegalnymi, co byłoby ewenementem w skali światowej. Być może jednak areszt Vogla ma charakter wydobywczy, gdyż poszukiwanie kont lewicy trwa, mimo że Janusz Karczmarek przyznał, że niczego nie wyśledził i zawarł już sądową ugodę z SLD z tej sprawie.

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski szczyci się tym, że nie wywiera żadnych nacisków na prokuraturę, nie wydaje jej żadnych poleceń, tylko czeka na uchwalenie przez Sejm ustawy rozdzielającej funkcje ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. A ta nie może wejść ponownie pod obrady plenarne, ponieważ trwa spór (wskutek lobbingu prokuratorów) o utrzymanie jednego szczebla, czyli prokuratur apelacyjnych, najbardziej w przeszłości upolitycznionych i najbardziej skłonnych do robótek na partyjne zamówienia. Zapewne ustawa w końcu zostanie uchwalona, „apelacje”, choć w okrojonej formule, pozostaną i rozdział funkcji nastąpi – choć trudno uwierzyć, że będzie to naprawdę skuteczny lek na usłużność polityczną prokuratury.

Zanim jednak to się stanie, przydałoby się wyjaśnienie, co dzieje się z bardzo licznymi za czasów poprzedniej ekipy (wcześniejsze też miały tu swoje osiągnięcia) sprawami o podłożu politycznym. Taki swoisty audyt miał zostać przedstawiony do końca czerwca.

Umarzać albo do sądu

Tymczasem zamiast audytu mamy początek nowej aktywności w starych, uśpionych już sprawach (vide – Klub Krakowskiego Przedmieścia). Czy ta aktywność ma zmierzać do kończenia spraw? Nic na to nie wskazuje, raczej widać, że duch ministra Ziobry krąży po prokuraturze, a jego gwardia ma się nadal nieźle. Sam zaś były minister wzywa prokuraturę do większej aktywności, ponieważ już dawno uchylono mu immunitet, a jego nawet nie przesłuchano. Zapowiada, że pójdzie ze skargą do Strasburga. Można więc powiedzieć, że znalazł się w tej samej sytuacji jak ci, których sam polecał nie tak dawno ścigać (choć prawnicze wykształcenie powinno mu podpowiedzieć, że na tym etapie sprawy Strasburg mu jeszcze nie przysługuje).

Nie zmienia to faktu, że niedługo może się okazać, że miał rację twierdząc, że robi mu się sprawę polityczną. Jeżeli prokuratura będzie pracować tak samo jak za jego czasów, czekając na wytyczne z góry i nie podejmując odważnych decyzji (umarzamy albo idziemy do sądu), będzie to wniosek jedyny. Na razie dojmujące jest wrażenie paraliżu decyzyjnego. Przecież nawet nie wiemy, co stało się na 40 piętrze hotelu Marriott. Czy ktoś popełnił tam jakieś przestępstwo? Czy wyjaśnienie tej sprawy też musi tak długo trwać?


Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj