Herta Müller dla POLITYKA.PL

Człowiek ma tylko jedną głowę
O roli pisarzy w systemie totalitarnym i wpływu cierpienia na wielką literaturę. O tym, dlaczego wnosiła na pokład samolotu nożyczki i czy udało jej się zaspokoić własny głód – rozmawiamy z pisarką Hertą Müller, laureatką Nagrody Nobla w 2009 r.
Herta Müller w Krakowie, na Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada, listopad 2010
Piotr Stasiak/Polityka.pl

Herta Müller w Krakowie, na Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada, listopad 2010

Piotr Stasiak/Polityka.pl

PRZECZYTAJ: o postaci i literaturze Herty Müller >>


Jednym z głównych tematów Pani prozy jest wykluczenie i wypędzenie, co jednocześnie stanowi jedno z najważniejszych doświadczeń Europy w XX wieku. Warto jednak zwrócić uwagę, jak to doświadczenie odbija się na zachowaniach ludzi żyjących współcześnie. Oto ci, którzy byli wykluczani, sami dziś posługują się kategoriami lepszy-gorszy w stosunku do otaczających ich ludzi. Czy Pani zdaniem jest szansa, aby uciec od tego języka symbolicznej przemocy?

Herta Müller: Myślę, że to oczywiste, że jestem po stronie osób, które były lub są wypędzone. Trzeba też postrzegać wypędzenie w szerszym kontekście. Ludzie, którzy muszą wyjeżdżać do innych krajów, aby móc przeżyć – to też jest forma wypędzenia. To działo się i dzieje wszędzie, w dyktaturach, do dnia dzisiejszego. Temat wypędzonych jest na przykład wciąż bardzo aktualny w Niemczech.  Wszystkie te wypędzenia rozpoczęli co prawda Niemcy, ale potem głównym reżyserem był już ZSRR.

Deportacje odbywające się w Rumunii, które opisuję w swej najnowszej książce „Huśtawka oddechu”, to dzieło Sowietów. To oni zdecydowali, aby represje skierowane były głównie przeciwko niemieckiej mniejszości w Rumunii (w ramach tzw. programu Odbudowy w styczniu 1945 r.). Ostrze deportacji obróciło się przeciwko ludności cywilnej. W takich sytuacjach stosowana jest odpowiedzialność zbiorowa. I na to nigdy nie może być zgody.


Kolejny często poruszany przez Panią temat to poczucie braku i głodu. Mamy tu na myśli nie tylko doświadczenie czysto fizyczne, ale również psychologiczne – na przykład brak kontaktu z ludźmi czy brak objawów normalnie uznawanych za życie. Czy z biegiem lat udało się Pani ten głód zaspokoić?

HM: Tak. Pisząc. Myślę, że wszystkie te społeczności europejskie, które żyły w czasach komunistycznej dyktatury, zostały w jakimś stopniu przez ten brak ukształtowane.

Mamy więc co nadrabiać. Na dziś wyraża się to, moim zdaniem, przede wszystkim w naszych przesadnych reakcjach, ale czasem też w kompletnym braku reakcji, znieczuleniu. Myślę, że wszyscy, którzy przeżyli komunizm, mają wpojony kompleks niższości. I wtedy pojawia się uczucie niepewności. Ten rys mają wszyscy, ale zarazem stał się on cechą całych społeczeństw.

W pani najnowszej książce „Huśtawka oddechu” pisze Pani z perspektywy męskiego bohatera, co jest nowością w kontekście całej Pani twórczości. Czy płeć ma jakiekolwiek znaczenie w zderzeniu z systemem totalitarnym?

HM: Bohaterem „Huśtawki oddechu” jest mężczyzna, bo książkę przygotowywałam wspólnie z pisarzem Oskarem Pastiorem, który sam przeżył zesłanie do Rosji. Dostarczył mi też bezcennej męskiej perspektywy na wydarzenia, o których mi opowiadał.

Czy płeć ma wielkie znaczenie w systemie totalitarnym? Moim zdaniem różnica jest, choć nierozstrzygająca. Nie postrzegam tego w sposób feministyczny. Na przykład w komunistycznej Rumunii kobieta zgodnie z ustawą musiała mieć co najmniej pięcioro dzieci. Nie było środków antykoncepcyjnych, a usuwanie ciąży było zabronione. Wiele kobiet umarło z powodu przeprowadzania nielegalnych aborcji. Prawo zapełniało cmentarze. Jeżeli kobieta umierała w trakcie skrobanki i zostawały po niej dzieci, mężczyzna zazwyczaj znikał, a dzieci trafiały do sierocińca.

Ale przecież kobiety uczestniczyły we władzach komunistycznych na równi z mężczyznami, wsadzały ludzi do więzień.

Kiedy opublikowała Pani książkę z wierszami i kolażami („Strażnik bierze swój grzebień”), wielu krytyków nie wiedziało, jak ją sklasyfikować. Niektórzy traktowali to jako element dodany do głównego nurtu Pani twórczości. Inni z kolei uznali właśnie kolaż jako najlepszą formę, do wyrażenia pokawałkowania ludzkiej osobowości, jakie zachodzi pod wpływem dyktatury. Czy może Pani powiedzieć, czym ta książka była dla Pani?

HM: Nie zastanawiałem się nad tym za bardzo, po prostu tak wyszło. Z banalnych – praktycznych powodów. Często byłam w podróży. Nie chciałam wysyłać do najbliższych pocztówek. Miałam ze sobą kartki, miałam nożyczki – wtedy jeszcze można było je brać do samolotu – i klej w sztyfcie. I zamiast pisać pocztówki, wycinałam z gazet fragmenty zdań, fotografii, a potem wysyłałam do znajomych. To mnie uzależniło i zaczęłam przygotowywać kolaże również w domu. Zbierałam te wycinki na stole w kuchni, ale się kurzyły. Zaczęłam kupować kasetki i porządkować. Miałam kasetki dla imion, zdarzeń, nazw miejscowości – to powoli się wynaturzało.

Zawsze jako dziecko chciałam ładnie rysować, tworzyć obrazy. Zawsze też zazdrościłam filmowcom, ale słabo mi to wychodziło. A z nożyczkami i fotografiami z gazet dało się to pragnienie jakoś zrealizować. Teraz mam w domu cały warsztat do kolaży. Ale nie jest to żaden ersatz, coś za coś, traktuję to po prostu jako sposób pisania.

To też jest pewne wyzwanie dla pisarza – bo mam ograniczoną powierzchnię, muszę się zmieścić na jednej kartce. Jak już coś pokleję, to nie da się potem tego rozmontować, odwołać. Kolaże robi się szybko. Kilka godzin pracy – i skończone. Niektóre wyklejone przeze mnie myśli trafiają potem do mojej prozy – człowiek ma w końcu tylko jedną głowę.

Co dla Pani daje i co znaczy uczestnictwo w takim festiwalu, jak Festiwal Conradowski.

HM: Zostałam zaproszona i robię, co do mnie należy. To jest nieco inna praca niż pisanie, inny obowiązek. Pisarką jestem tylko wtedy, gdy jestem sama ze sobą. Potem, jako osoba publiczna, wykonuję inne zawody. Polska ma dla mnie szczególne znaczenie - moje książki były tu tłumaczone i wydawane jeszcze zanim dostałam Nobla.

W „Sercątku" do bohaterki piszą list jej bliscy, wyrzucają jej, że „inni klaszczą i zarabiają pieniądze”. Czy jeszcze mieszkając w Rumunii nigdy nie miała Pani pokusy, aby zacząć klaskać tak jak inni?

HM: Nie. Tak się brzydziłam tej dyktatury. Klaszcze się zawsze przed konkretnymi osobami. A te osoby były tak bardzo niestrawne... Kilka lat pracowałam w fabryce. Funkcjonariusze partii to były wypolerowane, agresywne zera. Niezwykle aroganccy i niesłychanie głupi, nawet w porównaniu do robotników – niechętni do jakiejkolwiek pracy, poza tą propagandową. I im miałoby się klaskać? Czy samemu dyktatorowi? To był analfabeta z feudalną manią wielkości.

Pojedynczy człowiek w tamtym systemie w ogóle się nie liczył – zrozumiałam to dość szybko. Dlatego nigdy nie miałam pokusy, aby dopatrywać się czegoś dobrego w tej dyktaturze.

Krytycy literatury zwracają często uwagę, że rozliczanie się z systemami totalitarnymi stało się najważniejszym zadaniem pisarzy w XX wieku. Pani pisarstwo posiada wymiar polityczny. Czy odgrywa on dla Pani jako pisarki dużą rolę?

HM: Wszystko, co dotyczy ludzi, a co odbywa się poza granicami życia wewnętrznego, jest w jakimś stopniu polityczne. Krytyka systemu w tekstach czasem nie jest wyrażana wprost, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z podręcznikiem, agitką. Ale myślę, że stanowisko autora zawsze jest jakoś w tekście wyrażone. Jeśli tekst jest dobrze napisany, to czytelnik powinien szybko zorientować się i sam wyciągnąć wniosek.

Z czego Pani zdaniem bierze się wielka literatura? Czy musi się brać z cierpienia?

HM: Niestety tak. Ale w życiu też tak jest. Największą szkodą na naszej osobowości odciska się zawsze to, z powodu czego cierpieliśmy najbardziej. Literatura stara się być ograniczeniem tej szkody – i w ten sposób zawsze dotyka tej szkody, tego zła. Ale nawet humor odnosi się przecież do szkody – najlepsze kawały, z których zawsze się śmiejemy, kręcą się wokół tematu szkody, która się wydarzyła.

Cały peleton autorów o tym pisał. Szczególnie pisali ci, którzy doznali jakichś ekstremalnych doświadczeń, w które przecież obfitował wiek XX: wojny, więzienia, obozy, wygnania, śmierć.

To są jednak problemy, których człowiek sobie sam nie wybrał. Dotyczą one zazwyczaj naszego najbliższego otoczenia, ale muszą im stawiać czoła nie tylko pisarze. Z cierpieniem borykają się również osoby, które nie piszą. U nich to jednak nie wyraża się czarno na białym na kartce papieru. Muszą to przepracować w inny sposób. W tym sensie pisarze robią to tak jak każdy człowiek, tylko zostawiają po swych myślach realny, namacalny ślad.

***

Herta Müller była gościem tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Literatury im. Josepha Conrada w Krakowie. Wywiad jest zapisem spotkania z dziennikarzami, które odbyło się 5 listopada 2010 r.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj