Munch i inni

Czarne anioły nad kołyską
W wiedeńskim Leopold Museum otwarto ciekawą wystawę, której głównym bohaterem jest Edvard Munch. Towarzyszy mu grupa XIX-wiecznych artystów, którzy, podobnie jak i on, lubili wszystko co niesamowite, niezwykłe, dziwaczne.
James Ensor - Od śmiechu do łez
Materiały promocyjne

James Ensor - Od śmiechu do łez

Pietro Pajetta - Nienawiść
Materiały promocyjne

Pietro Pajetta - Nienawiść

Nad wejściem do muzealnych sal winien zawisnąć cytat z wczesnoromantycznego poety niemieckiego Georga Philippa Novalisa: „Nasze najsłodsze pieśni to te, które opiewają najsmutniejsze myśli”. Absolutnie nieodpowiedni na obecne jesienne chandry, ale dobrze oddający charakter wystawy. Podobnym tropem zdały się wędrować w XIX w. myśli wielu malarzy. Z pewnym pożytkiem dla historii sztuki, czego dowodem ta wystawa, ale nie zawsze z korzyścią dla własnego życia. Widać, że zawodowe rozpamiętywanie smutków wiązać się musi z osobistymi kosztami. Popatrzmy. Szczególnie dopieszczony na wystawie Edvard Munch przechodził długoletni kryzys psychiczny, załamanie nerwowe dotknęło też Alfreda Kubina. Odludkami i samotnikami, a niekiedy mizantropami byli Odilon Redon, Gustav Moreau i James Ensor.

Depresyjny wydźwięk sztuki Muncha wydaje się oczywisty. Ale jakże może być inaczej, skoro w jego sztuce (i życiu), jak w tyglu, mieszało się wszystko co dołujące. „Choroba, szaleństwo i śmierć to czarne anioły, które czuwały nad moją kołyską” – wyznał kiedyś sam artysta. A dodać by można neurotycznie i dziwacznie pokręcone związki z kobietami, które także znalazły ujście w jego sztuce, w wizerunkach kobiet o kuszących ciałach i odrażających twarzach. W Wiedniu zgromadzono sporo jego obrazów, rysunków i grafik; chore dziecko, konający, wampirzyca, syfilis, płacz, zazdrość, niepokój, krzyk, uczuciowa pustka. Mnogość inspiracji, ale wszystkie jakby wyjęte z jednej szuflady. Munch reprezentowany jednym, dwoma obrazami, może być nawet pociągający w tej swojej dekadencji. Ale takie nagromadzenie nieszczęść staje się trudne do spokojnego kontemplowania. Szczególnie w listopadową pluchę.

Tymczasem na wystawie trzeba doświadczyć dużo więcej ponad munchowskie fobie. Kuratorzy postanowili bowiem uraczyć zwiedzających możliwie najpełniejszą paletą XIX-wiecznych niesamowitości. Z artystycznego punktu widzenia to decyzja słuszna. Popularny wówczas symbolizm skutkował bowiem licznymi i z zapałem realizowanymi twórczymi wizjami będącymi poza światem realnym, tym dobrze nam znanym z codziennej egzystencji. Punktem wyjścia uczyniono prace artystów rozwijających swoje oniryczne narracje jeszcze w końcówce XVIII w. To tajemnicze, monumentalne i niekończące się budowle z grafik Battisty Piranesiego, groteskowo-patetyczne wizje z prac niedoszłego księdza Heinricha Füssli i oczywiście zjawy i koszmary z cyklu „Szaleństwa” Francisca Goi. Co oni zaczęli, inni kontynuowali.

Wystawę przygotowano z analitycznym zacięciem. Wyróżniono tematy i wątki, pieczołowicie przypisując poszczególne dzieła do różnych kategorii typu: Symbolika podświadomości, Trauma i koszmary, Wizje okultystyczne, Kraina umarłych czy Śmierć i diabeł. Obficie odwoływano się do Zygmunta Freuda, który także pisał o niesamowitościach. Najwyraźniej postanowiono rozplątać powikłane ścieżki, którymi wędrowały myśli artystów. Tych nadwrażliwych, ulegających uczuciom, dla których rzeczy tym bardziej były atrakcyjne, im bardziej odległe od ciepła i bezpieczeństwa domowego ogniska.

Niepokojący nastrój

Ta uporządkowana przez Austriaków galeria tajemniczości i osobliwości jest oczywiście – także z punktu widzenia przeciętnego widza – bardzo atrakcyjna. Rzecz w tym, iż po pewnym (wcale nie takim długim) czasie obcowania z nimi zlewają się w jedną wielką masę. Oszczędzę więc czytelnikom szczegółowej wędrówki od działu do działu i od obrazu do obrazu, w zamian jednak fundując skrótowy przegląd ulubionych motywów malarskich i graficznych.

Przede wszystkim cały zestaw postaci i sytuacji, które mają przypominać widzowi – jak w sztuce średniowiecznej – o nieuchronności śmierci. Przez sztukę wędruje więc kostucha z kosą, zbierając swoje żniwo. Za nią ciągną się całuny i rosną groby. A kogo nie dopadnie, ten sam jej wychodzi naprzeciw. XIX-wieczni twórcy dokumentujący niesamowitości, z jakąś perwersyjną przyjemnością rysowali i malowali bowiem samobójców, głównie wisielców, bo to efektowny i mrożący krew w żyłach widok (biedacy dyndali na żyrandolu, drzewie, kościelnym dzwonie, a nawet bożonarodzeniowej choince).

Częstym elementem tworzenia niepokojącego nastroju była woda. Bez statków, łodzi czy choćby łódek, ale za to z płynącymi topielicami lub wyłaniającymi się morskimi potworami i zjawami. W tych dziełach, jak w dawnej sztuce, trzeba było dostrzec symbolikę. Koń to był symbol siły i życia, wąż – męskiego członka, włosy – erotyki itd. Oczywiście w malarstwie tym nie mogło zabraknąć dyżurnych przerażaczy: duchów zmarłych, koszmarów sennych, okultystycznych wizji, niepokojących pejzaży, w których czai się nieokreślone i niewidoczne zagrożenie i zło.

Odwrót XIX-wiecznych twórców od rzeczywistego świata ku metafizyce był czymś oczywistym. Niepokorna i cierpiąca artystyczna dusza słusznie burzyła się przeciwko zadowolonemu z siebie i rosnącemu w siłę mieszczaństwu oraz przeciwko wszystkiemu temu, co składało się na świat jego wartości: racjonalizmowi w estetyce, moralności i religii czy naturalizmowi i historyzmowi w sztuce. Odpowiedzią na schludny salonik, tradycyjne wartości i konserwatywne gusty było więc nurzanie się w okropnościach, satysfakcja z przypominania o nieuchronności śmierci, wywlekanie emocji, które wypadało skrywać i sugerowanie, że ów uporządkowany i widzialny świat nie jest jedynym z możliwie istniejących.

Świadectwo epoki

Tę demonstrację ogląda się dziś ze zrozumieniem dla jej motywów, uznaniem dla fantazji i wyobraźni, a często i warsztatowego kunsztu artystów. Ale czy budzi emocje? Raczej nie. Niesamowitości wydają się naiwne, dużo bliższe opowieściom dla niegrzecznych dzieci niż światu współczesnej estetyki. Rzeczywiste koszmary XX w. oraz doświadczenia kilku ostatnich pokoleń sprawiły, iż tamte duchy i kościotrupy ogląda się dziś ze spokojem, a momentami – o zgrozo – ze znudzeniem.

Czy zatem wiedeńska wystawa warta jest uwagi? Owszem. To starannie sporządzone świadectwo pewnej epoki artystycznej. Warto też ją zobaczyć dla kilku obrazów Muncha, choćby po to, by przekonać się, że namalował dobrze nie tylko „Madonnę” i „Krzyk”, ale też „Czerwone i białe”, „Popioły”, „Płaczącą nagą”. Także dla onirycznych masek z obrazów Jamesa Ensora i wyciszonej „Śmierci i mężczyzny” Egona Schiele.


„Edvard Munch i Niesamowite”,
Leopold Museum, Wiedeń, czynna do 18.01.2010 r.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną