Cannes 2010: Festiwal czas zacząć

Robin z Cannes
O "Robin Hoodzie", który otwiera startujący właśnie festiwal filmowy w Cannes, i innych nowinkach z imprezy filmowej.
Janusz Wróblewski dla POLITYKA.PL
Polityka

Janusz Wróblewski dla POLITYKA.PL

Jak opowiedzieć znaną wszystkim bajkę, żeby wciągała i wyglądała na szekspirowski dramat? Ridley Scott miał na to pomysł. W imponujący sposób odświeżył legendę Robin Hooda, dopisując średniowiecznemu łucznikowi z Sherwood lepszą biografię, niżby on sam mógł sobie życzyć. W nakręconym z rozmachem, dużym hollywoodzkim widowisku, które otwiera canneński festiwal, Robin z Locksley to rozczarowany bezprawiem, grabieżami i nieudolnością panującego Ryszarda Lwie Serce krzyżowiec powracający z Palestyny. Uczciwy, dumny, waleczny, tak jak generał Maximus z „Gladiatora”, zmuszony grać nieswoją rolę w rozgrywce, którą prowadzą o wiele od niego potężniejsi przeciwnicy.

Syn kamieniarza po przegranej bitwie na polach Francji udaje możnego rycerza, posłańca przywożącego do Londynu koronę zabitego króla, a potem próbuje wejść w skórę nobliwego szlachcica. Także rodzina tego, za kogo się podaje: szlachetny ojciec oczekujący powrotu syna marnotrawnego (Max von Sydow) i wierna Lady Marion (Cate Blanchett) proponują mu zabawę w qui pro quo, która okazuje się najlepszym sposobem zyskania prawdziwej tożsamości.

Scott prowadzi akcję wielotorowo. Oprócz losów prostego żołnierza Robina, który staje się najszlachetniejszym ze szlachetnych, śledzi krwawą, pełna spisków i pałacowych intryg walkę o sukcesję po tragicznie zmarłym władcy. Pokazuje knowania francuskiego króla Filipa II Augusta marzącego o podboju Anglii. Opowiada o buncie baronów z północy przeciwko nieodpowiedzialnemu pretendentowi do tronu, księciu Janowi itd. Wszystkie te wątki umiejętnie ze sobą splata, tworząc barwną panoramę krachu XII-wiecznego społeczeństwa, doprowadzonego na skraj przepaści przez głupią, chciwą władzę.

Taki też wydaje się cel wskrzeszenia mitu Robin Hooda – jedynego sprawiedliwego, upominającego się i o los biednych, i o przestrzeganie demokratycznych swobód w czasach bezprawia.

Współczesne skandale korupcyjne na niespotykaną skalę, ekonomiczne kryzysy, które chwieją potęgami gospodarczymi świata i rujnują takie państwa jak Grecja czy Islandia, raczej skłaniają do analogi z burzliwym okresem anarchii sprzed tysiąca lat. Kino Scotta daje nadzieję, że mimo złych intencji rządzących, pazerności oraz przekrętów bankierów - zawsze znajdą się ludzie, którzy wiedzą jak się zorganizować, i zachowując zdrowy rozsądek walczyć przeciwko wyzyskowi oraz przemocy, nie tracąc przy tym twarzy.

Russell Crowe, który w towarzystwie Cate Blanchette zjawił się w Cannes (reżyser z powodu operacji kolana niestety był zmuszony zostać w Ameryce) spisał się w filmie znakomicie.

Mimo nienajmłodszego wieku i cokolwiek puszystej sylwetki, sprawdza się zarówno jako wytrawny wojownik załatwiający swoich przeciwników celnym strzałem z łuku, jak i czuły kochanek oraz banita grabiący bogatych i rozdający dobra ubogim. Cała zresztą obsada zasługuje na komplementy, co tylko dowodzi znakomitej formy mającego już swoje lata Scotta, wyraźnie czującego się najlepiej w ambitnej filmowej epice.

Z nowinek festiwalowych warto wspomnieć, że zamiast 18, jak zapowiadano konkursowych tytułów, o Złotą Palmę walczyć będzie ostatecznie 19 filmów. W ostatnie chwili dołączono „Route Irish” dramat Kena Loacha o wojnie w Iraku.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj