Rozmowa ze Zbigniewem Hołdysem

Bokser z gitarą
Niepokorny kompozytor i muzyk rockowy o obecności artystów w przestrzeni publicznej
Zbigniew Hołdys
Rafał Nowak/BEW

Zbigniew Hołdys

Mirosław Pęczak: – Często zabiera pan głos w publicznych dyskusjach i sprawia tam wrażenie kogoś, kto zawsze wie, gdzie jest dobro, gdzie zło, gdzie prawda, a gdzie fałsz. Skąd ten brak wątpliwości?

Zbigniew Hołdys: – Ależ ja jestem głównie z wątpliwości złożony, ale powiem inaczej: to, co pan bierze za brak wątpliwości, jest rodzajem desperacji, próbą ratowania kondycji ludzkiej, która jest w coraz gorszym stanie.

Nie bronił pan Polańskiego.

Nie wiem, czy Roman Polański jest winny. I nikt nie wie poza nim i jego ofiarą. Szansę, by zbliżyć się do prawdy, miałoby 12 przysięgłych w sądzie w Kalifornii. W Ameryce tak się kiedyś umówiono, że seks dorosłego z 13-latką jest gwałtem i przestępstwem niepodlegającym przedawnieniu. Jeśli uważamy, że prawo należy respektować, to Polański powinien stanąć przed sądem i obronić się lub przegrać. Ja bym bardzo chciał, żeby on się obronił, bo cała jego twórczość, a nawet jego biografia wiele razy były dla mnie ogromną inspiracją. Ale z punktu widzenia Amerykanów to jest gość, który zwiał przed wymiarem sprawiedliwości.

Za to bronił pan Michaela Jacksona.

Nie broniłem Jacksona, dlatego że był genialnym artystą, tak jak nie broniłbym Phila Spectora, genialnego współtwórcy sukcesu Beatlesów, który zastrzelił kobietę i siedzi za to w więzieniu. Jacksona broniłem przed kłamstwem, przed oczernianiem go. Broniłem go, bo został uniewinniony. W przeciwieństwie do Polańskiego stanął przed sądem. Pamiętamy te sceny, kiedy w pidżamie, skuty kajdankami był wieziony do aresztu. I wtedy świat nie protestował. A ja protestowałem przed nazywaniem Jacksona pedofilem właśnie dlatego, że został uniewinniony. Gdyby sąd potwierdził jego winę, siedziałbym cicho. Budowanie czarnego wizerunku było w przypadku Jacksona jeszcze bardziej drastyczne niż w przypadku Polańskiego: ćpun, pedofil, zdrajca swojej rasy, dziwak zakochany w małpie. Protestowałem, bo nie wolno rzucać na człowieka oskarżeń, jeśli nie ma dowodów winy.

Wygląda na to, że gdyby miał pan wybierać między rygoryzmem moralnym a anarchistyczną wolnością bez ograniczeń, wybrałby to pierwsze.

Otóż mam dojmujące wrażenie, że świat stoi w przededniu anarchii kompletnej. Coraz wyraźniej tryumfują chamstwo i agresja. Wobec tego wszystkiego próbuję w medialnej debacie być obrońcą elementarnego ładu, ale nie poprzez emocjonalnie wyrażane oceny, ale przez racjonalne argumenty.

Czy istnieje bądź istniało coś takiego jak etos rockmana?

Mocno przedęta historia. Takie rzeczy sobie mówimy, kiedy w sytuacji kryzysu wartości w idolach estrady lokujemy różne nasze oczekiwania życiowe. Chcemy na przykład, aby uosabiali bunt w imię szlachetnych celów (tak było u nas zwłaszcza za PRL) albo doszukujemy się w ich postawie jakiejś uniwersalnej prawdy. Trzeba pamiętać, że rock był tworzony głównie przez ludzi niewyedukowanych muzycznie, którzy przez to uprawiali rodzaj działalności samozwańczej. To trochę jak z teatrem mojego syna Tytusa. On i jego koledzy przyznają się do tej samozwańczości, ponieważ nie wyszli spod akademickiej opieki Andrzeja Łapickiego lub Jerzego Stuhra – robią teatr tak, jak zespoły punkowe robiły swoją muzyczną rewoltę.

Profesjonalny rockman Zbigniew Hołdys mówi, że rockmani z natury są nieprofesjonalni?

Powiedziałem tylko, że w znakomitej większości byli to i są ludzie bez akademickiego sznytu i całej tej kindersztuby, która jest nieodzowna w przypadku muzyków filharmonicznych. Poza tym przeważnie rockowi idole mają za sobą doświadczenie niedostatku albo kiepskiego życia rodzinnego, albo wręcz wywodzą się ze społecznych nizin. W tym sensie rockmanów da się porównać do bokserów. W muzyce najwybitniejszych artystów z tego kręgu, jak Jimi Hendrix czy Janis Joplin, słyszy się głód, niezaspokojenie, rodzaj łapczywości i dlatego ta muzyka jest tak przejmująca, naładowana emocją. I to jest najważniejsze, a nie jakakolwiek wirtuozeria, choć oczywiście rock jak każda dziedzina sztuki potrafi być genialny, przeciętny i słaby.

Słyszałem jeszcze inną pańską opinię w tych kwestiach: że – a przynajmniej tak było kiedyś – granie rocka bierze się z niezgody na zastany świat.

Jeśli ktoś nie wychował się pod kloszem, wie z własnego doświadczenia, na czym polega cierpienie czy niesprawiedliwość. W tej muzyce musi być trochę bezczelności i odwagi, żeby móc pokazać, że można iść wbrew konwencji i wychodzić poza schemat. Oto dlaczego rockman ma zawsze w swojej biografii jakiś element rebelianctwa i ogólnie nie kłania się establishmentowi.

Czym w takim razie tłumaczyć gremialny zwrot polskich rockmanów w latach 90. ku prawicy?

Rzeczywiście, to jest zdumiewające, bo wszędzie na świecie rock był i jest siłą napędową lewicy, co dotyczy artystów tak różnych, jak z jednej strony Rage Against The Machine, a z drugiej Bruce Springsteen. Dlatego, kiedy widziałem moich byłych kolegów wspierających AWS, nie bardzo wiedziałem, o co chodzi. Mimo to można odkryć powody w miarę oczywiste. Była świeża pamięć po komunie, więc obciachem byłoby popieranie SLD, które siłą rzeczy uznawane było za sukcesora PZPR. Nie było natomiast ugrupowania, które mogło utożsamiać nową, własną, szlachetną lewicę.

Najbardziej jednak zaskakuje, że spora część środowiska rockowego dokonywała wyboru nawet nie tego demoliberalnego centrum w rodzaju Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności, ale decydowała się opowiadać za katolickimi tradycjonalistami czy narodowymi konserwatystami. Nawiasem mówiąc, ten fenomen pokazuje, jak duża jest w Polsce przestrzeń dla prawdziwej lewicy. Politycy powinni się nad tym zastanowić, bo wcale nie wiadomo, czy w tej próżni nie narodzi się w końcu jakaś rodzima grupa Baader-Meinhoff.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną