Kultura

Ich troje i ONA bez cenzury

Rozmowa z autorami kryminału „Orchidea” [wersja hard]

Od lewej: Marcin Świetlicki, Ireneusz Grin, Gaja Grzegorzewska Od lewej: Marcin Świetlicki, Ireneusz Grin, Gaja Grzegorzewska Grzegorz Kozakiewicz
Komedia obyczajowo-kryminalna bez puenty z udziałem Marcina Świetlickiego, Gai Grzegorzewskiej i Irka Grina. Spisał i w całość spiął Marcin Wilk. [Wersja z brzydkimi wyrazami i niepoprawna politycznie]
Uwaga! Materiał zawiera wypowiedzi niecenzuralne oraz niepoprawne politycznie.s2art/Flickr CC by SA Uwaga! Materiał zawiera wypowiedzi niecenzuralne oraz niepoprawne politycznie.
Dzieci proszone są o natychmiastowe oddalenie się od ekranów.rich115/Flickr CC by SA Dzieci proszone są o natychmiastowe oddalenie się od ekranów.
Zawarte w materiale treści mogą szokować.DavidDennisPhotos.com/Flickr CC by SA Zawarte w materiale treści mogą szokować.

W rolach głównych:

Marcin Świetlicki ()
Ireneusz Grin (IG)
Gaja Grzegorzewska (GG)
Marcin Wilk (MW)

Miejsce akcji:
Popularna knajpa w Krakowie niedaleko Małego Rynku. Stolik blisko okna.

Rekwizyty:
Kieliszek ze Stockiem, kufel z piwem, szklanka ze słomką i z sokiem, karteczki z pytaniami, papierochy.

AKT I

MW: - Jak wyglądało to Wasze wspólne pisanie?

: - Siedzieliśmy w trójkę.

IG: - W „Mleczarni”.

GG: - Na Kazimierzu.

: - Irek w środku, Gaja po lewej, ja po prawej. Najpierw rozmawialiśmy, później zaczynaliśmy pisać. Pierwsze zdanie wynikało najczęściej z tej rozmowy.

GG: - Albo ktoś przychodził z jakimś pomysłem.

IG: - Albo ktoś przechodził i coś powiedział.

: - A potem jak było już 5 tysięcy znaków to przerywaliśmy abstynencję i szliśmy pić.

IG: - Gdyż my w pracy nie pijemy.

MW: - Jasne!

IG: - Słowo!

GG: - Słowo!

: - No, słowo!

IG: - Ale nikt nam nie wierzy.

: - Nikt!

MW: - Pozwólcie, że przemilczę to.

(po chwili): - No dobra. Jest jeden odcinek, którego nie pamiętam.

GG: - Który?

MŚ: - Nie wiem. (śmiech)

MW: - Najpierw było pisanie dla portalu internetowego, czy tak?

IG: - Przyszli do nas z dobrze płatnym zleceniem i przyjęliśmy po prostu. Ale potem...

GG: - …oni chcieli, żeby było więcej przemocy, żadnych brzydkich wyrazów.

: - Tak właśnie. Bez seksu, ale dużo przemocy!

IG: - A myśmy dobrze wiedzieli, że to musi wybrzmieć dobrze. Dla nas to było pisarskie wyzwanie: zrobić coś innego niż robimy osobno.

MW: - Z przemocą i bez brzydkich wyrazów.

: - Tak. Dlatego rozcinanie gardła by przeszło, ale gdybyśmy napisali „jucha sikała jak chuj” to już by nie przeszło.

IG: - Bo jucha może sikać. Ale nie jak chuj.

GG: - Może na przykład sikać jak diabli.

MW: - Lekka cenzura po prostu.

GG: - Wynikało to zapewne z ogólnej dostępności w Internecie do tekstu.

(gwałtownie): - Dobra, dobra. Ale jak internauta to czyta i napisze „chujowa to powieść!” to można?

IG (entuzjastycznie): - O! O właśnie!

GG (rzeczowo): - Nie, nie można! Moderator to wyrzuci!

: - Po jakimś czasie dopiero!!

GG: - Od razu!!!

IG (uspokajająco): - No dobrze, dobrze. Ale ja pamiętam wiele takich sytuacji, w których robiono nas na szmaty językiem, którego nie mogliśmy użyć w powieści.

GG (ubijając sok słomką): - Ja sobie nie przypominam.

MW: - Jeśli o „Orchidei” mówimy, to zawsze tak było?

: - W drugiej części, gdy rozeszły się nasze drogi z portalem, nie czuliśmy kompletnie żadnych ograniczeń. Ja w żadnej swojej książce i żadnym zbiorze wierszy nie poczułem się tak swobodnie.

GG: - Bo tu odpowiedzialność była wspólna.

: - A w dodatku, gdy pisaliśmy, nie wiedziałem, czy z tego będzie książka.

GG: - Ja wiedziałam!

MW: - Pisaliście regularnie co tydzień?

: - Tak.

MW: - Ile czasu na to poświęcając?

: - Trzy, cztery godziny.

IG: - Jeden odcinek miał liczyć około 5 tys. znaków.

: - Tyle to trwało. Trzeba było trochę porozmawiać. No a Gaja ciągle do łazienki chodziła.

MW: - A po co?

: - Różne miała tam sprawy.

GG: - Za każdym razem po coś innego.

IG: - Stwierdziliśmy poza tym, że Gaja nie ma wyjścia, musi się zgodzić na nasze warunki, chociaż jesteśmy za równouprawnieniem…

MŚ: - …które tu polega na tym, że jest dwóch plus jedna. (śmiech)

MW: - „Warunki”?

IG: - No bo Gaja na początku czytała te odcinki, które napisaliśmy i odsyłała nam je z poprawkami.

MŚ: - Ale pewnego dnia Gaja powiedziała: chuj z poprawkami.

IG: - Choć my wcześniej na te poprawki się godziliśmy. A potem stwierdziliśmy: a weźcie się od nas wszyscy...

MŚ: - Przypomniało mi się właśnie, że jak Grin odbierał telefon, to myśmy z Gają jakieś świństwa dopisywali.

MW: - Nieładnie! A tak w ogóle: zmieniło się coś między Wami od momentu rozpoczęcia pracy?

MŚ: - Nie mieliśmy ze sobą seksu. Ani ja z nim, ani on z nią.

IG: - To znaczy nie zwierzaliśmy się z tego.

MŚ: - Co to znaczy? Miałeś seks?

[chwila milczenia]

IG: - No cóż. I to jest życie! Żadnej wdzięczności.

MŚ: - To ja idę do baru! Co chcecie?

AKT II

MW: - Po przeczytaniu „Orchidei” odnoszę wrażenie, że daliście Waszym bohaterom, mistrzowi, Julii Dobrowolskiej i Józefowi Marii Dyduchowi, wolną rękę.

MŚ: - Na rzecz tej książki w pewien sposób ich wyjaskrawiliśmy. Robiliśmy sobie jaja z każdego z bohaterów. To nie są do końca te same postaci – one się zachowują troszeczkę inaczej niż zazwyczaj. Jakby zarzucili sobie grzyba.

GG: - Pieczarę sobie zarzucili!

IG: - To jest dość istotne, jeśli chodzi o autorów, którzy chcieliby dalej opowiadać o swoich bohaterach. W przypadku Gai, w mniejszym stopniu moim, a w największym Marcina – myśmy ten dystans pokazali ostro. Na użytek tego, za przeproszeniem, projektu zabawiliśmy się nieco inaczej.

MW: - Trochę zaszaleliście.

MŚ: - Jeszcze nam się to nie zdarzyło, ale kto wie, jak będzie – może ktoś kiedyś przyjdzie i powie: „To nie jest ta Dobrowolska, do której się przyzwyczaiłem!”. Ja się boję, że ktoś, kto zaakceptował mistrza, tak mi na przykład powie.

IG: - Myśmy cię, Marcin, i tak oszczędzili...

MŚ: - Mój bohater co prawda się nie zakochał w ich bohaterach, ale jest nimi odurzony – ich młodością i świeżością. Dla niego to inny świat. Pomiędzy nimi zaś rodzi się coś w rodzaju pożądania, miłości. To jest moment, w którym ich ciała wytwarzają enzymy i feromony.

IG: - Bo nasi bohaterowie się dobrze ubierają w przeciwieństwie do twojego!

MW: - A mnie się i tak wydaje, że mistrz dokonał ogromnej metamorfozy pod wpływem Julii i Józefa Marii.

MŚ: - Ewidentnie coś się z nim dzieje.

GG: - Trochę bardziej do ludzi wychodzi.

MŚ: - Chociaż w powieści „Jedenaście”, która dzieje się kilka miesięcy później, nie ma nawiązań do „Orchidei”. Trochę ubolewam nad tym.

IG: - Mówiąc między nami: jest to błąd konstrukcyjny. Bo myśmy to mogli zrobić.

MŚ: - Ale napiszemy o tym opowiadanie. Już napisaliśmy jedno – dziejące się w Sylwestra. I napiszemy jeszcze jedno, które się będzie rozgrywać w lutym 2008 roku, czyli kilka tygodni później niż „Orchidea”. Mamy zresztą plan, żeby napisać zbiór opowiadań o naszych bohaterach.

GG: - Ja nawet sobie w notesiku wypisałam wszystkie tytuły.

MW: - Jakieś przykłady?

IG: - „Spieszmy się kochać naszych redaktorów”.

MŚ: - Niepotrzebnie się upierasz przy tym opowiadaniu!

GG: - On pamięta tylko ten tytuł po prostu. I dlatego mówi.

IG: - No a jakie mamy jeszcze inne tytuły?

MŚ: - „Obleśny Zenek” i „Rafał Rafałek”... (nagle odwracając głowę) O, Andrzej idzie!

[Wchodzi Andrzej Marzec, dr historii, będzie odtąd spokojnie acz w skupieniu przysłuchiwać się rozmowie]

MŚ: - To jest pan, który był konsultantem w naszej powieści. Historyk średniowiecza.

GG: - Bardzo dobra robota!

MW: - Dzień dobry. A tak swoją drogą: Julia ze swoją skrupulatnością to czasem się chyba niecierpliwi postępowaniem mistrza i Józefa Marii?

GG: - Trochę ją irytują ich cechy: rozlazłość mistrza i pruderyjność Dyducha. W pewnym momencie ma rzeczywiście dosyć. Wychodzi i wpada w poważne tarapaty.

IG: - Ale to my cię ratujemy!

GG (protestując): - Sama się uratowałam.

MŚ: - W zbiorze opowiadań umieścimy opowiadanie, które będzie dalszym ciągiem miłosnych przygód Julii i Dyducha. Niech oni się w finale rozstaną wreszcie.

GG: - Ale oni nie mają się z czego rozstawać!

MŚ: - Trzeba ten wątek miłosny jakoś zakończyć. Albo rozpocząć.

IG (grożąc palcem niczym były zakonnik): - Błądzisz, powiadam ci, błądzisz...

MW: - Czyli, jak mniemam, były jakieś granice, za które nie przeprowadziliście bohaterów?

IG: - Są zasady!

: - Trzeba stać na ziemi!

GG: - Tak!

IG: - Bohaterowie nasi żyją w pewnej świadomości czytelniczej. Są znani z poprzednich książek. Możemy się więc do nich dystansować, wyjaskrawiać pewne cechy, o których mówiliśmy. Ale nie możemy robić czytelnikom wolty, której nie pojmą.

MW: - Że na przykład mistrz założy Pradę?

GG: - Albo posprząta w mieszkaniu.

IG: - Albo puknie Józefa Marię.

(w ostrym proteście): - Nie, nie, nie! Mistrz nie uprawia seksu. Choć kiedyś uprawiał. I pamięta.

GG: - Jeśli chodzi o naszych bohaterów, to tylko Julia ma seks. Z jakimś przypadkowym bubkiem. Jeden udokumentowany w książce seks!

MW: - Z kolei Józef Maria przed ślubem żadnego seksu nie ma.

IG: - W życiu!

MŚ: - Ale mistrza może ten tego...

IG: - Gdyby mistrz tylko tego chciał...

MW: - A jednak!

IG (poważniejąc): - No nie. Powstrzymywaliśmy się wzajemnie. Padało często „mistrz by tak nie zrobił”. Albo „Józef Maria by tak nie zrobił”. Granice postawiliśmy tylko wobec naszych bohaterów.

MŚ: - Nie tylko. Ale ja teraz mam pytanie: Czy jest jakaś wyjątkowo niesympatyczna postać w tej książce?

MW: - Nie ma.

MŚ: - Nawet ci różni mordercy, różni zwyrodnialcy mają w sobie coś takiego…

GG: - Nawet ci zwyrodnialcy w maskach…

MŚ: - No właśnie. Każdy jakiejś drużynie kibicuje, matkę ma. I tak dalej.

GG: - To jest bardzo poczciwa książka.

MŚ: - Są takie powieści kryminalne, gdzie przychodzi potwór, morduje wszystkich i jest zepsuty do granic możliwości. Tu nie ma tego.

MW: - Tak?

MŚ: - Tak. Na przykład pan Gienek, Lwowiak, miał być uśmiercony. Ale myśmy za bardzo go polubili i oswobodzili. Przeżył.

MW: - Bardzo szlachetne. Widzę, że i tak się można bawić.

MŚ: - Tak! Ja dostrzegam teraz w ogóle, że ta książka ma swojego ojca, którym jest Boris Vian [francuski pisarz pierwszej połowy XX wieku, surrealista, chętnie posługujący się grami słownymi, czarnym humorem i absurdem. Kryminały pisał pod pseudonimem Vernon Sullivan – przyp. red.]. On miał szacunek dla czytelnika i dla gatunku. A mimo wszystko nieźle się bawił.

IG: - Nie jesteśmy potworami, które potrafią sobie robić jaja ze wszystkiego.

MŚ: - Chyba jesteśmy.

GG: - Pewnie tak.

IG: - Ale są granice – zwłaszcza w przypadku tej książki. Z bardzo prostego powodu: ta książka jest bardzo dobrze skonstruowana. Więc nie potrzebujemy żadnego skandalu, proszę pana.

MW: - Z drugiej strony indeks z nazwiskami osób z tej książki byłby bardzo długi. I sam nie wiem, czy zaszczytem byłoby się tam znaleźć!

MŚ: - Grin musiał rozdać bardzo dużo egzemplarzy. Wszystkim, którzy nam pomagali i którzy tam występują. Największe rozdawnictwo w historii!

MW: - Pięknie. Ale ja się pytam, czy procesy będą?

MŚ: - Żadnego!

MW: - Hm. Porozmawiajmy zatem konkretnie. Edward Pasewicz?

MŚ: - A skąd!

GG: - Nie!

IG (po chwili milczenia): - Odgryzł się nam w ten sposób, że zrobił odpowiednie biograficzne notki podczas naszego spotkania promocyjnego.

MŚ: - Ty miałeś najśmieszniejszą.

IG: - No bo jak ktoś pisze, że „Grin jest obrońcą fok”, to...

MŚ: - Napisał ci też, że jesteś autorem „Szczęśliwej drogi, Manat!”. I według Edzia bohater mojej powieści zwany jest ministrantem, a poza tym mam zespół Ciemniaki.

IG: - To jest właśnie ta czułość.

MW: - „Czułość”? A Marian Stala walczący w kisielu z Martą Wyką?

MŚ: - Tego się akurat boję.

IG: - Wiecie, a ja zapomniałem o tym! Daliśmy to w końcu?

MŚ: - Było, było! Daliśmy to!

[chwila milczenia]

IG: - No dobra. Poza tym odpowiedzmy jednak, że to jest wszystko niebywale proste. Jeśli komuś w tej książce naprawdę się oberwało, to ani pan, ani czytelnicy, ani nikt o tym nie wie.

MŚ: - Poza nim. On wie.

IG: - Tak. On wie. On wie doskonale.

MŚ: - Natomiast cała reszta...

IG: - Natomiast cała reszta jest traktowana z wielką czułością.

MW: - Czułością złośliwą.

IG: - Dokładnie.

(zachwycony): - O! „Czułość złośliwa”. Dobry tytuł! A wy wiecie w ogóle, kto wymyślił tytuł „Orchidea”?

GG: - Siedzieliśmy w „Alchemii”, ja wstałam na chwilę i wyszłam…

MŚ: - …przyszedł saksofonista z zespołu Kryzys, Tomasz Świtalski i powiedział: „Czy mogę przysiąść na tym zydelku, na którym siedziała przed chwilą ta Orchidea?”

IG: - Myśmy wtedy spojrzeli z Marcinem na siebie, powiedzieliśmy Świtalskiemu, żeby siadał. Świtalski siadł, tytuł mieliśmy.

MW: Coś posmutniałaś, Gaju.

GG: Bo tytuł mieliśmy, ale ja nie miałam gdzie siedzieć.

MW: - Wracając jeszcze do czułej złośliwości. Paweł Dunin-Wąsowicz chyba się także załapuje w tej kategorii?

IG: - Wywaliliśmy mu pół odcinka i pół podziękowań, gdyż był w takim stanie, że nie było ludzkiej siły, żeby wyciągnąć z tego jakikolwiek sens. Pan koniecznie napisze o tym, proszę pana.

MW: - Notuję skrupulatnie. Tak przy okazji: martwi mnie trochę, że Gaja coś podejrzanie często milczy.

GG: - Zamyśliłam się.

IG: - Zatem teraz Gaja mówi, bo ty, Marcin, idziesz do baru, a ja do toalety.

GG: - Ale ja właśnie chciałam też iść do ubi...

IG: - No to idziesz!

[IG, GG i MŚ wychodzą po alkohol i do toalety]

AKT III

[Przychodzi GG]

MW: - Gaja, tak mi się wydaję, że Grin ze Świetlickim się kłócą, ścierają, ale ostatecznie to Ty miałaś głos rozstrzygający. Dobrze myślę?

GG (z gracją i pełnym luzem oraz poczuciem kontroli mieszając soczek): - Nieee. Gdy były jakieś kwestie sporne, to rozwiązywaliśmy je wspólnie. Często za pomocą głosowania.

[Wracają IG i MŚ. Z alkoholem.]

IG: - Tak! Myśmy jamowali. Ktoś zaczynał, ktoś kończył. Ja to zdanie wpisywałem do komputera.

MW: - Zwykła robota?

IG: - Ano właśnie. Bo wam się wszystkim wydaje, że to była tylko kwestia zabawy. A to jest pieprzone ponad jakieś 200 stron przez ponad 2 lata napisane przez 3 w pełni świadomych prozaików.

MW: - Zabrzmiało poważnie jak z podręcznika do historii literatury.

MŚ: - Ale tak jest!

IG: - Oczywiście „Orchidea” powstawała w sposób swobodny. To znaczy myśmy sobie na wiele pozwalali, choć tekst później podlegał poważnym obróbkom.

MW: - Czego ślady w postaci bezpośrednich zwrotów do redaktora Tomasza Kunza pozostały. Tak na marginesie: dużo musiał ingerować?

MŚ: - Nie. Poprawiał błędy ewidentne.

IG: - Kiedy to dostał, to po przeczytaniu rzucił maszynopisem i powiedział: „Ostrzegaliście mnie, że będzie źle. Tymczasem ja stylistycznie nie mam zastrzeżeń. To się czyta”. Do dziś uważam to za największy komplement wobec „Orchidei”.

MW: - Co jest naprawdę dużym wyróżnieniem, bo przecież macie swoje języki.

IG: - Ludzie nam uwierzyli. My w każdej scenie i zdaniu byliśmy uczciwi. Nawet jeśli mówiliśmy o pewnych ograniczeniach, to one wynikały z naszej wrażliwości.

GG: - A przy tym niczego nie udawaliśmy. Choć w Internecie wiele żartów by nie przeszło.

IG: - O tak. Wielokrotnie pozwalaliśmy sobie bowiem na żenadę.

(zachwycony): - Na żenadę!

MW: - No już dajcie spokój.

IG: - Ale co?! Żenada była świadoma. Siedzieliśmy i wiedzieliśmy, że da się coś zrobić, ale tego żeśmy nie robili.

MŚ: - Na przykład wtedy, gdy Gaja-autorka, bije pedała torebką. To bardzo smutna historia.

IG: - Ale nikt nam nie wierzy, że jest to smutne.

MŚ: - A to był w ogóle pedał?

GG: - No właśnie do końca nie wiem.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Kultura

Jerzy Stuhr (1947–2024). Półśrodki go nie interesowały

Wielcy artyści pozostawiają po sobie legendę. Jerzy Stuhr zostawił ich kilka: inteligenta, moralisty, nauczyciela i mistrza rozrywki.

Janusz Wróblewski
16.07.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną