Wiedeńska wystawa martwych natur

Pędzlem i widelcem
Półmetek postu już za nami, czas pomyśleć o przyjemnościach podniebienia. Smaku może nam narobić ciekawa wystawa „Święto dla oczu – jedzenie w martwej naturze”, otwarta niedawno w wiedeńskim Kunstforum.
Juan Sanchez Cotán, 'Martwa natura z pigwą, kapustą, melonem i ogórkiem', 1602 r
materiały prasowe

Juan Sanchez Cotán, "Martwa natura z pigwą, kapustą, melonem i ogórkiem", 1602 r

Felix Vallotton,'Antrykot na żółtym papierze', 1914 r
materiały prasowe

Felix Vallotton,"Antrykot na żółtym papierze", 1914 r

Malowanie koszów owoców, stołów pokrytych warzywami, upolowanego ptactwa i złowionych ryb miało w historii zaskakująco wiele walorów. Od czysto estetycznych (widok to z reguły przyjemny dla oczu), przez społeczne (powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś), po symbolikę religijną i moralizatorską. Aż dziw bierze, że martwe natury upowszechniły się na dobre dopiero w XVI w., choć oczywiście wcześniej zdarzały się w sztuce tu i ówdzie wizerunki zarówno fruktów, jak i innego jadła.

Wiedeńska wystawa jest rozległa i efektowna, prowadzi widza przez malarstwo europejskie od XVI do XXI w. Bo też i zamierzenie organizatorów było ambitne – pokazać poprzez obrazy bogactwo ludzkich doświadczeń związanych z jedzeniem oraz to, jak na przestrzeni epok zmieniały się w tym względzie praktyki i poglądy.

Uwagę kuratorów pochłonęła przede wszystkim martwa natura, czyli samo jadło, zlekceważyli zaś piękny wątek poświęcony temu, co mieści się między stołem a żołądkiem, a zwany różnie: spożywaniem, delektowaniem się, biesiadą, obżarstwem, konsumowaniem itd. A przecież mamy tu wspaniałą tradycję obrazowania, w której szczególnie zasłużyli się mistrzowie flamandzcy i holenderscy: David Teniers i Adrien Brouwer ze swymi knajpami, Jan Steen z domowymi imprezkami, nie mówiąc już o Pieterze Brueglu z ikoniczną „Krainą próżniaków oraz „Chłopskim weselem”. Na wystawie jest zaledwie kilka scenek obyczajowych związanych z wiktuałami, od ciekawego wizerunku rzeźni z 1566 r. (Maerten van Cleve) po widok jatki z końca XIX w. (Lovis Corinth).

Portrety z warzyw

Każdy malarski temat budzi zazwyczaj skojarzenia z konkretnymi obrazami. Ten kuchenno-stołowy przypomina o „Ćwierci wołu” Rembrandta i wariacjach malarskich na jego temat Francisa Bacona, o „Wieczerzy w Emaus” Caravaggia i „Uczcie Baltazara” ponownie Rembrandta, o „Jedzących kartofle” van Gogha, „Posiłku taitańskim” Gauguina, no może jeszcze o kilku innych płótnach. Niestety, tych wszystkich słynnych prac na wystawie brak, co oczywiście może budzić rozczarowanie. Trzeba więc raczyć się tym, co jest, a jest na szczęście sporo. Blisko sto prac, w większości autorów dobrze znanych z podręczników historii sztuki.

XVI-wieczne początki martwych natur, z jadłem i napitkami w roli głównej, bywały – rzec by można – nieśmiałe. Wprawdzie na pierwszym planie pojawiały się szynki, jabłka czy dzbany z winem, ale w tle cały czas coś się jeszcze rozgrywało: a to sceny z Ewangelii (jak u Pietera Aertsena), a to scenki rodzajowe (jak u Joachima Beuckelaera). Tak jakby artyści nie wierzyli, że samym widokiem zastawionego stołu mogą kogoś zainteresować, że musi tam być jeszcze wtrącona anegdota. Nawiasem mówiąc, z dzisiejszego punktu widzenia dość groteskowo wygląda wielka połać mięsa niemal skrywająca małą postać Chrystusa błogosławiącego Martę na drugim planie. Ale też wówczas wybuchła szalona wyobraźnia Arcimbolda, składającego przez większość zawodowego życia ludzkie portrety z warzyw, owoców, ryb czy dziczyzny i do dziś niedościgłego w zasługach malarskiego upamiętniania wszelakiego jadła.

Symbole na stole

Po pierwszych eksperymentach artyści nie tylko odważyli się wypreparować kapustę czy karczochy z obyczajowego kontekstu i nie ozdabiać ich ludźmi w tle (piękne, surowe martwe natury Juana Sancheza Cotána), ale też szybko odkryli symboliczne możliwości takich dzieł. Zastawione stoły i pełne wiktuałów misy przestały tylko cieszyć oko, a stały się ukrytymi przypowieściami moralizatorskimi, a nawet religijnymi. Pewne tropy są oczywiste: jabłko symbolizuje grzech pierworodny, wino, winogrona i chleb – Eucharystię, cukier – niebiańską słodycz i zbawienie, ostrygi – rozkosze ziemskie. Ale – co warto wiedzieć, stając przed XVII-wiecznymi obrazami – homar to zmartwychwstanie, cytryna oznacza wstrzemięźliwość, a orzechy, ser i ryby odsyłają do postaci Chrystusa. Na przykład dzieła gorliwego zwolennika kontrreformacji Panfilo Nuvolone, z pozoru będące martwymi naturami, w rzeczywistości są ściśle skodyfikowanymi przestrogami, nakazami, pouczeniami.

Malarze przestrzegają więc przed nieumiarkowaniem, pychą czy nadmiernym oddawaniem się ziemskim rozkoszom, przypominają o Bogu, ale przede wszystkim kierują myśli widza ku marności życia, nieuchronności śmierci, przemijaniu. Bo cóż nadaje się lepiej do tego celu od gnijących owoców, śniętych ryb, zabitych królików, przepiórek czy zajęcy? Od spleśniałego chleba i sera, drążących jabłka robaków? A w tle jeszcze więdnące kwiaty lub dyskretnie ustawiona klepsydra, by nie było wątpliwości co do kaznodziejskich intencji twórcy. Patrzcie: wszyscy tak skończymy jak te wiktuały. Co ciekawe, wątek ów ciekawie podjęła we współczesnej sztuce artystka konceptualna i reżyserka Sam Taylor-Wood. W krótkich, parominutowych filmach, tworzonych metodą poklatkową, ukazuje trwający faktycznie wiele dni, a nawet tygodni, proces gnicia owoców, warzyw, mięsa. W Wiedniu – królika. Robi wrażenie.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną