Teatr prowincjonalny, znaczy - dobry

W mieście Czarnej Izy i Antka Kochanka
Skojarzenia z hasłem „Wałbrzych” są od lat niezmienne: zamknięte kopalnie, biedaszyby i działający całą dobę skup złomu. Po tegorocznej edycji Warszawskich Spotkań Teatralnych może dołączyć do nich jeszcze jedno: świetny, oryginalny teatr.
'Niech żyje wojna!!!'. Na zdj. Marcin Pempuś i Agnieszka Kwietniewska
Tomasz Jozefovski/materiały prasowe

"Niech żyje wojna!!!". Na zdj. Marcin Pempuś i Agnieszka Kwietniewska

'Opętani'. Na zdj. Dariusz Skowroński i Paweł Smagała
Bartłomiej Sowa/materiały prasowe

"Opętani". Na zdj. Dariusz Skowroński i Paweł Smagała

'Zemsta'. Na zdj. Daniel Chryc, Małgorzata Białek, Włodzimierz Dyła i Ewelina Żak
Tomasz Jozefovski/materiały prasowe

"Zemsta". Na zdj. Daniel Chryc, Małgorzata Białek, Włodzimierz Dyła i Ewelina Żak

Nie można powiedzieć, żeby zajęte swoimi problemami miasto na początku XXI w. szczególnie niecierpliwie czekało na ruchy nowej dyrekcji swojego teatru. Piotr Kruszczyński, dyrektor artystyczny Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Wałbrzychu w latach 2002–2008, zaczął delikatnie, od tego, co ludzie znali z telewizora: adaptacji ekranizacji i klasyki Teatru Telewizji. Każdy spektakl jednak nasycony był lokalnymi aluzjami.

Widoczne na każdym kroku skutki upadku pogórniczego miasta narzucają temat – wykłada swoją strategię.Wraz z reżyserami skupialiśmy się na poszukiwaniu sposobów przełożenia dramatu miasta na język sztuki. Chciałem, żeby jego mieszkańcy poczuli, że nie są ze swoimi problemami sami.

W „Locie nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya w reż. Mai Kleczewskiej buntownik McMurphy nie ginie. Spektakl kończy scena, w której Wódz Bromden wywozi go na wózku z teatru i wiezie ulicami Wałbrzycha. – To była aluzja do naszej sytuacji: obcych w mieście, którzy próbują wyzwolić je z marazmu jak McMurphy pacjentów zakładu psychiatrycznego – tłumaczy Kruszczyński. Akcja „Czyż nie dobija się koni?” Horace’a McCoya, także w reż. Kleczewskiej, toczyła się w ogarniętym bezrobociem robotniczym miasteczku, ożywionym przez konkurs taneczny i szansę wygrania wielkich pieniędzy.

Akcję Gogolowskiego „Rewizora” Jan Klata przeniósł w realia Wałbrzycha epoki gierkowskiej małej stabilizacji, z nostalgią wspominanej na Śląsku jako czas prosperity. W „(...) córce Fizdejki”, według Witkacego, Klata akcję umieścił na nieistniejącym wałbrzyskim lotnisku, które składa się tylko z sali odlotów, co było aluzją do powszechnego w mieście marzenia o wyjeździe. W rolach litewskich bojarów wystąpili wałbrzyscy bezrobotni: wąsaci, z reklamówkami w rękach. I im marzenie o wyjeździe z Wałbrzycha się akurat spełniło – ze spektaklem Klaty objechali festiwale, z Warszawskimi Spotkaniami Teatralnymi włącznie.

Cykl kończyła diagnoza bardziej wprost – „Kopalnia”, napisana przez Michała Walczaka na zamówienie teatru. Sztuka językiem metafor i symboli budująca lustro dla marazmu, w jakim mieszkańcy Wałbrzycha tkwią od czasu zamknięcia kopalni. Na jeden z ostatnich spektakli zaprosili górników: tych z emeryturami – przyszli w galowych mundurach, z pióropuszami na czapach, i tych zwolnionych, bez świadczeń, dziś kopaczy z biedaszybów. – Po spektaklu rozpętała się kłótnia – wspomina Kruszczyński – w wyniku której nawet zatwardziały idealista zrozumiałby, że teatr nie jest w stanie naprawiać świata. Może jedynie jątrzyć, niepokoić, prowokować. Do dziś czuję swoją bezradność wobec fali goryczy wylewającej się z ust bezrobotnych górników, którzy notabene zawartą w naszym spektaklu wizję katastrofy miasta odebrali jako zbyt metaforyczną i nadmiernie wyestetyzowaną.

Fotogenicznie

„Kopalnia” współtworzyła medialny mit Wałbrzycha – stwierdza dziś Michał Walczak – malowniczego, zaniedbanego miasta bezrobotnych i biedaszybów. Teatr i film chętnie eksploatowały ten fotogeniczny stereotyp. Może należało bardziej z nim walczyć? Nie wszystko w spektaklu się udało, brakowało ironii, dystansu. Czuło się nieustanne napięcie między Wałbrzychem teatralnym, wyobrażonym, a tym realnym, wymykającym się jednoznacznym diagnozom.

Romantyczne hałdy i kamienice z wybitymi oknami zachęcały do snucia na ich tle melancholijnych, słodko-gorzkich opowieści o marazmie i niespełnionych marzeniach tzw. zwykłych ludzi. Kręcone w Wałbrzychu i okolicach filmy, ze „Sztuczkami” Andrzeja Jakimowskiego na czele, zdobywały nagrody na krajowych i międzynarodowych festiwalach, miały też wierną widownię. Przeszły tę samą drogę, którą kilka lat wcześniej przebyły wałbrzyskie spektakle, przyciągające recenzentów z ogólnopolskich pism, podróżujące, z sukcesem, po festiwalach („Kopalnia” była prezentowana w ramach Roku Polskiego we Francji).

Magicznie

Przypieczętowaniem sukcesu sześcioletniej dyrekcji Kruszczyńskiego był fakt, że władze opiekującego się teatrem województwa zaakceptowały wskazanego przez dyrektora następcę. W 2008 r. w Wałbrzychu nastąpiło rzadkie w polskim teatrze pokojowe przekazanie władzy. Sebastian Majewski – reżyser, dramaturg spektakli Jana Klaty i szef alternatywnej wrocławskiej grupy Scena Witkacego – znał dobrze „Szaniawskiego”, wcześniej pracował tu jako spec od promocji.

Wrocławianin, z dzieciństwa pamięta zupełnie inny Wałbrzych niż ten, który ogląda dziś z okien teatru: – Wtedy to było tętniące życiem przemysłowe miasto, w powietrzu czuć było koks, nad miastem unosił się smog prosperity. Dziś mieszkańcy oprowadzają przyjezdnych po widmowym mieście: tu było kino, tam – restauracje i kawiarnie, sklep jubilera, gdzie wszyscy kupowali zegarki... Starałem się utrzymać kontakt z miastem. Jednak zamiast diagnozy społecznej, zaproponowaliśmy Wałbrzych magiczny. Budowaliśmy rewers do awersu.

Rewersem do wałbrzyskiej rzeczywistości były teatralne wersje miejskich legend. Pierwsza była Czarna Iza Wałbrzyska, dama z półświatka lat 50.; zamordowana w niewyjaśnionych okolicznościach. W mieszającym peerelowskie realia z elementami surrealizmu przedstawieniu zabójstwo Izy staje się aktem mającym oczyścić miasto z grzechów, tchnąć w nie nową energię, dać drugie życie. Wkrótce do Izy dołączył Antek Kochanek – tajemniczy patron jednej z wałbrzyskich ulic. W przedstawieniu „Świadectwa wzlotu upadku wzlotu wzlotu upadku upadku i tak dalej Antka Kochanka” losy bohatera pomagały rekonstruować m.in. Róża Luksemburg, księżna Daisy von Pless z zamku Książ, a także sam Bóg (ustami Edyty Stein). Realia Wałbrzycha, wymieszane z szaloną wyobraźnią Sebastiana Majewskiego, stały się także podstawą kolejnych odcinków teatralnej telenoweli „Z życia Iglaków”. Reklamując cykl, artyści siedzieli na rynku z butelkami z napisem „Spójrz do środka”. Ludzie byli zaciekawieni, ale bali się zajrzeć. Do odwiedzin teatru zachęcali także, umieszczając na banerach reklamowych twarze pracowników teatru: pani z działu współpracy z widzami, kierowniczki sekretariatu i kadr, oświetleniowca, z komunikatem: pracują tu wasi sąsiedzi, wpadnijcie zobaczyć, co robią.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną