Imperator i jego żołnierze
Nie ma odwilży między prezydentem i premierem. Zimna wojna przerodziła się w gorącą i będzie jeszcze goręcej, bo PiS właśnie zakończył politykę pokoju.

Kompetencyjne spory prezydenta z premierem mają już swoją długą historię. Raz było ostro, gdy prezydentowi odmawiano samolotu do Brukseli, raz łagodniej, gdy panowie jeździli wspólnie i demonstrowali na konferencjach prasowych sztuczne do bólu uśmiechy. Nigdy jednak nie było tak jak w ów feralny wielkanocny poniedziałek, kiedy to prezydent w obliczu wielkiej ludzkiej tragedii skarżył się, że nie został na czas poinformowany, skutkiem czego pojawił się w Kamieniu w kilka godzin po premierze.

Tu już zabrakło nie tylko wyczucia, kiedy można prowadzić prestiżowe i wyborcze porachunki, ale po prostu dobrego smaku, by nie powiedzieć przyzwoitości. To było poniżej godności urzędu, jaki Lech Kaczyński sprawuje i którego sztandar chce tak wysoko, właśnie godnościowo, wznosić. Jeżeli tak często żąda się szacunku dla głowy państwa i najwyższego urzędu, to wypada go samemu także szanować.

Nawet jeżeli prezydenta na czas nie powiadomiono, to dobrze byłoby milczeć, bo to przecież zwyczajnie wstyd wyciągać osobiste żale i urażoną ambicję w obliczu tragedii, zwłaszcza gdy samemu ogłasza się długą żałobę. Lech Kaczyński tego nie potrafił, co znaczy, że emocjonalna granica niechęci czy wręcz nienawiści została przekroczona. Podobnie jak przekroczył ją rzecznik rządu oznajmiający, żeby urzędnicy prezydenta oglądali po prostu telewizję. Nawet jeżeli miał sporo racji – bo przecież prezydencki personel liczy kilkaset osób, w tym Biuro Bezpieczeństwa Narodowego – to też powinien był milczeć. Choćby dlatego, aby nie dawać pretekstu do rozważań o kolejnej kłótni między prezydentem i premierem, bo kłótni wówczas jeszcze nie było. Rozpoczął ją później niezawodny w takich przypadkach prezydencki dwór, skarżąc się, że służby rządowe nie informują o wydarzeniach ważnych, a informują o dyrdymałach.

Warto jednak przypomnieć, że z informowaniem BBN o ważnych wydarzeniach nie jest tak prosto. Po katastrofie samolotu CASA, kiedy to prezydent również miał pretensje do rządu, okazało się, że próbowano BBN poinformować, ale w podległych mu służbach nikt nie odbierał telefonu. Po prostu. Nie słychać, by prezydent wyciągnął konsekwencje wobec swych urzędników.

Głuche telefony

Pomińmy jednak niezrozumiały i absurdalny momentami spór o zakres informacji, jakie powinien dostawać prezydent. Jeżeli przez półtora roku obu kancelariom nie udało się go sprecyzować, to znaczy, że już się nie uda. A nawet jeśli formalnie coś uzgodnią, zawsze pojawią się wydarzenia, które każdy będzie mógł zinterpretować tak, jak mu jest politycznie wygodnie. Nie o informowanie tu bowiem idzie, ale o zyski polityczne. Na dobrą sprawę w Kamieniu Pomorskim na tle spalonego budynku prezydent nie był w ogóle potrzebny, może nawet nie był potrzebny premier.

To było pole działania wyspecjalizowanych służb podlegających rządowi, a więc wojewody jako najwyższego przedstawiciela rządu w terenie i ewentualnie ministra spraw wewnętrznych. Tak się jednak od pewnego czasu przyjęło, że na miejsce wielkich tragedii spieszą najwyżsi państwowi urzędnicy, aby okazać solidarność z tymi, którzy cierpią i ewentualnie pobudzić do szybkich działań podległy im aparat urzędniczy (prezydent akurat takiego aparatu nie ma).

W polskich warunkach wyjątkowo ostrego i nasilającego się konfliktu politycznego jest to medialny wyścig po wyborcze punkty, nawet jeżeli nie takie byłyby intencje głównych aktorów tych zdarzeń. Obaj muszą mieć jednak świadomość, że te interpretacje będą dominujące. Za daleko sprawy zaszły, aby mogło być inaczej. Coraz częściej prezydent swoje porachunki z rządem załatwia także na zagranicznych medialnych targowiskach, co jest obyczajem niestandardowym.

Wiemy od dawna, że prezydent, wspierany przez brata, rozpycha się w konstytucyjnych uprawnieniach i metodą faktów dokonanych próbuje faktycznie zmienić ustrój państwa z parlamentarno-gabinetowego na prezydencki. I to nie tylko w polityce międzynarodowej, ale także w wewnętrznej, przez wetowanie najważniejszych reform rządowych.

Można nawet powiedzieć, że im bardziej prezydent demonstruje tę swoją dziwną niby-pewność siebie na salonach międzynarodowych, po których przechadza się krokiem sztucznie zamaszystym, tym ostrzej i szerzej wkracza w sprawy krajowe. Tu jednak brak mu konsekwencji. A przede wszystkim narzędzi do sprawowania realnej władzy.

Może więc w gruncie rzeczy tylko wywoływać niepokój, zamieszanie i destrukcję za pomocą weta. W polityce wewnętrznej kolejne konferencje ekonomistów, mających radzić nad kryzysem, nie budzą już zainteresowania, gdyż nie mają żadnej mocy sprawczej, a ich wydźwięk propagandowy też jest coraz mniejszy. Nawet jeżeli powstanie przy prezydencie jakaś Narodowa Rada Rozwoju, będzie ciałem wyłącznie dekoracyjnym, bo tu instrumenty ma rząd i jego zadaniem jest zmierzenie się z kryzysem.

Prezydent ma weto i prezesa Skrzypka w NBP, ograniczonego jednak istnieniem Rady Polityki Pieniężnej i jej opiniami. Nie może więc prowadzić polityki, może szarpać się z polityką rządu, i to czyni, także gromadząc wokół siebie niezadowolonych, w tym związki zawodowe, zwłaszcza Solidarność – swoją wyborczą bazę.

Od dawna wiemy, że Lech Kaczyński jest prezydentem jednej tylko partii, czyli PiS. Nawet w Kamieniu Pomorskim w kadrze pojawił się miejscowy poseł PiS Joachim Brudziński, a nie kancelaryjny urzędnik odpowiedzialny za bezpieczeństwo. Tu nikt już niczego nie udaje, nie ma żadnej próby podjęcia trudu budowy prezydentury nieco mniej partyjnej. „Kocham pana prezydenta, jestem pana żołnierzem i zawsze nim będę” – wyznawał z nadzwyczajną szczerością i gorliwością Michał Kamiński, gdy wraz prof. Ryszardem Legutką żegnali się z posadami u prezydenta, by ruszyć na szlak kampanii do Parlamentu Europejskiego jako kandydaci Prawa i Sprawiedliwości.

To była scena więcej niż symboliczna (trudno nie zauważyć, że minione dni takich symbolicznych scen dostarczyły nam w nadmiarze) – oto imperator żegna swoich ruszających na front żołnierzy sławiąc ich zalety i zapewniając, że zawsze mogą wrócić. W tle zebrany cały dwór, po prostu feta. Wystarczy przypomnieć, jak prawie w przedpokoju prezydent powierzał Donaldowi Tuskowi misję tworzenia rządu, by zobaczyć całą tę przepaść między dwoma członami państwowej władzy.

Opiekunowie ministrów

Nie tylko Michał Kamiński jest przecież kochającym i wiernym żołnierzem, który oczywiście po swojej kampanii wróci, aby przygotowywać prezydencką, gdyż jest to jego główna polityczna kwalifikacja. Zespół współpracowników prezydenta to w ogóle grupa żołnierzy skorych do boju, często dobieranych wyłącznie pod kątem lojalności wobec osoby panującej. Typowym przykładem jest wiceszef BBN Witold Waszczykowski, który został nagrodzony posadą za brak innej lojalności, mianowicie urzędniczej, w czasie gdy był wiceministrem spraw zagranicznych.

Nie ma urzędników państwowców, są właśnie żołnierze ścierających się stron i niewątpliwie prym w agresywności wiodą prezydenccy. Jest przecież oczywiste, że Aleksander Szczygło został szefem BBN, aby stać się agresywną przeciwwagą dla ministra obrony narodowej Bogdana Klicha, a nie dlatego, że w szczególny sposób zdolny jest do zbudowania struktury analitycznej w kwestiach bezpieczeństwa. Szczygło najlepiej czuje się w boju i próby dezawuowania ministra obrony stały się jego najmocniejszą stroną, co obejmuje także kwestionowanie personalnych decyzji MON, nawet w tak delikatnych kwestiach jak reprezentowanie Polski w NATO.

Czy tak buduje się cywilną kontrolę nad armią, czy też tylko czyni się armię przedmiotem międzypartyjnych i ambicjonalnych walk? Każdy przecież będzie miał swoich generałów i pułkowników, swoich zwolenników i plotkarskich donosicieli. Najwyraźniej jego poprzednik Władysław Stasiak nie był wystarczająco bojowy, gdyż nosił gdzieś tam w sobie, wyniesioną ze szkoły administracji publicznej, pamięć o istocie służby cywilnej i w sytuacjach konfliktowych bywał po prostu nieporadny. Widać było, że marnie czuje się w roli żołnierza.

W boju znakomicie poczuł się natomiast Piotr Kownacki, wydawało się sprawny urzędnik, w gruncie rzeczy mało partyjny. Bywało już, że żołnierską wiernością i żarliwością przewyższał nawet Michała Kamińskiego. Ciekawym doświadczeniem pod tym względem było posiedzenie Trybunału Konstytucyjnego, obradującego nad wnioskiem rządu w sprawie sporu kompetencyjnego na tle ustalania delegacji na szczyty Unii Europejskiej. To właśnie Kownacki, wyjątkowo słaby w argumentach prawnych, nieustannie próbował strywializować całą sprawę, sprowadzając ją do wojny o krzesła i troszcząc się o miejsce dla własnych medialnych występów w przerwach obrad. Kilka dni potem, już przy okazji szczytu NATO, okazało się, że to jednak głęboki spór w istocie o to, co oznacza głos Polski na arenie międzynarodowej: czy to głos rządu, prezydenta czy jakaś średnia z obu stanowisk?

Prawie 68 proc. ostatnio ankietowanych ocenia prezydenturę Lecha Kaczyńskiego bardzo źle, co jest wynikiem druzgocącym, najgorszym od początku kadencji. Po trzech latach aż 75 proc. Polaków oceniało dobrze prezydenturę Aleksandra Kwaśniewskiego. Ale Tuskowi też spada – odpowiadają natychmiast prezydenccy urzędnicy i politycy PiS. W tym stwierdzeniu zawiera się właśnie kwintesencja toczonych wojen i istota polityki, która żywi się konfliktem, istnieje tylko w powiązaniu z Tuskiem.

Nie ma dobrego klucza do tej prezydentury, nie ma jej wizji. Sam PiS zdaje sobie sprawę z naturalnych ograniczeń Lecha Kaczyńskiego, jego nieporadności, słabości w wystąpieniach publicznych, często nieskładnych, trudno zrozumiałych, także ze względu na sposób mówienia. Nawet polityczni zwolennicy PiS wiedzą, że ich kandydat do reelekcji jest słaby i cała nadzieja na zwycięstwo w tym, że Tusk też wystarczająco osłabnie. Tylko ścisły związek z partią Jarosława Kaczyńskiego daje szansę ewentualnego sukcesu, czyli reelekcji. Partia jest w ciągłej walce, więc i prezydent musi być na polu bitwy. Okresy miłości i konfliktu prezydenta z premierem pokrywają się z taktyką Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy tylko prezes PiS zakończył okres pokoju, pojawiły się awantury na tle NATO, pożaru, wizyty na Litwie.

Być może dzieje się tak czasem nawet wbrew woli Lecha Kaczyńskiego, ale taka jest mechanika tego sporu. Na razie sukcesem otoczenia prezydenta i PiS jest stworzenie wrażenia symetrii stron, wedle którego zarzewiem konfliktu w równej mierze jest premier i jego otoczenie, jak i prezydent, co z rzeczywistością ma niewiele wspólnego. Stroną napastliwą jest bowiem zdecydowanie prezydent i jego żołnierze.

Trybunał nie, wybory tak

To oczywiście nie oznacza, że sam Lech Kaczyński nie ma żadnej wizji swojej prezydentury. Ma wizję, najprościej rzecz ujmując, monarszą. Wystarczy posłuchać. Jestem pierwszym obywatelem RP, głową państwa, której należy się szacunek, czyli: będę robił, co chcę, i nie przyjmę żadnych wskazówek. Rząd chce mi przekazać swoje stanowisko, instrukcję, narzucić jakiś punkt widzenia? Śmieszne, przecież to ja wiem najlepiej, jaka polityka jest Polsce potrzebna, bo jestem lepszym patriotą, lepiej definiuję polską rację stanu, a każde ograniczenie narusza moją godność. Tak więc godność naruszyć może wszystko, także to, że premier gdzieś pojawi się pierwszy.

Na taką wizję nie ma dobrej odpowiedzi ze strony rządu i być nie może. Wobec takiej wizji jest się po prostu bezradnym. Orzeczenie w sprawie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego, mające jakoś tam przesądzić, kto ustala skład delegacji na szczyty Unii Europejskiej, będzie co najwyżej porażką prezydenta, jeżeli okaże się dla niego niepomyślne, ale przecież wiadomo, że stosunek prezydenta do TK jest bardzo instrumentalny. Trybunał bywa omylny, prezydent nie, sam przecież jest prawnikiem i wszystko jest dla niego (oraz dla brata) oczywistą oczywistością.

Wręczanie przed wyjazdem stanowiska rządu w kwestiach, które powinny być poruszone podczas wizyty – jak to miało miejsce ostatnio w przypadku wyjazdu na Litwę – przychodzi za późno. Gdyby tę praktykę przyjęto od początku, byłaby racjonalna, nie miałaby charakteru działania odwetowego, właśnie na złość, „dla poniżenia prezydenta instrukcjami”. Wyciąganie z szuflady ustawy kompetencyjnej, która miała zostać uchwalona wiele miesięcy temu, też niewiele zmieni, zwłaszcza że rzecz dotyczy wszystkich władz, a nie tylko prezydenta. Ta ustawa, niewątpliwie potrzebna, będzie obecnie tylko powodem nowego konfliktu i nawet jeśli trafi w końcu pod ocenę Trybunału Konstytucyjnego i tak nie zostanie szybko oceniona. Widać, że Trybunał broni się przed zajmowaniem stanowisk, którym łatwo przypisać polityczną treść.

Rządowi zabrakło konsekwencji w stosunkach z prezydentem – próbował lawirować od nawiązywania pozornie poprawnych relacji, poprzez eskalację konfliktu, aż do pewnej obojętności na pojawiające się bez przerwy pretensje. Wszyscy jednak zdawali sobie sprawę, że na linii prezydent–premier poprawy stosunków nie będzie. Może być tylko festiwal masek, nieszczerych uśmiechów i coraz częstszych otwartych wojen. Wszelkie wezwania, aby porozumieć się i wypracować jakiś model kohabitacji, są dziś albo wyrazem bezradności, albo hipokryzją. Scenariusz wojny został już dawno napisany. A kompetencyjny spór pomiędzy Kaczyńskim a Tuskiem – co widać już jasno – będzie rozwiązany w końcu przyszłego roku w prezydenckich wyborach.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj